Niezatapialny dotychczas wódz narodu może zostać jutro pobity przez gościa, o którym w jego „królestwie” jeszcze dwa lata temu mało kto słyszał. Człowieka, którego żona była… ministrem sprawiedliwości w rządzie „władcy”. Polityka, którego dziadek był w latach 80. gwiazdą telewizji, a dalszy członek rodziny – prezydentem kraju. Oto historia Pétera Magyara, nadziei wielu Węgrów na powrót demokracji.

- Péter Magyar wyrósł na lidera zmiany, wykorzystując aferę obyczajową wokół władzy i błyskawicznie mobilizując Węgrów przeciwko Orbánowi dzięki viralowym wystąpieniom i niezwykłemu talentowi komunikacyjnemu.
- Jego kampania była spontaniczna, oddolna i skuteczna – bez zaplecza, oparta na Facebooku, przyniosła mu 1,3 mln głosów i drugie miejsce w wyborach do Europarlamentu, co mocno zachwiało pewnością siebie obozu Fideszu.
- Orbán odpowiadał kampanią strachu i agresywną narracją, używając m.in. AI, antyukraińskich i antyunijnych przekazów. Magyar kontratakował szybko i celnie, zyskując wizerunek energicznego przywódcy.
- Magyar nie jest jednak postacią krystaliczną – to człowiek systemu, były członek Fideszu, powiązany z elitami, uwikłany w spory obyczajowe i niejednoznaczny w polityce wobec Rosji i Ukrainy, co czyni go raczej rewizjonistą niż rewolucjonistą.
CZĘŚĆ I - CZŁOWIEK ZMIANY
Koszmar Victora Orbána rozpoczął się w lutym 2024 roku. Złe sny mają do siebie to, że czasem rozwijają się powoli, niewinnie, że dopiero ich finał bywa zatrważający. Cóż, to nie ten przypadek. Tu wszystko zadziało się z prędkością fabuły „Szybkich i wściekłych”.
Pierwszą kostkę domina przewróciła Katalin Novák. Prezydent Węgier ułaskawiła wicedyrektora domu dziecka, który krył pedofilską działalność swojego szefa. Szybki był tutaj Orbán – choć oficjalnie nikt tego nie przyzna, naciski jego obozu zmusiły głowę państwa do dymisji. Wściekły – całą tą historią – węgierski naród. Jego głosem stał się Péter Magyar (kim był wówczas dla Węgrów – o tym później), który wyszedł z założenia „timing is everything” i błyskawicznie pojawił się w kanale „Partizan” na YouTube. Skrytykował w nim panującego od lat premiera. Orbánowi oberwało się generalnie za… wszystko, ale przede wszystkim Péter skupił się na wszechobecnej jego zdaniem w kraju korupcji.
Punktował Orbána z cyceronowską precyzją, dlatego film po trzech dniach miał już 1,7 mln odsłon. Magyar naturalnie poszedł więc za ciosem pokazując, że wyśmienicie operuje nie tylko słowem mówionym, ale też pisanym – w social mediach ludzkie potrzeby wyczuwał z intuicją światowej klasy influencerki. Jego posty szybko stały się więc viralami, a sam Péter – uosobieniem węgierskiej nadziei na lepsze czasy. Choć oczywiście, jak to bywa w przeddzień rewolucji, władza nie doceniła tego potencjału – wiceprzewodniczący Fideszu Gábor Kubatov nazwał go „żoną piłkarza” sugerując tym samym (jakże mylnie!), że nie jest to kandydat na poważnego lidera, a celebryta-atencjusz.
Nie o tym jest to tekst, ale nie sposób w kilku zdaniach nie przypomnieć, że lata rządów Fideszu wymęczyły setki tysięcy (kilka milionów?) ludzi. Nie podobało im się chociażby to, że wiele węgierskich instytucji zostało przejętych przez partię lub zlikwidowanych. Że zmieniono konstytucję. Że stworzono nowe elity, zupełnie zależne od Orbána. Że, zdaniem wielu ekspertów, korupcja przeżarła kraj jak rdza starą rynnę.
Ci obywatele przez lata czekali w zaciszu swoich domostw na kogoś, kto okaże się politycznym pistoletem naładowanym amunicją przeciwko Orbánowi. Wielu z nich zapewne zwątpiło już, że ktoś taki istnieje, wielu mogło pogodzić się z tym, że premier będzie rządził dożywotnio.
Facebook i 1,3 mln głosów
Wracając do Magyara – gdy wyczuł koniunkturę, wszystko potoczyło się błyskawicznie: kilka miesięcy po tym, jak objawił się Węgrom, zajął… drugie miejsce w wyborach do Europarlamentu. Péter startował z poziomu braku jakiegokolwiek zaplecza partyjnego, a swoich kandydatów wybierał na podstawie wyników sondy na Facebooku. Czasu było tak mało, że nie dałby rady zarejestrować swojego ruchu jako partii politycznej, dlatego zdecydował się na start z mało znanego dotąd ugrupowania TISZA.
Ta spontaniczna improwizacja odpowiadała milionowi trzystu tysiącom wyborców, którzy zagłosowali na Magyara! Jeśli Orbán przed czerwcem 2024 miał nadzieję, że Péter to gwiazda jednego przeboju, musiał wtedy zrozumieć, że nic bardziej mylnego, że ma do czynienia z artystą płodnym, w primie swojej twórczości, z artystą gotowym produkować jeden przebój za drugim.
A dodatkowo mającym dobry kontakt z publicznością, co pokazują liczne relacje z wyborczych wieców Magyara. Komentatorzy polityczni porównują je nawet czasem do wystąpień… młodego Orbána.
Viktor potrafił kiedyś porwać tłumy, ale umówmy się – kiedyś jest tutaj słowem kluczowym. Jego przemówienie do studentów AWF-u czy demonstracja na placu Kossutha to były wydarzenia, które przeszły do historii kraju. Dziś to polityk, który – jak to bywa w przypadku długoletniej władzy – odgrodził się od „poddanych” solidnym murem. I to niemalże dosłownie – swoje biuro z budynku parlamentu przeniósł na Wzgórze Zamkowe, do dawnego klasztoru karmelitów.
A kampanię wyborczą rozpoczął nie w centrum Budapesztu będąc dostępnym dla zwykłego Kowalskiego (Nagy’ego), a… przy silosach zbożowych – za zamkniętą bramą i przy wyselekcjonowanej publiczności. Ok, rosnąca popularność Magyara „zmusiła” premiera do zwołania Marszu Pokoju, ale w porównaniu do energii, jaka panuje na spotkaniach Pétera, była to totalna stypa.
Nie da się jej w ogóle porównać z Magyarem, który na prowincji chętnie wchodził między publiczność, aby zrobić sobie selfie, a w Budapeszcie potrafił zarządzić emocjami wyborców za pomocą chwytliwego hasła – patrz „Powstańcie Węgry, powstańcie Węgry!”, wykrzyczanego zresztą w nie byle jakim miejscu, bo na Placu Bohaterów. Który na spotkania z wyborcami potrafi… przypłynąć kajakiem, a nie przyjechać obowiązkową limuzyną. I który – to przede wszystkim! – ma w sobie coś z benedyktyńskiej pracowitości: od 2024 roku objechał kraj czterokrotnie.
Nie dziwi, że Orbán bał się publicznej debaty z kimś tak nakręconym na zmiany, z kimś, kto ma za sobą tak zmotywowany tłum. Zamiast uprawiać słowną szermierkę obóz premiera, związany z nim mniej lub bardziej oficjalnie, wolał więc działać na doskonale znanych sobie terytoriach, za pomocą wojny podjazdowej – próbując straszyć Węgrów. Budapeszt zalały przed wyborami antyunijne i antyukraińskie billboardy, z których wynika jedno: jeśli TISZA będzie rządzić, to Magyar – oczywiście do spółki z Ursulą von der Leyen i Wołodymirem Zełeńskim – odbiorą ludziom pieniądze na życie. Jak? Według tej narracji – przez przekierowanie unijnych środków budżetowych na pomoc Ukrainie oraz koszty wojny, zamiast na wsparcie dla Węgrów.
Władza zaczęła się też… posiłkować sztuczną inteligencją. Stworzyła za jej pomocą spot, w którym widzimy egzekucję żołnierzy w węgierskich mundurach oraz dziecko pytające o zaginionego ojca. Wideo kończy się słowami: „nie pozwólcie innym decydować o losie swojej rodziny. Fidesz to bezpieczny wybór”.
I w tej sytuacji Magyar okazał się sprawny w fechtunku, jego odpowiedź na Facebooku była precyzyjna: „Zabawa z dziećmi, egzekucje i strach to nie polityka, to bezduszna manipulacja” – napisał, dodając, że to właśnie takie działanie jest idealnym przykładem siania nienawiści.
Amerykanie przeciwko rewolucji
Oczywiście – zaplecze Orbána szukało przewag nie tylko w tych tanich chwytach, ale też poprzez pokazanie doskonałych stosunków premiera z Amerykanami. Stolicę odwiedził chociażby sekretarz stanu USA Marco Rubio, który z typową dla obozu Donalda Trumpa przesadą opowiadał, jak wspaniale Amerykanom współpracuje się z obecnym premierem. Po nim w Budapeszcie pojawił się kolejny członek tej wesołej, ofensywnej ekipy zza oceanu – J.D. Vance: wiceprezydent wystąpił na konferencji z Orbánem, dając mu w ten sposób oficjalne poparcie. Magyar zareagował na te bratanie się wydaniem oświadczenia, najważniejsze zdanie jakie w nim napisał brzmiało „Historia Węgier nie jest pisana w Waszyngtonie, Moskwie ani Brukseli.”
W tej zaciętej rywalizacji o władzę Péter nie zawsze zajmuje się tylko nacieraniem na Orbána i szukaniem ciętych ripost do działań Fideszu i jego zaplecza, czasem robi coś jeszcze, mianowicie wyprzedza potencjalne ataki. To działanie ryzykowne, bo rozbrajana bomba może ci przecież po prostu wybuchnąć w dłoniach, ale w jego przypadku, przynajmniej na razie, tak się nie stało.
Chodzi tu o historię obyczajową: jakiś czas temu Magyar złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Na swoich social mediach pisał o sprawie tak:
Przypuszczam, że planują wypuścić nagranie zrealizowane za pomocą sprzętu służb specjalnych i najprawdopodobniej fałszywe, na którym widać mnie i moją ówczesną partnerkę w czasie stosunku. Ten atak to kolejny dowód, że władza się boi. Jeśli będziemy trzymać się razem, wygramy. Jeśli damy się pokonać, oni wygrają, a nasz kraj upadnie. W Europie to bez precedensu, że partia rządząca chce zdyskredytować, zaszantażować i wyeliminować polityczną konkurencję przez nagrania stosunków seksualnych za pomocą nielegalnych środków i grozi, że ujawni te nagrania opinii publicznej.
Ta zdecydowana reakcja chyba zadziałała, bo rzekome nagranie nie pojawiło się przecież w przestrzeni publicznej.
CZĘŚĆ II - CZŁOWIEK SYSTEMU
Czytając ten tekst można dojść do wniosku, że Magyar to węgierski odpowiednik Kapitana Ameryki. Facet bez wad, który pojawił się w Budapeszcie, by ratować kraj.
Spokojnie, wiem, że w polityce nie ma superbohaterów.
Tu każdy ma coś za uszami, Péter nie jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Przede wszystkim – pamiętajmy, że ten gość przez lata był… członkiem Fideszu, a ówczesna małżonka Magyara – Judit Varga – była przez kilka lat ministrem sprawiedliwości w rządzie Orbána. Z kolei przyjaciel lidera TISZY, Gergely Gulyás, od 2018 roku pełnił rolę szefa kancelarii premiera w randze ministra. Sam Péter latami był dyplomatą, który nie wahał się przedstawiać stanowiska Fideszu w Brukseli. Potem pracował w spółkach węgierskiego skarbu państwa.
No i teraz tak: jeden czytelnik tego tekstu uzna, że skoro Magyar przez tyle czasu tolerował wiele szemranych działań Orbána, wcale nie jest dużo lepszy od niego. Drugi stwierdzi natomiast, że jeśli ostatecznie wystąpił przeciwko władzy, oznacza to, że ewentualne dawne winy się przedawniły, że liczy się to co tu i teraz.
Smoleńsk – 16 lat po katastrofie. Najważniejsze fakty i wciąż otwarte pytania
Jakie zdanie ma na ten temat sam zainteresowany? W wywiadzie dla Gazety Wyborczej (z sierpnia 2025 roku) mówił o tym tak:
– Jako członek Fideszu przez 17 lat nie byłem w ogóle aktywny w partii. W 2019 roku zacząłem bardzo mocno krytykować Fidesz w wewnętrznych kręgach za korupcję. Rozmawiałem o tym na imprezach, w naszym domku letniskowym nad Balatonem. Ale jednocześnie byłem częścią systemu. Miałem pracę w rządzie, czasem w sektorze prywatnym. I choć niełatwo z tego wyjść, to zdecydowałem się na to. Próbowałem zreformować partię od środka. Nie byłem w tym sam, ale ostatecznie to się nie udało.
Czyli trochę się wybielam, a trochę przyznaję do tego, że akceptowałem system.
Idźmy dalej: Magyar vs kobiety.
Péter i Judit Varga przez lata byli kochającą się parą, wzorem udanego związku. I co? I pewnego dnia, już po rozwodzie, Magyar publicznie ją zaatakował.
W marcu 2024 roku, ponad miesiąc po słynnym wystąpieniu w kanale „Partizan” (jeśli przeciętny Węgier kojarzył wtedy Pétera, to pewnie właśnie tak – jako eks-męża Judit), Magyar opublikował nagranie z udziałem byłej już minister sprawiedliwości. Na jego podstawie uznał, że wiedziała o politycznych naciskach na prokuraturę i je tolerowała. Z kolei Varga twierdziła, że te „taśmy” są wyrwane z kontekstu i zmanipulowane.
I teraz znowu: jeden rabin powie, że Péterowi należą się brawa za schowanie ich wieloletniej relacji do kieszeni w imię wyższego dobra – walki o sprawiedliwość. Drugi uzna, że skoro jest taki wrażliwy na nadużywanie władzy, to czemu nie próbował rozprawić się z tą sprawą wcześniej? Skoro był małżonkiem Judit, nie chce się wierzyć, że przez lata nie słyszał od niej słowa o ewentualnych nieprawidłowościach. Ale wtedy niekoniecznie opłacało się je nagłaśniać, prawda?
Magyar nie zawahał się też uderzyć w kolejną kobietę, z którą się spotykał – tę od opisanego wcześniej potencjalnego skandalu obyczajowego. Gdy postował o możliwym ataku Fideszu w swoim kierunku, zaznaczył wówczas, że ktoś z jego najbliższego otoczenia – w tym jego partnerka – mógł mieć związek ze sprawą. Według relacji medialnych ta tajemnicza osoba (nie ujawniono jej danych) zdecydowanie temu zaprzeczała (między innymi za pośrednictwem pełnomocników), twierdząc, że sama mogła być w tej sytuacji ofiarą.
To koniec, towarzysze!
Na koniec jeszcze jedna kwestia – lider TISZY vs. Ukraina i Rosja.
Zapytany latem 2025 roku przez „Gazetę Wyborczą” o politykę wobec kraju Władimira Putina po ewentualnym zwycięstwie, Magyar odpowiedział tak:
(...) Wszystkie kraje europejskie handlują z Rosjanami. Niektórzy to robią uczciwie i otwarcie, inni mniej. Węgrzy wolą podchodzić do tego otwarcie. Zamierzamy jednak odejść od obecnego, bezkrytycznie przyjaznego podejścia wobec Rosji. Będziemy bronić interesu narodowego Węgier, który w wielu obszarach pokrywa się z interesami Polski i całej Europy. (...) Nasza gospodarka jest bardzo zależna od rosyjskich surowców. Oczywiście będziemy starać się dywersyfikować nasze dostawy, ale to zajmie dużo czasu. Węgry, podobnie jak Słowacja, są w Unii Europejskiej bardzo zależne od Rosji, zwłaszcza gdy chodzi o gaz.
Katastrofa smoleńska. Gdy pęknięcie zamieniło się w most – na chwilę
Na środowym wiecu przedwyborczym podejście Magyara było już zupełnie inne. Mimo krótkiego romansu z polityką z pierwszych stron gazet, Péter doskonale rozumie jej mechanizmy, dlatego w Baja „atakował” tłum mocnymi zdaniami, sugerując, że wpływ Rosji na Węgry po jego wygranej będzie zdecydowanie mniejszy niż za rządów Orbána:
– Ten kraj zasługuje na dużo, dużo więcej, bo gdy budzi się naród i mówi „dość”, wysyła jednocześnie wiadomość do Rosjan: „To koniec, towarzysze! Tawariszi, kaniec! To nasza ojczyzna”.
Rozochoceni buńczuczną postawą swojego lidera rodacy puentowali to hasłem „Rosjanie do domu”, utworzonym w 1956 roku, podczas węgierskiego powstania.
Co do Ukrainy, zacytuję tu znany portal „Politico”:
„W istocie Magyar często brzmi uderzająco podobnie do człowieka, którego próbuje zastąpić”.
Jego dziennikarze przypominają, że Péter sprzeciwiał się przyspieszeniu procesu akcesji Ukrainy do UE, był też przeciw wysyłaniu broni do Kijowa. TISZA nie poparła też jednego z kluczowych mechanizmów finansowego wsparcia dla kraju Wołodymyra Zełenskiego, mimo że Węgry nie były zobowiązane do bezpośredniego udziału w tym programie.
Raz jeszcze Magyar dla „Gazety Wyborczej”:
– W Ukrainie żyje liczna mniejszość węgierska. Dlatego to kwestia wrażliwa na Węgrzech. (...) Mamy bardzo napięte stosunki z Ukrainą od 2015 roku, gdy wprowadziła nowe prawo dotyczące języka i nauczania w szkołach. Szczerze mówiąc, nie rozumiem ukraińskich polityków. Jeśli jesteś tak długo w stanie wojny, to czy ma sens denerwowanie twojego sąsiada, by naciskać na węgierską mniejszość i odbierać jej prawa? Nie sądzę, aby było to tak istotne. Ważne jest, by mieć dobre stosunki z twoim sąsiadem. Dlatego uważam, że piłka jest teraz po stronie Ukrainy.
Rewizjonista, a nie rewolucjonista. Orbán w wersji light, tej sprzed 2014 roku, gdy premier ogłosił odejście kraju od systemu demokracji liberalnej. Wielu ekspertów tak właśnie określa dziś Magyara. A jak sam polityk definiuje siebie? Gdy GW zapytała, czy jest bardziej konserwatystą, czy liberałem, odpowiedział:
– Jestem rozwiedzionym mężczyzną z trójką wspaniałych dzieci, kochającym swój kraj i jego historię. Krytycznym proeuropejczykiem i konserwatywnym liberałem, jeśli takie pojęcie istnieje.
Jest też przedstawicielem stołecznej elity. Matka Pétera Mónika Erőss przez lata była związana z węgierskim wymiarem sprawiedliwości i strukturami Krajowej Rady Sądowniczej.
Dziadek Pál Erőss, był sędzią Sądu Najwyższego i gwiazdą telewizji – w latach 80. zdobył popularność jako ekspert prawny w państwowych mediach. Babcia, Teréz Mádl, była siostrą Ferenca Mádla, prezydenta Węgier w latach 2000–2005.
A sam lider TISZY studiował w Budapeszcie i Hamburgu, doktoryzował się na Katolickim Uniwersytecie Pétera Pázmánya.
***
Im dłużej piszę ten tekst, tym bardziej dochodzę do wniosku, że Magyar nie jest ani zbawcą, ani oszustem. Jest po prostu produktem systemu, który próbuje ten system pokonać – i właśnie dlatego stał się tak niebezpieczny dla Orbána. Bo jeśli wygra, okaże się, że nawet w najbardziej zamkniętym układzie można się zbuntować. I dlatego ta historia tak bardzo intryguje całą Europę, i dlatego setki milionów ludzi będą jutro patrzeć na Węgry trochę jak na eksperyment, którego nikt nie chciał przeprowadzać, ale wszyscy pragną zobaczyć jego wynik.
