YouTube może znaleźć się w trudnej sytuacji. Z jednej strony podgryza go Netflix, który chętnie podkupuje największych twórców i obie platformy biją się zachętami o zachowanie ich u siebie. Z drugiej poza Chiny wychodzi bardzo duży konkurent, jakim jest BiliBili.

- Netflix coraz lepiej radzi sobie z współpracą z internetowymi twórcami, przed którymi chętnie otwiera swój serwis.
- YouTube próbuje walczyć z konkurencją i negocjuje z twórcami umowy mające na celu ograniczenie współpracy z Netflixem. W grze są ogromne kwoty.
- W tym samym czasie chiński BiliBili, będący odpowiednikiem YouTube'a, otwiera się na oglądających i twórców na całym świecie.
YouTube rozpoczął licytację w walce o twórców z Netflixem. Obie platformy mają swoje argumenty, ale ostatecznie i tak wszystko rozbije się o finanse. Tymczasem na podbój świata rusza kolejny konkurent, jakim jest BiliBili. Chińska platforma przestaje być dostępna wyłącznie dla lokalnych odbiorców.
Netflix podkupuje twórców YouTube'a. Serwis musi sięgnąć do kieszeni
Amerykańskie media informują, że YouTube usilnie próbuje związać się umowami z największymi twórcami, aby mieć ich na wyłączność swojej platformy. Choć jeszcze do niedawna serwis nie chciał tego robić, ale wygląda na to, że konkurencja okazała się zbyt duża.
Netflix już umieszcza w swoim serwisie materiały dużych twórców, ale często nie robi tego na wyłączność. Filmy w tym samym czasie trafiają na obie platformy i liczby robią wrażenie. Ms. Rachel, która na YouTube zgromadziła już 21 mln subskrybentów, w pierwszej połowie 2026 r. miała wygenerować na Netflixie 69 mln wyświetleń.
YouTube w zamian za ograniczenie współpracy z Netflixem bardzo głęboko sięga do kieszeni. Media donoszą o „milionowych kwotach” i zachętach reklamowych, choć oferty mają być dopasowywane do konkretnych twórców.
YouTube ma ugruntowaną pozycję i ogromny zasięg na całym świecie. Netflix kusi renomą, większym prestiżem i międzynarodowym zasięgiem, ale też zupełnie innym odbiorcą. Subskrybenci Netflixa są przyzwyczajeni do odcinków seriali trwających 40-60 minut, co niekoniecznie jest tak oczywiste w przypadku YouTube'a.
BiliBili wychodzi poza Chiny. Do konkurowania z YouTubem może być daleko
BiliBili często jest nazywany chińskim odpowiednikiem YouTube'a. Serwis był do tej pory trudno dostępny dla osób spoza Chin. Do rejestracji niezbędna była weryfikacja za pomocą paszportu lub innego dokumentu tożsamości. Co wbrew pozorom nie jest takie złe, bo skutecznie ogranicza złudną anonimowość komentujących.
Chęci ekspansji BiliBili są mocno widoczne. Twórcy serwisy odświeżyli aplikację na Androida i dodali ją do Google Play (pobrało ją już 5 mln osób), zmieniono procedury mające ułatwić dodawanie filmów poza Chinami i bardzo mocno ruszyła rekrutacja. Firma szuka nowych pracowników praktycznie we wszystkich częściach świata. W planach jest też aplikacja na iOS i anglojęzyczna wersja strony internetowej.
Media informują też, że BiliBili opracowuje strategię pozyskiwania twórców z YouTube'a. Raczej nikt nie będzie zdziwiony, jeśli będzie tu chodziło o pozyskiwanie ich za pomocą solidnych propozycji finansowych.
Można powiedzieć, że chińskiemu TikTokowi udało się odnieść globalny sukces, ale też pamiętajmy, że TikTok był czymś zupełnie nowym. BiliBili chce odnieść sukces w branży, w której nadal trudną do zachwiania pozycję ma YouTube, a konkurencja w postaci Netflixa to nie jest coś, z czym łatwo będzie wygrać.
Może zainteresuje Cię:

