Reklama
Reklama
Kraj

„Czym skorupka nasiąka” w wersji dla rodziców. Nie dziwię się, że wybieramy szkoły prywatne

Masowo posyłamy dzieci do prywatnych żłobków. Masowo posyłamy je do prywatnych przedszkoli. Dlaczego mielibyśmy ich potem masowo nie posyłać do prywatnych szkół? Owszem, koszty rosną wraz z wiekiem dziecka wręcz lawinowo, ale aspiracje rodziców w ogóle mnie nie dziwią. System jest zresztą tak skonstruowany, że wręcz wypycha w kierunku „prywaciarzy”.

Piotr Rodzik
Felieton autorstwa: Piotr Rodzik
Dzisiaj 06:06
7 min
Przygoda z niepubliczną edukacją zaczyna się już od prywatnego żłobka. (fot. Magnific)

Reklama

Kiedy myślę o publicznych szkołach, od razu przychodzi mi do głowy moja młodość i liceum w powiatowym, lubelskim mieście. Szkoła naturalnie państwowa, jedna z wielu takich. PRL-owski klocek na planie kwadratu, z zapuszczonym patio w środku, zamkniętym na stałe. Przez lata nikogo tam nie widziałem.


Reklama

I teraz naprawdę ważne – szkoła została otwarta w 1972 r., a czasy mojego liceum to już dobre 20 lat temu. Czytaj: czas, kiedy Polska zaczęła się gwałtownie przeobrażać, a życie wygrali ci, którzy umieli przyklejać styropianowe bloki do elewacji budynków. I w tej mojej szkole były toalety na parterze oraz na piętrze.

Edukacja zdrowotna obowiązkowa od września. Co sądzą o tym Polacy?

Te na parterze były nówka sztuka. Ale były też te na piętrze – i słowo daję, że przez sześć lat w tej szkole (w tym samym budynku zaliczyłem również gimnazjum) nie skorzystałem z nich ani razu. Były bowiem dokładnie takie same, jak po otwarciu szkoły. To znaczy takie same, ale nadszarpnięte zębem czasu. Z łuszczącą się ze ścian farbą olejną, zniszczoną armaturą, niedziałającym oświetleniem itd. Pełniły de facto funkcję palarni dla tej części szkolnej młodzieży, z którą akurat ja nie chciałem mieć nic do czynienia.


Reklama

Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego prywatyzacji sektora edukacji:


Reklama

Skoro mogę oszczędzić tego dziecku, to czemu mam tego nie zrobić?

Przywołuję ten przykład nieprzypadkowo. Naturalnie wiem, że jest 2026 r. i w Polsce nie ma już (chyba?) szkół, przedszkoli czy żłobków, które nie przeszły większego remontu w ostatnich 10-20 latach. 

Nie da się jednak ukryć, że standard – i ja w tym momencie pomijam w ogóle poziom nauczania – w placówkach prywatnych jest po prostu wyższy. To logiczne, bo płaci się za to często kosmiczne pieniądze. Niemniej jednak wielu rodziców pewnie o tym by nawet nie wiedziało, gdyby ich system nie zmusił do zainteresowania się tematem.


Reklama

A zmusił np. mnie. Dodam tylko, że moja historia jest skrajnie zwyczajna. Przeżywają ją tysiące rodziców.


Reklama

Moja córka nie dostała się do państwowego żłobka. Z czasem zaproponowano nam miejsce w żłobku na warszawskiej Białołęce. Fajnie, tylko ja mieszkam na Woli. Dla niezorientowanych: to po drugiej stronie miasta. Potem coś wpadło też na Bielanach, ale generalnie kicha.

Córka trafiła więc do tego prywatnego żłobka, a ja z czasem odkryłem, jakie to fajne miejsce. Catering może i przyjeżdżał, bo przecież na miejscu nie było kuchni, ale sam byłem fanem serniczków, które serwowali tam na deser. Panie – wróć, dziewczyny – tam pracujące: nie jestem pewien, czy miały przygotowanie pedagogiczne, ale otaczały te dzieci autentyczną troską. Zresztą w małej grupie (mniejszej niż w państwowym obiekcie) to prostsze zadanie. Do tego miliard atrakcji: a to jakieś zajęcia sensoryczne, a to zwierzątka przyjeżdżały i można było pogłaskać, a to zajęcia taneczne. 

Słowem: wszystko to, czego często (nie zawsze!) nie można uświadczyć w żłobku państwowym.


Reklama

Ten sam schemat powtarza się potem w przedszkolu (to już odnotowałem organoleptycznie) i z tego, co słyszę, naturalnie powtórzy się w szkole. Ktoś powie: przecież to jest życie w bańce, a nie realne życie. Jak taki człowiek ma się odnaleźć w surowych warunkach. A ja odpowiem: niektórzy, jeśli ich tylko na to stać, nie wychodzą z tej bańki całe życie. I fajnie im. Do tego każdy rodzic chce zapewnić swojemu dziecku najlepsze możliwe warunki edukacji. To naprawdę nie jest nic niezwykłego. Jakbym miał kasę, żeby wysłać swoją córkę kiedyś w przyszłości na Sorbonę (i jakby jeszcze ją tam chcieli), to przecież nie pchałbym jej na Uniwersytet Warszawski.


Reklama

A poza tym podkreślę jeszcze raz – to państwo wypycha dzieci w prywatny oświatowy biznes. Już na tym pierwszym etapie, bo tak jak jest niewydolne w kwestii systemu ochrony zdrowia, tak nie jest w stanie zapewnić każdemu polskiemu dziecku miejsca w żłobku. Tak po prostu.

Jeśli więc latorośl całe swoje życie wzrasta w komfortowych (bez świadomości kosztów dla rodziców i ich wyrzeczeń z tego tytułu) warunkach, to dlaczego rodzic ma nie stanąć na głowie, żeby zapewnić dziecku naukę w prywatnej szkole? Zna ten system od lat. Jest z niego najczęściej zadowolony. Do kosztów jest już przyzwyczajony. Jest też przyzwyczajony do tego, że dziecko ma lepszą opiekę, niż w państwowej „masówce”. To naturalna kolej rzeczy.

Przyzwyczajają się „do dobrego” nie tylko dzieci. Przyzwyczajają się też rodzice.


Reklama

Ja wiem, że prywatna szkoła to nie jest odpowiedź na wszystko

W prywatnej szkole dzieci też są obrażane. Są bite przez rówieśników. Wykluczane. Wszystkie te negatywne zjawiska, o których mówi się w szkołach publicznych, tam również występują. Być może jest nad nimi trochę łatwiej zapanować. Nie oceniam.


Reklama

Zdaję sobie sprawę również z tego, że w takiej szkole łatwo wypaść z grupy rówieśniczej. Bo przecież czesne to dopiero początek. Jeśli jesteś rodzicem, który odmawia sobie kawy na mieście, bo musi uzbierać na nowy semestr córki, raczej nie będziesz w stanie zaoferować swojemu dziecku ferii zimowych w Chamonix i letnich wakacji na Seszelach. A to są rzeczy, o których dzieci w takich miejscach słyszą. I do czego starają się równać.

Alternatywą jest jednak szkoła, w której nauczyciel angielskiego zmienia się co kwartał. Gdzie nie ma kto prowadzić zajęć z <tu wpisz dowolny przedmiot>, bo nauczyciel był na tyle dobry, że został podkupiony przez (niespodzianka!) prywatną szkołę. Gdzie twoje dziecko musi dzielić szafkę w szatni z innym dzieckiem. Gdzie informatykę prowadzi pan od wychowania fizycznego.

Matematyka jest dziś niezbędna na maturze, jak nigdy wcześniej

I jednocześnie to jest szkoła, o której nic nie wiesz. Sam/a w niej byłeś/aś 20-30 lat temu, a twoje dziecko nigdy nie miało do czynienia z niczym, nad czym nadzór ma MEN. To nie jest nawet strach przed nieznanym. Tylko logiczne myślenie.