Reklama
Świat

Zginę na pewno. Początki nowego życia na filipińskiej prowincji #7

Przeprowadzka na filipińską prowincję miała być spełnieniem marzeń. Już pierwszego dnia złamałem obojczyk, pierwszej nocy nie zmrużyłem oka przez koguty i karaoke, a chwilę później dowiedziałem się, że bez policyjnego raportu z niezgłoszonego wypadku nie będzie operacji. Tak właśnie rozpocząłem swoje spokojne życie nad morzem.

Piotr Sarmini
Opinia autorstwa: Piotr Sarmini
Dzisiaj 16:56
7 min
Koguty, karaoke i złamany obojczyk – początki nowego życia na filipińskiej prowincji nie poszły zgodnie z planem (fot. Getty Images)
TYLKO NA

Jazda skuterem w Azji Południowo-Wschodniej rządzi się własnymi prawami, a najważniejszą zasadą na drodze jest po prostu „nie dać się zabić”. Gdy postanowiłem przenieść się z Manili na filipińską prowincję, marząc o spokojnym życiu w bambusowym domku nad morzem, udało mi się oszukać przeznaczenie.

Ostatnie sto kilometrów pokonywałem skuterem w ulewnym deszczu, gdy tuż przed celem, podczas wyprzedzania, straciłem panowanie nad motocyklem i przewróciłem się na mokrym asfalcie. Upadek zakończył się natychmiastowym złamaniem obojczyka, choć miałem szczęście, bo nadjeżdżający z naprzeciwka van mnie nie potrącił. Tak rozpocząłem nowe życie na odludziu: z niesprawną ręką, bólem i świadomością, że przeprowadzka, która miała być spełnieniem marzeń, zaczęła się od poważnego wypadku.

Sprawdź także:

Reklama
Reklama

Zginę na pewno

Pierwszej nocy nie mrużę oka. Bambusowe ściany są, owszem, estetyczne i przewiewne, jednak zupełnie nieodporne akustycznie. Każdy skuter (bez tłumika), każda ciężarówka (warcząca) i każdy kogut (piejący) jakby tańczą mi na głowie i ryczą, ryczą bez ustanku. O godzinie szóstej rano sąsiad odpala mi pod oknem jeepneya i gazuje go na zaciśniętym sprzęgle, ot tak dla zabawy.

O 7 rano zapadam w sen. Śni mi się wielka parada, taka z orkiestrą, trąbkami i uroczystymi, wojskowymi strojami. Patrzę na nią z góry wieży, a paradnicy śpiewają „Happy birthday to you… happy birthday to you”. Otwieram oczy. Sąsiad celebruje urodziny siódmego synka. Z jego podwórka, spod parasoli, drą się monstrualne głośniki na zapętlonej pieśni: „Happy birthday to you”. O ósmej odpalili karaoke.

Lotnisko w Wilnie czasowo wstrzymało pracę

„Nie dość, że jestem połamany, to jeszcze nie zasnę tu nigdy, zginę!” – myślę sobie i rozważam beznadzieję swego położenia. Z połamaniem lepiej byłoby być w Manili, ale z mieszkania manilskiego zrezygnowałem, a teraz tu, o, zdany na łaskę opatrzności i mych dobrych gospodarzy z piętra na dole.

Kiedy zbliża się wieczór, gaśnie nagle światło. W domu, na ulicy, w całej okolicy. Internet także zgasł. Blackout. – „To normalne tu” – uspokaja mnie gospodyni. Teraz już wiem, że zginę na pewno.

Reklama
Reklama

Pożar na wyspie Bracz w Chorwacji. Ewakuowano ponad 200 osób

Raport? Da się załatwić

Kolejnego dnia, po kolejnej nieprzespanej nocy, wstawiam na Facebooka zdjęcie rentgenowskie swego połamanego obojczyka. Kolega motocyklista diagnozuje mnie lepiej od filipińskich lekarzy: „Te kości się nie zejdą. Musisz operować”.

Wracam zatem znowu do Manili, cztery godziny trzęsącym busem, do czwartego szpitala – w Makati. Tam, krzykiem i wymuszeniem z odrobiną dramy, przyjmują mnie na wizytę u pierwszego prawdziwego chirurga. „Operujemy. Inaczej nie będzie mógł pan podnieść ręki”. Operacja zostaje wyznaczona na poniedziałek.

Człowiek za burtą, koniec lata i fałszywy alarm. Kolejny tydzień na Grenlandii

W sobotę wieczorem rozbrzmiewa telefon: „Dobry wieczór, sir, dzwonię z Intellicare (ubezpieczenia HMO) w sprawie wyznaczonej operacji. Aby móc pokryć koszty zabiegu, potrzebujemy raportu policyjnego ze zdarzenia wypadku”. Mówię, że żadnego raportu nie ma, bo asfalt zadał „damage” jedynie mnie, policji na miejscu nie było i w ogóle dlaczego mówi to dopiero teraz. Pani odpowiada, że bez raportu to niestety nie ma szans i w ogóle argument braku raportu do niej nie przemawia.

Świetnie. Próbuję dodzwonić się do wioski, w której się połamałem, potem do lokalnego szpitala. Mój kumpel Filipińczyk nie jest w stanie się z nimi dogadać. Nie ma szans, a jechać też tam teraz nie sposób, sześć godzin w jedną stronę. Pojawia się plan B: lokalna policja. Jedziemy na komisariat. Wykładamy sprawę. Stamtąd przewożą nas do kolejnego.

Reklama
Reklama

Katastrofa promu pasażerskiego w Indonezji

W małym, zadymionym od papierosów pokoiku, którego całość wyposażenia stanowi jedno biurko i krzesło, siedzi samotny oficer i pyta, jak dobry czarodziej, czego nam potrzeba. Po godzinie raport jest wypełniony i gotowy do przedłożenia ubezpieczycielowi. Tego dnia, w całej Manili, trwały protesty antykorupcyjne.

Taki morał

W poniedziałek, z ogarniętymi papierami, zgłaszam się do szpitala na operację. Wybieram sobie pokój – jednoosobowy i w ogóle wszystko lux, skoro firma płaci. Tuż przed podaniem anestezji, na łóżku szpitalnym przed wjazdem na salę, pani macha mi nad głową fakturą, na której widnieją wszystkie wyszczególnione pozycje: od wacików i skalpeli po czas pracy lekarza, i pyta, czy akceptuję ten kosztorys. Jedynie sformułowanie „prothesis (proteza do) up to 20 000 peso” budzi moją wątpliwość, ale myślę szybko: przecież nie protezę mi wszczepią, a implant. Więc akceptuję. Nie wydaje się, abym miał inne możliwości.

Tu zatrzymajmy się na chwilę. Bo Polska to kraj, w którym do tej pory NFZ nie wiedział, ile pieniędzy płaci lekarzom. Ilu z nas stać na taki komfort, by nie wiedzieć, ile płacimy za usługę? Na przykład idziemy do fryzjera czy mechanika – dajemy facetowi kartę kredytową i mówimy: „Niech pan sobie weźmie, ile tam uważa”. A potem nawet nie patrzymy na saldo. Kupujemy dalej.

Reklama
Reklama

Polska to bogaty kraj i polski NFZ za pieniądze podatników na to stać, a wy co, dalej się szczypiecie, że wakacje na Filipinach za drogie? Tam tak bogato nie jest i człowiek musi dostać fakturę, gdzie widzi jasno, co ile kosztuje. W Polsce? Być może za zajrzenie do gardła i nakłonienie cię do powiedzenia „aaaaaaa” internista dostanie 500 zł, a laryngolog 5 tys. zł i dodatkowo stówę za zużyty, drewniany patyczek. Kto wie?

Protestujący pomylili krykiecistów z migrantami. Wszystko przez plotkę w sieci

W każdym razie trafiłem na stół, pokroili mnie i wstawili tytanową płytkę z siedmioma śrubami, które połączyły połamane kości. Wróciłem na prowincję pozszywany, ale i pełen nadziei. Potem ze szpitala nadeszła faktura za dodatkowe usługi. I tak jedynie 10 proc. całej kwoty, resztę pokryło ubezpieczenie.

Wierzę, że czytelnikowi zbędny tu morał, choć bajka bez morału to jakaś lipa – a zatem bierz skuter, jedź. Bez ubezpieczenia i prawka najwyżej zginiesz, trafisz do więzienia lub też pochłoną cię długi ze szpitala – ale przecież czego się nie robi dla dobrej przygody i fotki na Insta.

Źródło: Zero.pl
Piotr Sarmini
Piotr SarminiStudiował filologię polską i dziennikarstwo na UW oraz na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W 2018 r. ukazała się jego debiutancka powieść hip-hopowa pt. „Bez przekazu”. W tym czasie regularnie publikował wiersze, opowiadania oraz teksty branżowe i dziennikarskie. W 2023 r. wydał drugą powieść relacjonującą drogę syryjskich uchodźców w Europie – „Uchodząc”. Od 2024 r. mieszka na Filipinach, gdzie pracuje w branży IT oraz jako nauczyciel języków, literatury i czujny obserwator rzeczywistości - autor zewnętrzny.