- Deklaracja Islamabadzka to tylko pauza, nie koniec konfliktu: porozumienie ma wyciszyć walki na 1–2 miesiące i dać czas na dalsze rozmowy.
- Największy spór dotyczy kolejności działań: Iran chce najpierw zakończenia wojny i odblokowania środków, USA – równoczesnych ustępstw nuklearnych.
- Kluczowa jest Cieśnina Ormuz: chodzi o to, kto i na jakich zasadach kontroluje przepływ ropy i statków.
- Obie strony chcą ogłosić sukces: USA mówią o wymuszeniu ustępstw, Iran o przetrwaniu presji – to porozumienie ma pozwolić obu „wyjść z twarzą”.
Od minionej środy w przestrzeni informacyjnej można było obserwować wzmożenie doniesień dotyczących ustalenia wstępnego porozumienia między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Za ten stan rzeczy odpowiadać mają mediatorzy zaangażowani w konflikt: Pakistan, Katar, Arabia Saudyjska, Egipt i Turcja.
To oni mieli wprowadzić zmiany do irańskiego projektu porozumienia, przekazanego w zeszłym tygodniu Waszyngtonowi. Na tej podstawie opracowano nową, czternastopunktową propozycję przedłużenia zawieszenia broni do 30–60 dni, aby w tym czasie stworzyć przestrzeń negocjacyjną do rozwiązania „pierwotnych przyczyn wojny”.
Zanim jednak przejdzie się do omówienia zapisów tych punktów oraz tego, co każda ze stron miałaby zaoferować, konieczne jest osadzenie tego porozumienia w szerszym ciągu deklaracji i zdarzeń. Deklaracji – ponieważ negocjacje, choć z przerwami, faktycznie trwają od zeszłego roku. Działań – ponieważ Amerykanie, nie mogąc wcześniej osiągnąć swojego celu drogą dyplomatyczną, sięgnęli po model przymusu oparty na kampanii bombardowań Iranu.
Czytaj też: Jak wojna w Zatoce Perskiej wpływa na relacje USA–Chiny i światowy handel
Dlatego warto prześledzić spektakl dyplomatyczny z ostatnich dni. W rzeczywistości jest on próbą sondowania reakcji przeciwnika, mediatorów, rynków oraz opinii publicznej na możliwość wyjścia z obecnej patowej sytuacji z twarzą.
Polityczny regres
Choć USA wygrały konflikt militarnie, ponoszą – przynajmniej na razie – spektakularną porażkę polityczną. Pogląd o porażce nie wynika z próżni ani jedynie z faktu, że Amerykanie nie zdołali osiągnąć wszystkich zakładanych celów drogą militarną. Wynika on z porównania pierwotnej bazy negocjacyjnej, czyli warunków, które znajdowały się na stole w bezpośrednich rozmowach przed 28 lutego, z tym, co ujawniono w ubiegłym tygodniu.
Negocjacje prowadzone przed 28 lutego pokazywały mimo wszystko, że Iran nie oferował kapitulacji, lecz transakcyjny kompromis, w ramach którego to on mógł zachować twarz. Deklaracjom Teheranu o ograniczeniu irańskiego programu nuklearnego miały towarzyszyć realne korzyści gospodarcze dla USA.
Wówczas w pakiecie irańskich ustępstw znalazło się zamrożenie programu na okres maksymalnie pięciu lat, rozcieńczenie około 40 kg uranu wzbogaconego do poziomu 60 proc. pod kontrolą międzynarodową oraz ograniczenie poziomu wzbogacania – najpierw z 60 proc. do 20 proc., a w dalej idącej formule do stałego pułapu 3,67 proc. W zamian Iran miałby uzyskać udział w regionalnym konsorcjum energetyki jądrowej.
Był to wyraźny sygnał skierowany do państw mających podobne aspiracje, takich jak Arabia Saudyjska i Turcja. Niemniej Teheran konsekwentnie podkreślał, że ewentualne ograniczenia musiałyby zostać powiązane z realnym złagodzeniem reżimu sankcyjnego wraz z uznaniem prawa Iranu do cywilnego programu nuklearnego prowadzonego na własnym terytorium.
Wśród zachęt kierowanych do Waszyngtonu, mających zwiększyć przychylność dla tych propozycji, Teheran deklarował możliwość preferencyjnego dopuszczenia amerykańskich inwestycji do irańskiego sektora naftowego i energetycznego. W przypadku zawarcia porozumienia miało temu towarzyszyć szersze otwarcie gospodarki na amerykańskie firmy.
Logika tej propozycji wpisywała się w transakcyjny sposób prowadzenia polityki przez Trumpa: ustępstwa strategiczne miały być powiązane z konkretnymi korzyściami gospodarczymi dla USA. W tym sensie irańskie propozycje można zestawić z wcześniejszym podejściem Trumpa wobec Ukrainy, którym kierowała chęć zabezpieczenia amerykańskich interesów ekonomicznych poprzez preferencyjny dostęp firm z USA do sektora energetycznego oraz wydobycia metali ziem rzadkich.
Problem Waszyngtonu polegał jednak na tym, że administracja Trumpa chciała zdecydowanie więcej. Ustawiła poprzeczkę na poziomie bezwzględnej dominacji i podporządkowania sobie Teheranu. Ówczesne żądania USA opierały się na całkowitej likwidacji programu nuklearnego, rezygnacji z programu rakietowego oraz zerwaniu przez Iran z polityką wspierania swoich proxy. Iran odrzucał dwa ostatnie punkty, zgadzając się jedynie na rozmowy w sprawie kwestii nuklearnej.
Deklaracja Islamabadzka
Jaki zatem jest dzisiejszy stan negocjacji? Co obecnie leży na stole – po wymianie najwyższego irańskiego przywództwa polityczno-wojskowego, przeprowadzeniu 13 tys. precyzyjnych nalotów w całym kraju, zniszczeniu 30 proc. irańskich zdolności rakietowych wraz ze zdolnościami do wystrzeliwania dronów oraz zniszczeniu marynarki wojennej Iranu, choć nie łodzi potrzebnych do utrzymania kontroli nad Cieśniną Ormuz?
Punkt wyjścia to rozwiązanie, które, choć nie zostało jeszcze formalnie przyjęte, ma być w fazie finalizacji. Według ujawnionych informacji podtrzymuje ono założenie rozdzielenia negocjacji na dwie ścieżki. Pierwsza miałaby dotyczyć polityczno-wojskowego zakończenia konfliktu, druga zaś – programu nuklearnego.
Teheran domaga się, aby najpierw doszło do oficjalnego ogłoszenia końca wojny oraz zakończenia amerykańskiej blokady morskiej Iranu. Dopiero po spełnieniu tych warunków Iran miałby tymczasowo ponownie otworzyć Cieśninę Ormuz, rezygnując w krótkiej perspektywie z pobierania opłat tranzytowych do czasu ustanowienia nowego reżimu zarządzania tym szlakiem.
USA kontra Iran: gra o nowy porządek regionalny
W zamian Iran oczekuje natychmiastowego uwolnienia zamrożonych aktywów o wartości ponad 100 mld dol., które miałyby zostać przeznaczone na odbudowę kraju. Teheran domaga się także utworzenia międzynarodowego mechanizmu rekompensat za straty poniesione w czasie wojny. Jego finansowanie miałyby zabezpieczyć państwa uczestniczące w działaniach przeciwko Iranowi – co jest faktycznym programem reparacji wojennych, lecz inaczej nazwanym.
Dopiero drugim etapem miałyby być negocjacje nuklearne. W ich ramach Teheran deklaruje gotowość do formalnego zobowiązania się, że nie będzie rozwijał broni jądrowej, pod warunkiem uznania jego prawa do własnego cywilnego programu nuklearnego. Najbardziej konkretnym elementem tej propozycji jest dobrowolne zawieszenie wzbogacania powyżej poziomu 3,6 proc. na okres dziesięciu lat. Istniejący uran wzbogacony powyżej 20 proc. miałby zostać rozcieńczony na terytorium Iranu z udziałem mediatorów, a następnie wykorzystany wyłącznie do celów pokojowych.
W porównaniu z wcześniejszym stanem negocjacji w tej kwestii USA miałyby więc wymusić od Iranu dodatkowy, „aż” pięcioletni okres ograniczeń dotyczących wzbogacania uranu.
Pomimo konsekwentnego powtarzania przez Trumpa i jego administrację, że „Iran nie może mieć broni jądrowej”, wydaje się, że obecnie największy spór dotyczy sekwencji całego procesu. Waszyngton chce, aby porozumienie nuklearne i zakończenie wojny zostały uzgodnione równocześnie, uzależniając przy tym uwolnienie środków finansowych od wyniku rozmów nuklearnych.
Teheran odrzuca takie podejście, uznając je za próbę utrzymania presji mimo deklarowanej gotowości do zakończenia konfliktu. W takiej – irańskiej – logice najpierw musi nastąpić formalny koniec wojny, odblokowanie irańskich portów i aktywów oraz uruchomienie mechanizmu rekompensat. Dopiero potem mogłyby rozpocząć się właściwe rozmowy o ograniczeniach programu nuklearnego.
W odróżnieniu od negocjacji sprzed 28 lutego obecnie pojawia się jeszcze jeden strategiczny aspekt: status Cieśniny Ormuz. Nie jest to kwestia symboliczna, jak oczekiwanie od Iranu kolejnej deklaracji o nierozwijaniu broni jądrowej. Do takiego zobowiązania Teheran odwołuje się już od 23 lat, powołując się na fatwę nałożoną przez Alego Chameneiego. Potwierdzają to przecież amerykańskie agencje wywiadowcze, wskazując, że Iran nie prowadził w tym czasie prac nad pozyskaniem broni jądrowej. Tym, co rzeczywiście zmienia obecną rundę rozmów, jest więc negocjowanie statusu Cieśniny Ormuz.
W tym miejscu wracamy do punktu wyjścia z 8 kwietnia. Wtedy szef irańskiego MSZ, Abbas Araghchi, oświadczył, że „bezpieczne przepłynięcie przez Cieśninę Ormuz będzie możliwe dzięki koordynacji z irańskimi siłami zbrojnymi oraz przy uwzględnieniu ograniczeń technicznych”. Podobnie dziś przyjęcie pierwszoetapowego porozumienia oznaczałoby, że to Iran sprawowałby kontrolę nad bezpiecznym przepływem przez cieśninę.
W tym czasie Iran miałby usunąć miny morskie i nie pobierać opłat od statków przepływających przez cieśninę. Nie oznacza to jednak, że w kolejnych etapach negocjacji Teheran i Oman zrezygnują ze wspólnego mechanizmu narzucenia opłat. Przeciwnie, już dzisiaj deklarują wspólną gotowość do ustanowienia myta za „bezpieczną żeglugę”.
Wyjść z twarzą
Dlatego obecny „list intencyjny” wygląda mniej jak jednoznaczne amerykańskie zwycięstwo polityczne, a bardziej jak próba wyjścia z twarzą z konfliktu, którego koszty zaczęły przewyższać możliwe zyski. USA mogą twierdzić, że wygrały militarnie. Politycznie jednak Waszyngton wraca do stołu, przy którym wiele z obecnych tematów było dostępnych już wcześniej. Stało się to jednak dopiero wtedy, gdy konflikt podniósł koszty, doprowadził do kryzysu wokół Cieśniny Ormuz i zmusił regionalnych aktorów do równoważenia amerykańskiej roli gwaranta bezpieczeństwa.
W praktyce administracja Trumpa musi więc przekonać opinię publiczną, że presja militarna wymusiła ustępstwa Iranu. Dlatego tak istotne dla Białego Domu będzie podkreślanie, że Teheran zgodził się na rozmowy o ograniczeniach swojego programu nuklearnego, akcentując, że Iran nie będzie dążył do pozyskania broni jądrowej, a kwestia zapasów wysoko wzbogaconego uranu zostanie rozstrzygnięta w kolejnym, 30–60-dniowym etapie negocjacji.
Problem w tym, że obecny protokół ustaleń ma przede wszystkim zakończyć wojnę, odblokować Cieśninę Ormuz i stworzyć ramy dalszych rozmów, a nie natychmiast rozwiązać najtrudniejsze spory. W tym sensie nie jest to pełne zwycięstwo, lecz polityczna konstrukcja pozwalająca Trumpowi przedstawić się jednocześnie jako przywódca twardej presji militarnej i autor „dobrej umowy”.
Teheran będzie natomiast przedstawiał sytuację odwrotnie: jako dowód, że przetrwał amerykańską presję i nie ugiął karku przed Trumpem. Pozwalając reżimowi władzy w Teheranie zademonstrować własną pozycję: Iran nie skapitulował, lecz wymusił na Amerykanach powrót do dyplomacji – na własnych warunkach, w których najpierw dyskutuje się o zakończeniu wojny, Cieśninie Ormuz, sankcjach i zamrożonych aktywach.
W konsekwencji najnowsza formuła porozumienia, określana jako „Deklaracja Islamabadzka”, ma przede wszystkim znaczenie deeskalacyjne, a nie stanowi ostatecznego rozstrzygnięcia konfliktu. Mediatorzy próbują stworzyć przestrzeń porozumienia między stronami, z których każda potrzebuje własnego sukcesu propagandowego: USA – narracji o wymuszonych ustępstwach Iranu, a Iran – opowieści o przetrwaniu presji i skutecznej obronie.
Wojna w Iranie. Między zawieszeniem broni a eskalacją
Dlatego obecne porozumienie może zawiesić najostrzejszą fazę wojny, lecz nie usuwa jej zasadniczych przyczyn. Najtrudniejsze kwestie dotyczące uranu, sankcji, funduszy, rakiet, struktur proxy oraz regionalnej równowagi sił zostają przesunięte do kolejnej rundy negocjacji, która ponownie może zakończyć się otwartą konfrontacją.
Właśnie dlatego równolegle z negocjacjami z Iranem Trump próbuje zbudować dodatkową ramę polityczną dla ewentualnego porozumienia. Wobec krytycznych głosów we własnym obozie politycznym przyjęcie „Deklaracji Islamabadzkiej” mogłoby zostać przedstawione nie jako ustępstwo wobec Teheranu, lecz jako element szerszej przebudowy regionalnego układu sił.
Z tym wiąże się propozycja Trumpa, by uzależnić podpisanie porozumienia z Iranem od przystąpienia mediatorów tego procesu do Porozumień Abrahama. Normalizacja relacji Izraela z Arabią Saudyjską czy Turcją stawałaby się ceną za amerykańską zgodę na deeskalację z Iranem. Szerzej byłaby to próba stworzenia trwałego bloku państw regionu przeciwko Teheranowi – tak, aby zawieszenie broni nie wyglądało jak wycofanie presji, lecz jako przeniesienie jej z pola militarnego na poziom regionalnej architektury odstraszania.

