Zagarnął państwo na własność. Kurczowo trzyma się zdobyczy, budząc jednocześnie przerażenie i… podziw. Politycznego instynktu zazdroszczą mu bowiem nawet najwięksi wrogowie. Viktor Orbán może niedługo przegrać cenną bitwę, ale w wojnie o Węgry wciąż to on rozdaje karty. I jeszcze długo nie przestanie.

- Viktor Orbán wchodził do polityki jako młody, zbuntowany liberał i wolnorynkowiec.
- Jego przeciwnicy twierdzą, że nigdy nie miał żadnych poglądów: od początku liczyła się tylko władza.
- Gdy w końcu do niej dopadł, tak przebudował system wyborczy, by pokonanie Fideszu graniczyło z cudem.
- Premierem Węgier jest nieprzerwanie od 2010 roku, pomimo licznych skandali i kontrowersji.
- Od lat straszy rodaków uchodźcami, Unią Europejską i... George'em Sorosem.
W 2014 roku Fidesz, partia Viktora Orbána, zdobyła w wyborach parlamentarnych ponad 44 proc. głosów. Sporo, ale – tak na logikę – nie dość, żeby układać kraj na własną modłę i bez pytania grzebać w konstytucji. A jednak. Gdy przyszło do rozdziału mandatów, okazało się, że przysługują im aż 133 miejsca w Zgromadzeniu Narodowym – na 199 możliwych. Z kalkulatorem w ręku: trochę ponad dwie trzecie całości, czyli… większość konstytucyjna. Jak to możliwe?
Orbán skutecznie zadbał o to, by niczego nie zostawiać przypadkowi. Raz już, w 2002 roku, stracił władzę i zmuszony był męczyć się w opozycji. Gdy osiem lat później Węgrzy znów mu zaufali, od razu zabrał się więc do działań najważniejszych: zabezpieczenia przyszłości. Swojej, rzecz jasna.
Już w 2011 roku wprowadzono szereg poprawek do konstytucji, które w znaczący sposób zmieniły ordynację wyborczą. Utrzymano system mieszany (czyli taki, w którym część posłów wchodzi do parlamentu z jednomandatowych okręgów wyborczych, a część z ogólnokrajowych list partyjnych), ale zmodyfikowano go na tyle sprytnie, żeby Fideszu – przynajmniej w praktyce, przynajmniej do teraz – pokonać się nie dało.
Dlaczego Fidesz ciągle wygrywa?
Przede wszystkim: okręgi podzielono tak, żeby zwolenników opozycji, w możliwie największej liczbie, gromadzić w jednym. Tam, gdzie lubi się Fidesz, okręgów jest więcej, czyli więcej jest też mandatów do zgarnięcia. Takie „majstrowanie” nazywa się gerrymanderingiem i dobrze znane jest m.in. w Stanach Zjednoczonych. Tam jednak wszystkie okręgi muszą być mniej więcej równe. Na Węgrzech – nie, a konstytucja przewiduje, że do jednego może być przypisanych nawet 35 proc. głosujących mniej niż do drugiego. Te „opozycyjne” są więc przepełnione, a kilkaset tysięcy głosów przekłada się co najwyżej na garstkę mandatów.
Kryptowaluty. Techniczne problemy czy sygnał ostrzegawczy dla rynku krypto?
Sprytne, ale nawet to nie wystarczyłoby do osiągnięcia aż takiej dominacji. Wymyślono więc „wybory większościowe”. Co to oznacza? Że aby zdobyć w danym okręgu mandat, nie trzeba mieć ponad połowy głosów – wystarczy uzyskać najlepszy wynik, czyli choćby i 30 proc. Nawet jeśli opozycja zgarnia pozostałe 70 proc. – ich poparcie rozkłada się na czterech, pięciu, a czasem i siedmiu kandydatów. W Polsce byłaby druga tura, opozycja zjednoczyłaby się wokół jednego człowieka i pchnęła go do parlamentu. Ale na Węgrzech, na wszelki wypadek, z drugich tur zrezygnowano.
Dołóżmy do tego jeszcze takie zabawy z finansowaniem kampanii, żeby zakładanie koalicji niespecjalnie się opłacało, no i pełną kontrolę nad mediami. Recepta na sukces? Tak, choć przekonywanie, że Orbán utrzymuje władzę od 2010 roku wyłącznie dzięki kilku spektakularnym sztuczkom jest sporym uproszczeniem.
Bezkompromisowy manifest
W 1989 roku nad Europą Środkowo-Wschodnią unosił się wiatr zmian.
Komuniści na Węgrzech, świadomi tego, że ich czas dobiega końca, próbowali kontrolować proces transformacji. Chodzili na ustępstwa, lawirowali, byle tylko w nowym rozdaniu uszczknąć coś dla siebie. „Patrzcie, przecież wcale nie byliśmy tacy źli”.
Uroczystości zorganizowane 16 czerwca na Placu Bohaterów w Budapeszcie były takim właśnie „ustępstwem”. Po ponad trzydziestu latach od śmierci, godnego pochówku mieli doczekać się rewolucjoniści z 1956 roku oraz ich lider – Imre Nagy.
Zjawiło się ćwierć miliona osób. Były kwiaty, wspominki, były też niespecjalnie porywające przemówienia kolejnych oficjeli. Aż na podium stanął Viktor Orbán.
Przystojny młodzieniec, z bujną czupryną i wpiętym w klapę znaczkiem „Solidarności”, odczytywał manifest, na który nie odważył się żaden z jego ostrożnych poprzedników, a który porwał zebrane w stolicy tłumy.
Bezkompromisowości, przekonywał potem, nauczył się podglądając polskich liderów.

Viktor Orbán podczas przemówienia na Placu Bohaterów w 1989 roku. (fot. youtube.com/OrbánViktor)
Dlaczego szerzej nieznanemu 26-latkowi pozwolono na siedem minut zająć uwagę niemal całego kraju? Wiek był w tym przypadku atutem. Organizatorzy uroczystości chcieli pokazać, że wsłuchują się w zdanie młodych, a zapowiedź pluralizmu nie jest wyłącznie chwytem marketingowym.
Absolwent prawa, zadeklarowany liberał, który rok wcześniej założył z przyjaciółmi ze studiów Fidesz (akronim od Fiatal Demokratak Szövetsége – Związek Młodych Demokratów), zdawał się być niezłym kandydatem na „głos pokolenia”. Co mogło pójść nie tak? Inicjatywę potraktowano na tyle beztrosko i symbolicznie, że nie sprawdzano nawet… treści przemówienia.
Nie chcemy kompromisów z przeszłością. Nie chcemy fałszywych reform. Chcemy prawdziwej demokracji, wolnych wyborów i wolności słowa. Chcemy Węgier, które będą niezależne od obcych potęg; Węgier, w których nikt nie będzie prześladowany za swoje poglądy.
Zebrani w tłumie albo klaskali z podziwem, albo pukali się w czoło. Albo to i to. W kraju wciąż nie było dość bezpiecznie, by stanąć na scenie i z mikrofonem w ręku wygłaszać podobne hasła. Orbán, choć nie spotkały go ostatecznie żadne nieprzyjemności, sporo wówczas ryzykował.
Ci, którzy znali go lepiej, nie byli specjalnie zdziwieni. Zawsze był krnąbrny, nieposłuszny. W jednej z biografii „chwalił się”, że do 17. roku życia ojciec „walił go po pysku”, co miało – w jakiś koślawy, zapewne, sposób – ukształtować jego psychikę. Sprawiał problemy, ale potrafił zjednywać sobie ludzi.
Walka o władzę
W marcu 1990 roku odbyły się na Węgrzech w pełni wolne, demokratyczne wybory. Triumfowali, zgodnie z wszelkimi przewidywaniami, konserwatyści z Węgierskiego Forum Demokratycznego (MDF). Misję tworzenia rządu powierzono Józsefowi Antallowi.
Fidesz zdobył 22 mandaty (na 386 możliwych), plasując się na piątym miejscu. Orbán bardzo liczył, że przyda się w potencjalnej koalicji i nawet niespecjalnie to ukrywał. Gdy jeden z zagranicznych dziennikarzy zapytał go, który resort chciałby potencjalnie przejąć, rzucił tylko: „obojętne”. Chciał władzy, choćby jej namiastki. Musiał jednak obejść się smakiem. Antall dogadał się z Niezależną Partią Drobnych Rolników i Chrześcijańsko-Demokratyczną Partią Ludową.
Członkowie Fideszu na pewno wyróżniali się na scenie politycznej. Nosili podarte dżinsy, kolorowe marynarki, golili się rzadko i jeszcze rzadziej przestrzegali etykiety. Byli młodymi idealistami, którzy wierzyli, że budują nową przyszłość Węgier, wolną od podziałów i opresji. Nazywali siebie „dziećmi rozwiedzionych rodziców” – dając nadzieję na przezwyciężenie różnic między węgierską prowincją a liberalną inteligencją miejską, reprezentowaną przez SZDSZ.
Byli antyklerykałami, zwolennikami aborcji i przeciwnikami kary śmierci. Zaciekłymi wrogami komunizmu, którzy krytykowali każdy, choćby minimalny, antydemokratyczny lub nieliberalny skręt rządu. „Pragnęliśmy rozwijać kulturę demokracji, jakiej Węgrzy nigdy nie widzieli” – napisała potem Zsuzsanna Szelenyi, jedna z ówczesnych posłanek.
Na pewno dali się lubić. Bezczelni, inteligentni, wykształceni. Mówili komunistom rzeczy, które każdy chciał powiedzieć, ale nie wszystkim wypadało. Uwielbiali ich rówieśnicy, z podziwem patrzyło na nich też wielu… emerytów. Babcie i dziadkowie uznali, że chcą mieć swoich wnuczków w opozycyjnych ławach poselskich.
Antykomunistyczny entuzjazm poniósł „młodych gniewnych” do parlamentu, ale gdy skończył się krzyk i bunt, a zaczęła poważna polityka – Fidesz wpadł w poważny kryzys tożsamościowy. Bycie „anty” okazało się niewystarczające, by gromadzić wokół siebie tłumy. Już nie.
W gronie założycieli zaczęło iskrzyć: Gábor Fodor, bliski przyjaciel Orbána, upierał się, by partia pozostała na proeuropejskim, liberalnym kursie. Węgry były wówczas wzorem dla reszty krajów z regionu, również Polski. Prywatyzacja szła dobrze, zachodni kapitał chętnie inwestował w Budapeszcie pieniądze, a Bruksela obserwowała to wszystko z szerokim uśmiechem. Cierpieli jednak najubożsi. Pogłębiały się różnice, gdzieniegdzie, zwłaszcza na prowincji, odżywała tęsknota za komunizmem.
Orbán to widział. Widział też, że na lewicy jest zbyt gęsto. Ideały – owszem, ale nie tędy droga do władzy. W oczach wielu, i tak pewnie pozostałoby jeszcze przez długi czas, Fidesz był zresztą tylko młodzieżową przybudówką do dojrzalszego, „poważniejszego” Związku Wolnych Demokratów.
Skręt w prawo utorowała mu ostatecznie, choć zabrzmi to nieco brutalnie, przedwczesna śmierć Józsefa Antalla. Premier był chory: miał rzadki nowotwór, zmarł chwilę po 60. urodzinach. Orbán opowiadał, że spotkał się z Antallem, gdy ten był już na łożu śmierci. Ten miał poprosić go ponoć, pomimo sporych różnic w poglądach, by został jego następcą i godnie reprezentował konserwatywne Węgry. Orbán, wzruszony, nie powiedział „nie” i między innymi tym tłumaczy wszystko to, co działo się z Fideszem w kolejnych latach. Historyjkę, nazywaną zwyczajną „bajką”, obaliło od tamtego czasu wiele osób. Ale kto mu udowodni, że było inaczej?
A może wcale nie było? Faktem jest, że życzenie starszego kolegi, czy rzeczywiste, czy kompletnie wyimaginowane, posłusznie spełnił.
Pierwsza lekcja pokory
Przestawienie wajchy nie obyło się bez konsekwencji. Liberalna frakcja odeszła z Fideszu jeszcze przed wyborami, a partia – stojąc w lekkim rozkroku – z trudem utrzymała się w parlamencie. To był spory szok: kilka miesięcy wcześniej sondaże dawały im nawet 20 proc. głosów i ponad sto mandatów. W siedzibie czekało konfetti, chłodziły się szampany. Po ogłoszeniu wyników zapadła cisza. Orbán zamknął się w pokoju. Nie wyszedł ani do zebranych tłumów, ani dziennikarzy. Mówił potem, że… wciągnął się w mecz hokeja. Gorzka pigułka. Nie pierwsza, ale za to jedna z ostatnich.
To, czego on nie mógł pojąć, nieco lepiej rozumieli dziennikarze i eksperci. Tłumaczono, że po wewnętrznych rewolucjach w partii Węgrzy nie do końca wiedzieli, na kogo głosują. Bali się ryzyka. Orbán wciąż był magnesem, ale cały projekt raczej kotem w worku.
Inna sprawa, że w ogóle trudno było zgadnąć, w jakim kierunku zmierzają Węgry. Po początkowym zachłyśnięciu się wolnością, społeczeństwo nie najlepiej zniosło transformację. Rosła inflacja, bezrobocie, spadała produkcja, a wszelkie reformy gospodarcze, choć konieczne, były dla ludzi bardzo bolesne. Rząd mógł i powinien skutki tego przeskoku jakoś złagodzić, ale – jak można wydedukować – nie podołano.
O tym, jakie panowały nastroje, najlepiej świadczy fakt, że w 1994 roku władzę, z ogromną przewagą, przejęli postkomuniści z Węgierskiej Partii Socjalistycznej (MSZP). I, co ciekawe, to właśnie oni przeprowadzili najbardziej liberalne reformy we współczesnej historii kraju. Polacy mieli Plan Balcerowicza, nad Dunajem był – tyle że chwilę później – Pakiet Bokrosa.
Minister finansów zaordynował cięcia wydatków publicznych, zwiększył podatki, zdewaluował forinta, ograniczył przywileje socjalne i… po niecałym roku został niemal wywieziony z Budapesztu na taczkach. To paradoks: świat zachwycał się jego planem, ekonomiści cmokali, stawiali za wzór, ale tzw. zwykli Węgrzy, którzy niemal od razu, znienacka, oberwali po kieszeniach, nie docenili finansowej maestrii rządu. „Po bólu… jeszcze więcej bólu, ale to konieczne” – pisał wówczas Bloomberg, a Lajos Bokros cieszył się, że kraj ma szansę stać się pierwszym w Europie Środkowej, który całkowicie zdemontuje komunistyczny model państwa opiekuńczego.
Nie wyszło.
Węgrom zabrakło cierpliwości. Nie chcieli czekać na magiczne efekty, poza tym niespecjalnie ufali politykom. I tu, na białym koniu, pojawił się Orbán.
Jeśli był wcześniej moment, w którym próbował stwarzać jakiekolwiek pozory, że jego partia nie dokonała żadnego skrętu, że wciąż jest wierna ideałom przyjętym pod koniec lat 80., to w kwietniu 1995 roku przestał.
Moim zdaniem tworzenie bloków, wyłonienie się socjalistycznej centrolewicy oraz umiarkowanej centroprawicy zdominowanej przez klasę średnią leży w interesie kraju... Jeśli pozostaniemy sami w centrum, nie mamy żadnych szans ani przeciwko lewicy, ani przeciwko prawicy. Według mnie nie ma możliwości współpracy z lewicą. Moja odpowiedź brzmi: Fidesz musi szukać współpracy z siłami politycznymi znajdującymi się na prawo od centrum.
Viktor Orbán
Słowa te, wypowiedziane podczas kongresu partii, zapoczątkowały szereg zmian. Również w… nazwie. „Fidesz” przestał być już akronimem, ale stanowił markę na tyle silną i rozpoznawalną, że pozostał jako trzon. Od teraz ugrupowanie nazywało się: Fidesz – Magyar Polgári Párt (Fidesz – Węgierska Partia Obywatelska).
Zmiany zaszły także w jego życiu prywatnym. W 1997 roku, jedenaście lat po ślubie cywilnym, Orbán zawarł związek małżeński w ceremonii kościelnej. Złośliwi mówią, że było to działanie „pod publiczkę”: widział, ile dla rodaków znaczy chrześcijaństwo. Nie brakuje jednak opinii i dowodów, że konwersja była szczera.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przemianę przeszli też wszyscy wokół. Próżno szukać wywiadów czy wypowiedzi członków partii z tamtego okresu, w których po retorycznej pięciolinii nie fruwałyby deklaracje wiary w naród, w węgierską tradycję, szacunek dla wartości, rodzinę czy miłość do kraju.
Trzydniowy zarost, długie włosy i luźne stroje zastąpione zostały przez zdecydowanie bardziej „konserwatywny” wygląd. Z Fideszu, który wiece organizował podczas koncertów rockowych, do którego wstępu nie miał nikt starszy niż 35 lat, została już tylko nazwa (a raczej: część nazwy). No i Orbán oraz kilku jego przybocznych.
Najmłodszy premier w Europie
Politycy z Węgierskiej Partii Socjalistycznej robili co mogli, żeby odciąć się od dorobku komunistów, stworzyli nawet rząd z liberalnym SZDSZ, ale na nic się to wszystko zdało. Już po fiasku Pakietu Bokrosa było jasne, że partia znajduje się na równi pochyłej. Premier Gyula Horn, który w 1956 roku walczył ramię w ramię z Sowietami, próbował jeszcze udobruchać naród, dymisjonując kontrowersyjnego ministra i cofając lwią część jego reform, ale i to nie wystarczyło, by powstrzymać rozpędzony, odmieniony Fidesz.
W 1998 roku, tuż przed 35. urodzinami, Viktor Orbán został najmłodszym szefem rządu w Europie.
Historycy nazywają ten etap jego politycznego życia „fazą przejściową”. Ani nie był już zbuntowanym liberałem w podartych dżinsach, ani nie był jeszcze prawicowym autokratą. Uśmiechał się szeroko do NATO i Unii Europejskiej, pamiętając jednocześnie o narodowej tożsamości. „Rodzina jest fundamentem narodu” – głosił, a państwo „ma obowiązek ją chronić i wspierać”.
Za jego rządów (w koalicji z MDF i Niezależną Partią Drobnych Rolników [FKgP]) wprowadzono ulgi podatkowe dla rodzin z dziećmi, zwiększono świadczenia socjalne i postawiono na rozwój infrastruktury, która miała ułatwić życie na prowincji. To ostatnie było szczególnie ważne, bo Fidesz od początku stawiał na elektorat wiejski, wyraźnie zaniedbany przez poprzedników.
Spadło bezrobocie, wzrosły płace i zmalała też inflacja, ale to – przekonują ekonomiści – głównie dzięki ostrym cięciom przeprowadzonym przez Bokrosa, który „uratował” tamtejszą gospodarkę. Orbán szczęśliwie nie przeszkadzał. Na swoje konto może zapisać na pewno odbudowę mostu Marii Walerii, łączącego Węgry ze Słowacją, a także budowę Teatru Narodowego.
Nade wszystko: rozpoczęto hucznie proces dekomunizacji, polegający na usuwaniu symboli i pozostałości po poprzednim systemie. W szkołach wprowadzono programy edukacyjne, które miały na celu przypomnienie młodym Węgrom o zbrodniach komunizmu i bohaterstwie rewolucji z 1956 roku. Jednocześnie rząd zaczął ostro krytykować postkomunistyczną lewicę, oskarżając ją o korupcję, nepotyzm i brak odpowiedzialności za stan kraju. „Lewicy” czy „socjalistów” Orbán nigdy nie nazywał zresztą inaczej niż „komunistami”. I – przekonują wszyscy – szczerze ich nienawidził.
Podstawą komunizmu było zawsze kłamstwo. Elita komunistyczna przystosowała się do nowych czasów, ale się nie zmieniła.
Viktor Orbán
Dwie wielkie porażki
To, co napędzało Orbána, jego rodaków jednak dość szybko zmęczyło. Przeszkadzał im konfrontacyjny styl premiera, który – choć wprowadził kraj do NATO i był na autostradzie do Unii – wciąż za bardzo żył przeszłością, zamiast patrzeć w przód. Rozliczanie komunistów, zauważano, zajmowało go bardziej niż powinno. Albo: bardziej niż chciałby tego naród, podekscytowany perspektywami, jakie niósł XXI wiek.
Nie był też święty. Sypały się oskarżenia o korupcję, media szeroko opisywały kontrowersje wokół zakupu winnicy w Tokaju czy rozmaite przywileje, z których (zbyt) chętnie korzystali najbliżsi premiera.
I choć kraj miał się nie najgorzej, a Fidesz długo prowadził w sondażach, w 2002 roku wybory przegrał.
Niespodziewaną utratę władzy Orbán zniósł źle. Winą obarczał nieprzychylne sobie media, gdzieniegdzie sugerowano też oszustwa wyborcze i manipulacje. Nie spuścił jednak głowy. „Nie wygraliśmy, ale nie przegraliśmy sprawy Węgier” – mówił, dość jasno sygnalizując, że tylko jego partia może zadbać o interesy rodaków.
Bardzo się zmienił. Rywale wypominali mu, że zamiast angażować się w pracę parlamentu, jeździł po kraju i podtrzymywał ogień wśród swoich największych orędowników: mieszkańców wsi i małych miasteczek. Rola „trybuna ludu” bardzo mu zresztą odpowiadała. W zgodnej opinii obserwatorów, odnajdywał się (tak jest do dziś) w niej znacznie lepiej niż w debatach. Umiał porwać tłum, potrafił „płynąć” z emocjami tych, do których chciał trafić. W podwiniętych rękawach i lekko zapoconej koszuli obiecywał wszystkim wszędzie lepsze życie.
Budował atmosferę oblężonej twierdzy. „My” kontra „oni”. Świetnie radził sobie w rozgrywkach wewnątrzpartyjnych, tworząc w Fideszu podwaliny pod coś w rodzaju kultu jednostki. Mniej i bardziej skutecznie paraliżował dyskurs publiczny: ktokolwiek się z nim nie zgadzał, wrzucany był do worka z napisem: „wróg narodu”.
Pomimo tego, pomimo niezłej kampanii i sprzyjających sondaży, w kwietniu 2006 roku przegrał ponownie. Po bardzo wyrównanej walce, ale przegrał – główną figurą na lewicy był już wówczas Ferenc Gyurcsány, który skusił wyborców podtrzymaniem licznych świadczeń socjalnych i obietnicą głębokich reform. Wydawał się też, wciąż, opcją bezpieczniejszą i bardziej przewidywalną niż porywczy, krnąbrny szef Fideszu.
Z obu porażek Orbán nie wyciągnął żadnych wniosków. Nie widział błędów u siebie. Obwiniał media, które – jak przekonywał – ciągle były jeszcze zdominowane przez socjalistyczne elity.
József Debreczeni, autor trzech prac o węgierskim liderze, w tym pierwszej opublikowanej jego biografii, wskazuje ten moment jako krytyczny w postrzeganiu świata przez młodego polityka.
To utrata władzy, a nie władza przekształciła Orbána. (...) Tym bardziej, że każdorazowo przegrywał nieznacznie. Wyjaśnia to, dlaczego będzie później usiłował tak ustawić system, by stworzyć najkorzystniejsze warunki utrzymania się u władzy.
József Debreczeni
I kiedy wydawało się, że przed nim kolejne lata mozolnego budowania i czekania, kilka miesięcy po wyborach spadła niespodziewana gwiazdka z nieba. Wydarzenie, które na zawsze zmieniło Węgry.
Przełomowe taśmy
„Kłamaliśmy rano, kłamaliśmy wieczorem. Kłamaliśmy przez cały czas. (…) Żaden kraj europejski nie zrobił takiego gówna, jakie my zrobiliśmy. Spapraliśmy wszystko. Nie troszkę – całkowicie. (…) Ostatnie półtora-dwa lata rządzenia upłynęło nam na tym, że próbowaliśmy jakoś nie dopuścić do tego, żeby ludzie dowiedzieli się prawdy. Utrzymywaliśmy to w tajemnicy. Było dla nas jasne, że jeśli przegramy wybory, wszystko wyjdzie na jaw.”
To fragment nagrania, jakie wyciekło do mediów po spotkaniu kierownictwa partii socjalistycznej w ośrodku nad Balatonem. Politycy rządzącego ugrupowania zastanawiali się, jak wyjść z pułapki przedwyborczych obietnic, które zapewniły im sukces w wyborach parlamentarnych. W niezwykle brutalnych, a czasami po prostu chamskich słowach, premier ocenił dotychczasowe zachowanie swojej formacji, a także własnych rodaków (mówił m.in. o „k…skim kraju”). Gyurcsány przyznał się, że jego rząd celowo i świadomie okłamywał obywateli w kwestiach stanu finansów publicznych, gospodarki, a także skali reform i sukcesów rządu.
Tłumaczył później, że wypowiedź została wyrwana z kontekstu, a całe przemówienie miało być rodzajem gorzkiej autorefleksji, mającej zmotywować własną partię (MSZP) do pilnych i radykalnych reform. W praktyce jednak taśmy pogrążyły rząd socjalistów i wywołały na Węgrzech największe protesty od czasów transformacji.
Fidesz i Orbán momentalnie wykorzystali okazję. Lider opozycji stanął na czele demonstracji, domagając się ustąpienia rządu i przedterminowych wyborów.
Gyurcsány przetrwał jeszcze kilka lat – ale politycznie był już trupem. Gwoździem do trumny okazał się kryzys finansowy, jaki w 2008 roku dotknął niemal cały świat. W kolejnych wyborach socjaliści dostali zaledwie jedną czwartą głosów. Orbán wreszcie triumfował. I to jak! Większość konstytucyjna dała mu władzę, jakiej nie miał nikt wcześniej. I niemal nieograniczone możliwości, by zmieniać kraj na własną modłę.
Zabetonować władzę
Nauczony pierwszą kadencją u sterów, tą z przełomu wieków, Orbán rozumiał, że zdobycie władzy to jedno, a utrzymanie jej – drugie, znacznie trudniejsze. Zwłaszcza przy tak kapryśnych rodakach, którzy wielokrotnie w przeszłości płatali mu figle, zmieniając zdanie i preferencje w ciągu kilku tygodni.
Nowa konstytucja, która powstała już w 2011 roku, zmieniła m.in. rynek medialny. Stworzono gigantyczny rządowy urząd nadzorujący media – NMHH (Narodowy Urząd Mediów i Komunikacji), z kompetencjami nad wszystkimi nadawcami, internetem i drukiem. Ustanowiono kodeks etyki medialnej, który w praktyce umożliwiał wlepianie potężnych kar niezależnym mediom (a co za tym idzie: powolne ich zatapianie).
Zreorganizowano media publiczne w jeden konglomerat pod kontrolą władzy, zatrudniający setki dziennikarzy lojalnych wobec rządu. W telewizji, radio i prasie regularnie „straszono” Sorosem i migrantami.
Orbán sprytnie załatwił też sprawę sądownictwa: większość sędziów była w podeszłym wieku, więc… obniżył wiek emerytalny (z 70 do 62), by niemal wszystkim skończyły się kadencje. Wstawił „swoich”, przyjaznych Fideszowi, na co najmniej dziewięć lat: by po ewentualnej przegranej w wyborach wciąż trzymać łapę na kluczowych dla kraju kwestiach.
Podobne zmiany przeszły także edukacja i służba zdrowia, choć trudno mówić o poprawie sytuacji. Wręcz przeciwnie – jakość usług publicznych spadła, a frustracja społeczna rosła. Orbán chwalił się, że wyciągnął kraj z kryzysu – i pewne statystyki to potwierdzały. Wzrost gospodarczy na poziomie 4 proc. PKB, niskie bezrobocie… Jednocześnie Węgry, w opinii wielu, przestały się rozwijać. Społeczeństwo zostało podzielone, a kraj, choć na papierze wszystko wyglądało dobrze, utknął w gospodarczej stagnacji.
Wisienką na torcie były zmiany w prawie wyborczym, opisywane na początku.
Efekt? System Orbána przekształcił Węgry w państwo prywatne. Socjolog Bálint Magyar idzie dalej, określając je nawet mianem „państwa mafijnego”, w którym klientelizm i lojalność stały się ważniejsze niż kompetencje.
Brytyjski rząd ujawnił, że rosyjskie okręty podwodne szpiegowały na północy Atlantyku
Do rzeczywistości środkowoeuropejskiej Orbán przeniósł podstawową zasadę świata postsowieckiego, gdzie polityka to przede wszystkim narzędzie gromadzenia majątku.
Jak zmobilizować elektorat?
Jednym z kluczowych elementów orbánowskiej strategii umacniania władzy okazało się również zbliżenie z Rosją Władimira Putina. Orbán, któremu w młodości przypisywano okrzyk „Ruscy do domu!”, niespodziewanie zaczął postrzegać Moskwę jako ważnego partnera. Pragmatyzm? Cynizm? A może jedno i drugie?
Budapeszt ochoczo podpisywał wielomiliardowe kontrakty na dostawy rosyjskiego gazu i ropy, co dawało Orbánowi przestrzeń do manewru na europejskiej arenie. Jego krytycy podkreślali, że ta „przyjaźń” nie tylko wzmacniała ekonomiczne wpływy Rosji na Węgrzech, ale także pozwalała Putinowi na sianie niezgody w Unii Europejskiej. Orbánowi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – w Putinie odnalazł model polityka, który skutecznie centralizuje władzę, ogranicza wolność mediów i eliminuje opozycję. Nic dziwnego, że węgierski lider zaczął być regularnie nazywany przez zachodnich analityków „małym Putinem”.
W międzyczasie Orbán zaczął coraz śmielej atakować liberalne demokracje. W 2014 roku, podczas słynnego wystąpienia w rumuńskim Băile Tușnad, ogłosił, że buduje na Węgrzech „państwo nieliberalne”.
Nowe państwo, które budujemy, to państwo nieliberalne, które nie odrzuca podstawowych wartości liberalizmu, takich jak wolność, ale nie czyni ich centralnym elementem organizacji państwa. Państwo nie musi być liberalne, żeby było skuteczne.
Viktor Orbán
Orbán zrozumiał też szybko, że jego elektorat łatwiej mobilizować gniewem niż sukcesami gospodarczymi. Nade wszystko: nigdy nie próbował zdobyć sympatii wszystkich. Wiedział, że wystarczy mu stabilna baza poparcia, lojalna wobec Fideszu, gotowa mobilizować się za każdym razem, gdy premier wezwie do obrony „węgierskości”.
Wszelkie wpadki – choć zdarzały się Orbánowi często – zwykle skutecznie zamiatano pod dywan. Tak było np. w 2020 roku, gdy w nietypowej sytuacji przyłapano w Brukseli Józsefa Szajera, jednego z ojców założycieli Fideszu, twórcę nowej konstytucji. Strażnik konserwatywnych wartości partii został schwytany… schodząc po rynnie z gejowskiej seksparty, z torebką amfetaminy w plecaku. Z życia publicznego został skreślony niemal natychmiast. Niespecjalnie nawet walczył, bo przecież kto to widział, żeby jeden z najbliższych współpracowników premiera był homoseksualistą? W dodatku narkomanem…
Inne skandale, najczęściej korupcyjne, takie jak afera wokół Eliosa – firmy powiązanej z jego zięciem, która miała zarabiać na ustawionych przetargach finansowanych z funduszy UE – premier po prostu ignorował, przedstawiając je jako ataki ze strony opozycji czy międzynarodowych elit.
„Przywrócił dumę z bycia Węgrem”
Gdy w 2018 roku, mimo kolejnych oskarżeń i skandali, Orbán wygrał wybory po raz trzeci z rzędu, nawet jego wrogowie musieli przyznać, że premier stworzył na Węgrzech system niemal niezniszczalny. Opozycja była rozbita, media zastraszone lub przejęte, a społeczeństwo podzielone. Także pandemia koronawirusa, z którą większość światowych liderów „przegrała”, posłużyła mu do wzmocnienia władzy. Wprowadził stan wyjątkowy i dał samemu sobie prawo do rządzenia za pośrednictwem dekretów, z którego skwapliwie korzysta… do dziś.
Jego Węgry – choć formalnie to nadal demokracja – zaczęły przypominać autokrację. Freedom House, amerykańska organizacja monitorująca przestrzeganie praw człowieka i demokracji na świecie, już w 2020 roku uznała, że Węgry przestały być „demokracją skonsolidowaną” i stały się jedynie „systemem hybrydowym”, gdzie instytucje demokratyczne istnieją, ale są na tyle osłabione, że nie mogą efektywnie kontrolować władzy wykonawczej.
To jedna strona medalu.
Spojrzenie na Węgry przez pryzmat wyłącznie liberalnych lub lewicowych mediów nie pokazuje przecież całej prawdy. W konserwatywnej prasie, wśród analityków prawicowych think-tanków i w amerykańskich periodykach, takich jak „National Review”, „The American Conservative” czy nawet „The Wall Street Journal”, Orbán wielokrotnie był i jest postrzegany jako skuteczny lider, który potrafił odbudować pozycję swojego kraju po kryzysie finansowym z 2008 roku.
Przede wszystkim – zauważają jego zwolennicy – zapewnił Węgrom stabilność. Bezrobocie znacząco spadło, a ruchy gospodarcze, choć krytycy piszą chętnie o „stagnacji”, dla wielu węgierskich rodzin oznaczały zauważalną poprawę warunków życia. Wskaźniki ekonomiczne, którymi Fidesz chwalił się na arenie międzynarodowej, faktycznie dawały solidne podstawy do optymizmu: kraj uniknął wielu bolesnych cięć socjalnych, które wstrząsnęły południem Europy podczas kryzysu zadłużenia.
W prawicowych mediach Orbán postrzegany jest jako polityk broniący suwerenności państwa przed nadmierną ingerencją Brukseli. „The American Conservative” zauważył kiedyś, że „Orbán umiejętnie balansuje między patriotyzmem a pragmatyzmem. Stawia na pierwszym miejscu interes własnego kraju, nawet jeśli oznacza to sprzeciw wobec biurokratycznych pomysłów unijnych elit”. Jego polityka migracyjna – choć w liberalnych stolicach Europy wywołała oburzenie – zyskała poparcie znacznej części społeczeństwa i uczyniła z Orbána istotny punkt odniesienia dla europejskich konserwatystów.
Budowanie silnej narracji narodowej i kulturowej również spotyka się z aprobatą wielu Węgrów. Powrót do chrześcijańskich korzeni i akcentowanie wartości rodzinnych nie jest, według zwolenników premiera, cyniczną grą na emocjach, ale szczerym wyrazem woli narodu. Orbán – jak pisał węgierski tygodnik „Magyar Demokrata” – „przywrócił dumę z bycia Węgrem, przypomniał narodowi o jego bogatej historii i tożsamości, którą przez lata starano się Węgrom odbierać”.
Nawet współpraca Orbána z Rosją i Władimirem Putinem, postrzegana często jako dowód oportunizmu, przez jego zwolenników jest traktowana jako przykład politycznego realizmu. Węgry, ze względu na swoje położenie i historię, zmuszone są do prowadzenia polityki równowagi. Zdaniem części prawicowych analityków, Orbán dobrze to rozumie: współpraca gospodarcza z Rosją zapewnia krajowi nie tylko energię, ale także pewną dźwignię negocjacyjną w relacjach z Unią Europejską.
Nie brakuje też opinii doceniających Orbána jako sprawnego politycznego stratega. Nawet nieprzychylni mu komentatorzy przyznają, że lider Fideszu wykazał się wyjątkowym instynktem, którego wielu polityków w Europie mogłoby mu pozazdrościć. Skuteczność w polityce, przekonują zwolennicy, często wymaga podejmowania niepopularnych decyzji, zdecydowanych ruchów, a czasem – niestety – także bezwzględności. Orbán okazał się w tym mistrzem.
W końcu Viktor Orbán, przy wszystkich zarzutach wobec niego, osiągnął coś, co politykom zdarza się rzadko: nie tylko zdobył władzę, ale potrafił ją przez lata utrzymać. Dla jednych to wypaczenie demokracji, dla innych – dowód, że spora część Węgrów jest zadowolona z życia pod jego rządami. Czy to się komuś podoba, czy nie.
Faktem jest, że Orbán od kilkunastu lat konsekwentnie gra w swoją grę, realizując założoną taktykę. Balansuje między Brukselą a Moskwą, prowokując Zachód i zacieśniając kontrolę nad krajem.
Jak długo jeszcze?
Przy tak zabetonowanej władzy, z mediami, sądami i miliardami forintów w garści, tylko z większością konstytucyjną można wyrwać kraj z rąk Orbána. A na to, w obliczu tak zmobilizowanego elektoratu, się nie zanosi.
