- Polska klasa polityczna od lat cierpi na kompleks Viktora Orbána – zarówno rząd, jak i opozycja postrzegają jego działania przez pryzmat własnych ambicji i frustracji, co wypacza ocenę węgierskiej polityki.
- Orbán konsekwentnie realizuje wyłącznie węgierski interes narodowy (sam go określając), wzmacniając wpływy Budapesztu poprzez relacje z Berlinem, Moskwą i Waszyngtonem – często kosztem Polski.
- Zarówno Tusk, jak i Kaczyński ponosili polityczne porażki. A to tylko wzmacniało ich kompleksy oraz iluzje o możliwości skopiowania „Budapesztu” nad Wisłą.
- Z polskiej perspektywy korzystniejsze byłoby zwycięstwo Pétera Magyara, ponieważ mogłoby to zakończyć wieloletnie uzależnienie polskiej polityki od Orbána i zlikwidować źródło jej trwałych kompleksów.
Po wyborach parlamentarnych w październiku 2011 r. pokonany Jarosław Kaczyński oznajmił: „Przyjdzie taki dzień, kiedy nam się uda, że będziemy mieli w Warszawie Budapeszt”. Proroctwo spełniło się niczym w krzywym zwierciadle. Viktor Orbán stał się dla polskiej klasy politycznej głównym punktem odniesienia oraz źródłem kompleksów, z którymi sobie nie radzi.
To niezwykłe, że tak istotnym stało się dla Polski, ale też światowych mocarstw, kto wkrótce będzie premierem kilkakrotnie mniejszego od III RP kraju: czy po niedzielnych wyborach urząd ten utrzyma Viktor Orbán, czy przejmie go lider opozycji Péter Magyar. A może też wydarzy się coś, co zaskoczy wszystkich. Napięcie dla Warszawy potęguje fakt, że polska klasa polityczna wręcz uzależniła się od osoby Orbána. I to tak mocno, że dla rządzącej Koalicji Obywatelskiej jego porażka stanie się wielkim sukcesem, natomiast Pałac Prezydencki i Nowogrodzka mogą okryć się żałobą.
Viktor Orbán. Jak przejął władzę na Węgrzech?
Te zachowania da się racjonalnie wyjaśnić, choć są one z gruntu irracjonalne. Generuje je to, że trwająca nieustannie w III RP kampania wyborcza sprawia, iż interesy strategiczne i narodowe Polski są o wiele mniej istotne od tejże kampanii. Poza tym przez szesnaście lat premierostwa udało się Orbánowi wpędzić polską klasę polityczną w głębokie kompleksy na jego punkcie. I to tylko dlatego, że konsekwentnie starał się realizować węgierski interes narodowy, acz sam określił, jaki on jest. Zaś Polską bywał zainteresowany na tyle, na ile ona okazywała mu się w danym momencie do czegoś użyteczna.
Świat Orbána
Z obecnym premierem Węgier sprawa przedstawia się dość prosto. Od lat próbuje on powtórzyć to, co przed nim usiłowali wcielić w życie w XIX w. hrabia Gyula Andrássy, a w XX w. admirał Miklós Horthy. Obu marzyły się mocarstwowe Węgry. Andrássy po ugodzie zawartej z Austriakami i cesarzem Franciszkiem Józefem, która przyniosła w 1867 r. narodziny Austro‑Węgier, postawił na koegzystencję z Wiedniem i bliski sojusz z Berlinem. Dzięki temu naród, który stracił własne państwo i zniknął z mapy Europy, nagle odzyskał je – i to w mocarstwowej formule, władając m.in. obecną Słowacją, Siedmiogrodem, Rusią Zakarpacką, Chorwacją i Wojwodiną.
Z kolei admirał Horthy uznał, że sojusz z Hitlerem pozwoli mu odzyskać wyżej wymienione ziemie, które Madziarzy utracili po przegranej I wojnie światowej na mocy traktatu z Trianon. Pechowo dla niego Państwa Osi przegrały kolejną z wojen światowych.
Ostatnie szesnaście lat rządów Orbána sprowadzało się do szukania oparcia w stolicach najpotężniejszych państw globu, aby dzięki temu lewarować międzynarodową pozycję Węgier i tak przekształcić międzynarodowy ład, by choć trochę odzyskały swoje dawne znaczenie. Węgierski premier grał więc na maksymalnie dużej liczbie fortepianów, usiłując być jak Andrássy i Horthy. Zderzająca się z tym polska klasa polityczna zachowywała się niczym zahipnotyzowana. Niby dostrzegała, w co gra Orbán, niby usiłowała się w tym odnaleźć, ale i tak kończyło się to coraz głębszym kompleksem, nad którym nie potrafiono zapanować.
Między Kaczyńskim a Tuskiem
Po przejęciu władzy na Węgrzech w 2010 r. premier Viktor Orbán, jako gwiazda Europejskiej Partii Ludowej, utrzymywał znakomite relacje z Donaldem Tuskiem. Ale jednocześnie zaczął imponować przywódcom Prawa i Sprawiedliwości. Jego wyborcze sukcesy oraz reformy aplikowane Węgrom oddziaływały na wyobraźnię. Wkrótce więc Jarosław Kaczyński rzucił hasło „Budapesztu w Warszawie” i na długie lata stało się ono czymś na kształt motta polskiej prawicy.
Tymczasem Orbán uwspółcześnił polityczną strategię, której niegdyś hołdowali Andrássy i Horthy. Odbudowę węgierskiej mocarstwowości zaczynał od zawiązania serdecznych więzów z niemiecką kanclerz Angelą Merkel. Następnie, idąc w jej ślady, zresetował stosunki z Rosją i zaprzyjaźnił się z Władimirem Putinem.
W krótkim czasie udało mu się dokonać czegoś, o czym Donald Tusk i Jarosław Kaczyński jedynie bezsilnie marzyli. Pierwszy od 2009 r. „resetował” i „resetował” relacje z Kremlem. Zaś jedyne, co zyskał, to serię upokorzeń ze strony Moskwy po tym, jak ruszyło śledztwo w sprawie katastrofy rządowego samolotu, w której zginął prezydent Lech Kaczyński i reszta pasażerów. Prezes PiS chciał rządzić jak Orbán i łaknął konserwatywnej rewolucji w Polsce.
Tymczasem wybory wygrywała Platforma. Dwaj politycy, władający niepodzielnie III RP już ponad 20 lat, po zetknięciu z węgierskim premierem mieli prawo czuć się frajerami. Bo to on potrafił skutecznie realizować swe marzenia. Co gorsza, dostrzegała to cała polska klasa polityczna i podziw dla sprawczości przebiegłego Madziara tylko rósł.
Przysłonił on moment, gdy Węgry znalazły się po drugiej stronie barykady narodowych interesów. A Orbán zdefiniował je bardzo konkretnie. Zamierzał wspólnie z Berlinem i Moskwą budować sieć zależności przemysłowych oraz energetycznych, spajaną gazociągami i rurociągami, która wzmacniałaby każde z tych państw. Dla Polski sukces tych planów oznaczał śmiertelne zagrożenie.
Niby to w Kraju nad Wisłą dostrzegano, ale bez nadmiernej ekscytacji. W państwie z totalnie spolaryzowaną sceną polityczną i słabym aparatem władzy zawsze rzeczą najważniejszą jest niekończąca się kampania wyborcza. To na niej skupia się główna uwaga klasy politycznej i mediów. Kwestie polityki zagranicznej oraz prowadzenia jej zgodnie z interesem narodowym to sprawy trzeciorzędne.
Dlatego uskutecznia się ją przy użyciu teatralnych gestów. Tak wykonywanych, żeby koniecznie zwrócili na nie uwagę wyborcy. Czyni to politykę zagraniczną infantylną i nieskuteczną. Zatem na tle tej prowadzonej przez Orbána prezentowała się ona wręcz żenująco. Co dodatkowo pogłębiało kompleksy polskich polityków.
Zawiedziona miłość
Emocjami nierozerwalnie związanymi z kompleksami są: podziw, szacunek, a czasami ślepa miłość. Odczuwa się je wobec wzorcowej osoby podsycającej kompleksy. Trudno więc przychodzi zmierzyć się z rzeczywistością, w której ów „generator kompleksów” zachowuje się zupełnie inaczej, niż się oczekiwało. Dla polskich polityków bardzo ciężką próbą stało się to, że Viktor Orbán realizuje węgierski interes narodowy (wedle tego, jak sam go zdefiniował), jednocześnie mając głęboko w nosie interes Polski, a jej klasę polityczną traktując z gruntu instrumentalnie.
Péter Magyar – kim jest i czy może pokonać Viktora Orbána?
Węgierski premier na początek stał się wrogiem Donalda Tuska – i to nie tylko dlatego, że został idolem dla PiS-u. W kolejnych pociągnięciach zdradził europejskich chadeków na rzecz ruchów politycznych dążących do przebudowania, a nawet likwidacji Unii Europejskiej. Uznał bowiem, że Węgry będą beneficjentami zniszczenia starego ładu.
Do tego serdecznie zaprzyjaźnił się z Donaldem Trumpem, pragnąc zostać amerykańskim ambasadorem MAGA na Europę. Wreszcie coraz mocniej wspierał PiS. Ukoronowaniem tego było udzielenie azylu Zbigniewowi Ziobrze i Marcinowi Romanowskiemu.
Tym pociągnięciem Orbán ustawił się w pozycji rozgrywającego w polskiej polityce wewnętrznej, rzucając Tuskowi otwarte wyzwanie. Można je przełożyć na następujący komunikat: „To ja będę kreował kolejny polski rząd”. Jest ono jak splunięcie w twarz osobie, z którą kiedyś utrzymywał tak zażyłe relacje.
Jednocześnie w równie trudnej sytuacji Orbán od kilku lat stawiał Jarosława Kaczyńskiego, a także prezydenta Andrzeja Dudę i premiera Mateusza Morawieckiego. Gdy Rosja najechała na Ukrainę, okazało się, iż człowiek, który sprawił, że marzyli o „Budapeszcie w Warszawie”, robi, co może, by Kijów przegrał. Tym samym jest śmiertelnym zagrożeniem dla polskiego interesu narodowego. Acz podobnie jak w przypadku admirała Miklósa Horthy nie oznacza to, że nie lubi Polaków. Po prostu oddziela pozytywne emocje od realnych interesów.
W tym samym, schizofrenicznym położeniu stawia Orbán obecnie prezydenta Karola Nawrockiego. Ten chce go kochać, bo przecież premier Węgier jest przyjacielem prezydenta USA. A jednocześnie Nawrocki będzie musiał mierzyć się z problemem, iż ten sam człowiek jest także przyjacielem Putina. Zatem zażyły sojusz z nim oznacza uznanie, iż węgierski interes narodowy – zdefiniowany przez Orbána – jest ważniejszy od polskiego.
Jak Polacy pokłócili się o wybory na Węgrzech?
Jakie efekty to przynosi, obejrzeć sobie obecnie można w Zatoce Perskiej. Tam Donald Trump, atakując Iran, przedłożył interes Izraela nad amerykański. Teraz pula politycznych oraz ekonomicznych rachunków, które USA będą musiały zapłacić, stale rośnie.
Dlatego z punktu widzenia interesów Polski najlepszym rozwiązaniem byłoby zwycięstwo w niedzielnych wyborach Pétera Magyara. Ponieważ Orbán nie zmieni tego, jak definiuje węgierski interes narodowy, zaś lider opozycji jest na tym polu wciąż niewiadomą. Co ciekawe, takie rozwiązanie równie dobrze posłużyłoby całej polskiej klasie politycznej. Oznacza bowiem zniknięcie przyczyny kompleksu, z którym zupełnie ona sobie nie radzi.

