Reklama
Kraj

Po katastrofie kolejowej rząd podnosi kary dla kierowców. To nie poprawi bezpieczeństwa

Rząd przyjął projekt, który zakłada, że kierowca wjeżdżający na przejazd kolejowy przy czerwonym świetle straci prawo jazdy na trzy miesiące. Sęk w tym, że rok temu rząd taki przepis już proponował i po cichu go z nowelizacji usunął. W dodatku akurat na przejazdach kolejowych problem rozwiązać może coś innego, ale wymagającego więcej pracy od polityków niż zapisanie nowej kary na papierze.

Łukasz Zboralski
Opinia autorstwa: Łukasz Zboralski
Dzisiaj 13:27
11 min
(fot. Piotr Nowak / PAP)
TYLKO NA

Moje zdanie na pewno zdziwi wiele osób, bo publicznie domagałem się przez lata podwyżek kar dla kierowców. Tak naprawdę jednak domagałem się ich urealnienia, bo stawki punktów karnych i grzywien nie były waloryzowane od lat 90. W mediach musiałem wielokrotnie tłumaczyć prawnikom powtarzającym mantrę, że „nie wysokość kary” zmienia zachowania ludzi. Akurat adekwatność kary zmienia. Widzimy to od roku 2022, gdy za najgroźniejsze zachowania na drogach kary są wysokie. Mamy dziś w Polsce o połowę mniej śmiertelnych wypadków (czyli ok. 1600 rocznie).

Waloryzacja tych kar w 2022 r. objęła również niebezpieczne zachowania kierowców na przejazdach drogowo-kolejowych. Od czterech lat za zignorowanie czerwonego światła, objeżdżanie rogatek grozi 2 tys. zł i 15 punktów karnych. Wykroczenie to objęte jest też recydywą – powtórne złamanie tych przepisów w ciągu dwóch lat oznacza grzywnę dwukrotnie wyższą, 4 tys. zł.

I tak, jak wszędzie na drogach liczba wypadków spadała, tak akurat na przejazdach kolejowych jest stabilna. Dlaczego? Niestety, w Polsce dokładnie nie wiadomo, bo urzędnicy Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego zajmują się wieloma rzeczami, m.in. przetargami na zakup kasków rowerowych do rozdawania dzieciom w szkołach, ale analiz dotyczących bezpieczeństwa nie prowadzą prawie wcale. Nie badamy więc także problemu na przejazdach. Możemy jednak domyślać się, dlaczego jest, jak jest – i o tym za chwilę.

Błyskawiczny projekt po katastrofie

W środę, 9 września, kierowca ciężarówki wjechał na przejazd kolejowy w Sokolnikach Suchych (woj. mazowieckie) mimo czerwonego światła (PKP podało, że sygnalizacja była sprawna) przed lokomotywę pociągu InterCity. Uderzenie było tak potężne – pociąg jechał 117 km/h – że lokomotywę obróciło i zniszczyła jeden z wagonów pasażerskich. Cały skład się wykoleił. Rannych zostało osiem osób, w tym cztery ciężko. Jedna z rannych pasażerek zmarła w szpitalu.

Reklama
Reklama

Tragiczny wypadek pod Przysuchą. Maszyniści zapowiadają protest

Wiadomo, że kierowca był trzeźwy. Nie wiadomo jednak, dlaczego zignorował sygnały. Tuż po katastrofie PKP PLK pokazało kolejne przykłady z kamer na przejazdach, gdzie kierowcy wjeżdżali mimo opadających rogatek i czerwonego światła. A takich incydentów na przejazdach jest codziennie bez liku. Kierowcy, głównie ciężarówek, statystycznie wyłamują rogatki na przejazdach 15–20 razy dziennie. Wcześniej to rządu jednak nie interesowało, ale po katastrofie media wszczęły alarm i politycy musieli coś zrobić.

Wczoraj (15 września, czyli przed upływem tygodnia od katastrofy) rząd błyskawicznie przyjął projekt zmiany prawa przygotowany przez Ministerstwo Infrastruktury. Proponuje trzy miesiące odebrania uprawnień do kierowania za wjazd na przejazd przy zignorowaniu sygnałów.

– Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy, która zaostrza przepisy związane z niebezpiecznym zachowaniem kierowców na przejazdach kolejowych. Każde nieodpowiednie zachowanie będzie skutkowało utratą prawa jazdy na trzy miesiące – zakomunikował Adam Szłapka, rzecznik rządu.

„Oślepiło go słońce”. Nowe informacje o katastrofie pociągu pod Przysuchą

Jednocześnie resort sprawiedliwości ma w Kodeksie karnym wywindować karę więzienia za spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym. Dziś, jeśli sprawca działa nieumyślnie – a tym są wypadki drogowe, także z pociągami – za spowodowanie katastrofy, w której ktoś umrze lub zostanie ciężko ranny, grozi tyle samo, co za zwykły wypadek drogowy – od 6 miesięcy do 8 lat więzienia.

Reklama
Reklama

Czy samo windowanie kar to jest dobry pomysł? I czy rozwiąże problem na przejazdach drogowo-kolejowych?

Hipokryzja ministra infrastruktury

Zanim odpowiem na to pytanie, nie można nie wspomnieć o hipokryzji władzy, która jest łatwa do wykazania w tym przypadku.

Zapis wprowadzający taką karę dla kierowców pojawił się w nowelizacji Ministerstwa Infrastruktury rok temu. Nowelizacja, która wprowadziła utratę uprawnień na trzy miesiące za przekraczanie prędkości o 50 km/h także poza obszarem zabudowanym oraz m.in. nakaz jazdy rowerem w kaskach dla dzieci, zakładała też zaostrzenie sankcji za wjazd na czerwonym świetle na przejazd przed pociągiem.

Wypadek na S2 z udziałem ciężarówki. Na trasie potężny korek

Tak wyglądały te zapisy jeszcze w lipcu 2025 r. w projekcie prawa (UC76 – możecie sami sprawdzić na rządowej stronie) we fragmencie dotyczącym utraty uprawnień na trzy miesiące:

„a) kierowaniu pojazdem z prędkością przekraczającą dopuszczalną o więcej niż 50 km/h na obszarze zabudowanym lub na drodze jednojezdniowej dwukierunkowej poza obszarem zabudowanym lub”, w lit. b skreśla się średnik i dodaje wyraz „lub”,

c) po lit. b dodaje się lit. c w brzmieniu:

„c) wjeździe przez kierującego pojazdem silnikowym lub motorowerem za sygnalizator nadający sygnał czerwony, czerwony migający lub dwa na przemian migające sygnały czerwone lub za inne urządzenie nadające te sygnały, umieszczone przed przejazdem kolejowym;”

Reklama
Reklama

Wiceminister infrastruktury z PSL Stanisław Bukowiec 9 lipca 2025 r. na sejmowej komisji chwalił się właśnie tym pomysłem przygotowanym przez jego resort.

– W projekcie UC76, który jest procedowany w tej chwili, zapisaliśmy propozycję automatycznego zatrzymania prawa jazdy na okres trzech miesięcy w przypadku kierującego, który zbagatelizuje sygnalizację, zbagatelizuje opuszczone rogatki i wjedzie na przejazd – mówił Bukowiec.

W trakcie procedowania tego projektu nagle te zapisy zniknęły. Dlaczego? Nie wiadomo. I trzeba było katastrofy kolejowej, śmierci i rannych, żeby minister infrastruktury Dariusz Klimczak z poważną miną ogłosił w telewizjach zaostrzenie kar, które ten sam rząd niewiele wcześniej odrzucił…

Czyż to nie jest hipokryzja? Czy potrzeba dobitniejszego przykładu na to, że w sferze bezpieczeństwa komunikacyjnego polski rząd nie prowadzi absolutnie żadnej racjonalnej, długofalowej polityki, tylko rzuca się od ściany do ściany, przymuszony wzburzeniem opinii społecznej po wypadkach? I żeby było jasne – nie jest to tylko właściwością obecnego rządu. Dokładnie to samo obserwuję przez wszystkie ekipy rządzące Polską od dwóch dekad.

Windowanie kar a egzekucja

Teraz najważniejsze – czy podniesienie kar sprawi, że kierowcy przestaną masowo wjeżdżać na czerwonym i łamać rogatki?

Reklama
Reklama

Otóż nie bardzo. Wyjaśniałem to już zresztą przy urealnianiu kar dla kierowców. Należało je po 30 latach doprowadzić do stopnia, który jest dolegliwy, jednak badania ze świata wskazują, że znaczne podnoszenie kar nie sprawia, iż ludzie nagle przestają łamać drogowe przepisy. Można było to zrozumieć i bez badań: jeśli za coś grozi duża kara, a tak jest już w Polsce na przejazdach, to ludzie się już jej boją. I nie zaczną się bardziej bać, gdy będzie podwójna albo potrójna. Bo boją się już maksymalnie.

Wypadek pociągu we Francji aktem sabotażu? Niepokojące doniesienia

Dla kierowcy zawodowego 15 punktów karnych jest karą, której powinien bać się bardzo. Bo utrata prawa jazdy po przekroczeniu 24 punktów karnych dla niego oznacza zdawanie egzaminów i wykluczenie z pracy na pewien czas.

Zamiast podnosić karę, minister infrastruktury powinien zadać pytanie urzędnikom, których trzyma w Sekretariacie Krajowej Rady BRD: dlaczego kierowcy mimo kary, której powinni się obawiać, tak masowo łamią przepisy, przejeżdżając na przejazdach kolejowych?

Odpowiedź na to pytanie jest znana. Ponieważ szczelność nadzoru w tych miejscach jest znikoma. Ludzie masowo łamią tam prawo i prawie nie dostają za to mandatów. I znów – wiemy to od lat. Policja przy przejazdach kolejowych zjawia się od akcji do akcji, czyli rzadko, i często jeszcze podczas akcji ze Służbą Ochrony Kolei zamiast rozdawać mandaty, rozdaje ulotki z napisami, że tak kierowcy robić nie mogą...

Reklama
Reklama

Wypadek w Krakowie. Do sieci trafiło nagranie zrobione chwilę po tragedii

Pracownicy PKP PLK mówią od dawna, że sami mozolnie wygrzebują z monitoringów przejazdów nagrania kierowców łamiących prawo i wysyłają je do lokalnych komisariatów policji. Komendanci tych komisariatów piszą z kolei do nich błagalne maile, żeby nie przysyłali tego za dużo, bo funkcjonariusze nie nadążają z obróbką postępowań w tych sprawach.

Widzicie już, gdzie jest problem? To jeszcze wyjaśnijmy, dlaczego każdy kolejny minister – i także Dariusz Klimczak – mocno zamyka oczy, by tego problemu nie dostrzec.

Z blisko 12 tys. przejazdów kolejowych w Polsce połowa to przejazdy bez sygnalizacji. Sam krzyż św. Andrzeja, czasem też znak STOP. I tam – jak mówią eksperci od kolei – rozwiązaniem jest likwidacja wielu przejazdów, wzorem włoskim. Nie w każdej wsi trzeba mieć przejazd. Tak, czasem ludzie będą musieli nadrobić 5 km. Trudno.

Z kolei na liniach, na których ruch pociągów jest największy, należy zamiast przejazdów drogowych budować wiadukty i tunele. To oczywiście w Polsce się dzieje, ale trwa długo i kosztuje sporo. Musimy czekać.

Poważny wypadek kolejowy we Francji. Ponad 40 rannych

Połowa przejazdów ma jednak co najmniej sygnalizację. Z tego ok. 2800 przejazdów ma też już kamery. Wystarczy do tych kamer wgrać algorytm – taki sam, jaki mają kamery systemu RedLight łapiącego kierowców przejeżdżających na czerwonym świetle – żeby nagle każde (sic!) wykroczenie w blisko 3 tys. miejsc było zarejestrowane i rozliczone mandatem. Nieuchronność wysokiej kary – 15 punktów i 2 tys. zł – z pewnością miałaby gigantyczny wpływ na kierowców. I mamy na to dowody. Tam, gdzie na skrzyżowaniach drogowych zaczynają działać kamery RedLight, rejestrują miesięcznie tysiące wykroczeń. Jednak po 3–4 miesiącach liczba wykroczeń znacznie spada. Kierowcy zaczynają się pilnować. To po prostu działa.

Reklama
Reklama

Dlaczego minister Klimczak zamiast tego wybiera podniesienie wymiaru kary? Bo jak wszyscy poprzednicy od początku lat 2000 nie naprawił prawa dotyczącego karania kierowców rejestrowanych przez automatyczne systemy. To problem trapiący nas od lat i sprawiający, że połowa mandatów z fotoradarów się przedawnia, bo służba musi mozolnie dochodzić (czasem przed sądem) do tego, kto kierował samochodem w chwili popełnienia wykroczenia, a właściciel pojazdu może wskazać wymyślonego Andrieja z Ukrainy i pozostaje bezkarny.

Dariusz Klimczak doskonale to wie. Rozumie, że wgranie algorytmu RedLight w kolejowe kamery sparaliżowałoby pracę rządowej służby CANARD (tej od fotoradarów), bo pracownicy ręcznie obrabiają tam do dziś każdą sprawę. I polegliby całkowicie, a za jakiś czas NIK wykazałaby, że przedawnia się co drugi mandat z przejazdów albo nawet więcej.

Zamiast przeprowadzić błyskawiczną nowelizację prawa, pozwalającą administracyjnie karać właściciela pojazdu, który nie wskaże kierowcy (a ten nie zapłaci mandatu), rząd Donalda Tuska postanowił zamydlić oczy wzburzonym Polakom, zapowiadając „wyższe kary”, które zmienią niewiele.

Jedynym dobrym rozwiązaniem w propozycjach rządowych będzie wyłącznie podwyższenie kary za spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym. Bo skoro to katastrofa, to jednak zagrożenie więzieniem nie powinno być takie samo jak w przypadku zwykłego wypadku.

Reklama
Reklama

Na razie pozostaniemy jednak z pilotażem systemów RedLight na przejazdach drogowo-kolejowych. Od 2021 r., gdy ten pilotaż ruszył, zainstalowano takich kamer dziesięć.