Kiedy myślę o publicznych szkołach, od razu przychodzi mi do głowy moja młodość i liceum w powiatowym, lubelskim mieście. Szkoła naturalnie państwowa, jedna z wielu takich. PRL-owski klocek na planie kwadratu, z zapuszczonym patio w środku, zamkniętym na stałe. Przez lata nikogo tam nie widziałem.
I teraz naprawdę ważne – szkoła została otwarta w 1972 r., a czasy mojego liceum to już dobre 20 lat temu. Czytaj: czas, kiedy Polska zaczęła się gwałtownie przeobrażać, a życie wygrali ci, którzy umieli przyklejać styropianowe bloki do elewacji budynków. I w tej mojej szkole były toalety na parterze oraz na piętrze.
Edukacja zdrowotna obowiązkowa od września. Co sądzą o tym Polacy?
Te na parterze były nówka sztuka. Ale były też te na piętrze – i słowo daję, że przez sześć lat w tej szkole (w tym samym budynku zaliczyłem również gimnazjum) nie skorzystałem z nich ani razu. Były bowiem dokładnie takie same, jak po otwarciu szkoły. To znaczy takie same, ale nadszarpnięte zębem czasu. Z łuszczącą się ze ścian farbą olejną, zniszczoną armaturą, niedziałającym oświetleniem itd. Pełniły de facto funkcję palarni dla tej części szkolnej młodzieży, z którą akurat ja nie chciałem mieć nic do czynienia.
Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego prywatyzacji sektora edukacji:
- Jak prywatyzuje się polska szkoła. Dekada wywróciła wszystko do góry nogami
- Wielkie zwijanie szkół. Albo placówki widma, albo likwidacja
- Nauczyciele odchodzą z pracy. „System oświaty jest do zaorania”
- Szkoła to gra statusowa. „Chodzi tylko o pozycjonowanie się”
- Biorą publiczne pieniądze, pozbywają się problemów. Ciemna strona szkół niepublicznych
- Papierologia, kontrole i strach przed paragrafem, czyli jak wygląda polska szkoła
- 400 tys. dzieci w szkołach prywatnych. „To ucieczka przed Czarnkiem, Nowacką i reformami”
Skoro mogę oszczędzić tego dziecku, to czemu mam tego nie zrobić?
Przywołuję ten przykład nieprzypadkowo. Naturalnie wiem, że jest 2026 r. i w Polsce nie ma już (chyba?) szkół, przedszkoli czy żłobków, które nie przeszły większego remontu w ostatnich 10-20 latach.
Nie da się jednak ukryć, że standard – i ja w tym momencie pomijam w ogóle poziom nauczania – w placówkach prywatnych jest po prostu wyższy. To logiczne, bo płaci się za to często kosmiczne pieniądze. Niemniej jednak wielu rodziców pewnie o tym by nawet nie wiedziało, gdyby ich system nie zmusił do zainteresowania się tematem.
A zmusił np. mnie. Dodam tylko, że moja historia jest skrajnie zwyczajna. Przeżywają ją tysiące rodziców.
Moja córka nie dostała się do państwowego żłobka. Z czasem zaproponowano nam miejsce w żłobku na warszawskiej Białołęce. Fajnie, tylko ja mieszkam na Woli. Dla niezorientowanych: to po drugiej stronie miasta. Potem coś wpadło też na Bielanach, ale generalnie kicha.
Córka trafiła więc do tego prywatnego żłobka, a ja z czasem odkryłem, jakie to fajne miejsce. Catering może i przyjeżdżał, bo przecież na miejscu nie było kuchni, ale sam byłem fanem serniczków, które serwowali tam na deser. Panie – wróć, dziewczyny – tam pracujące: nie jestem pewien, czy miały przygotowanie pedagogiczne, ale otaczały te dzieci autentyczną troską. Zresztą w małej grupie (mniejszej niż w państwowym obiekcie) to prostsze zadanie. Do tego miliard atrakcji: a to jakieś zajęcia sensoryczne, a to zwierzątka przyjeżdżały i można było pogłaskać, a to zajęcia taneczne.
Słowem: wszystko to, czego często (nie zawsze!) nie można uświadczyć w żłobku państwowym.
Ten sam schemat powtarza się potem w przedszkolu (to już odnotowałem organoleptycznie) i z tego, co słyszę, naturalnie powtórzy się w szkole. Ktoś powie: przecież to jest życie w bańce, a nie realne życie. Jak taki człowiek ma się odnaleźć w surowych warunkach. A ja odpowiem: niektórzy, jeśli ich tylko na to stać, nie wychodzą z tej bańki całe życie. I fajnie im. Do tego każdy rodzic chce zapewnić swojemu dziecku najlepsze możliwe warunki edukacji. To naprawdę nie jest nic niezwykłego. Jakbym miał kasę, żeby wysłać swoją córkę kiedyś w przyszłości na Sorbonę (i jakby jeszcze ją tam chcieli), to przecież nie pchałbym jej na Uniwersytet Warszawski.
A poza tym podkreślę jeszcze raz – to państwo wypycha dzieci w prywatny oświatowy biznes. Już na tym pierwszym etapie, bo tak jak jest niewydolne w kwestii systemu ochrony zdrowia, tak nie jest w stanie zapewnić każdemu polskiemu dziecku miejsca w żłobku. Tak po prostu.
Jeśli więc latorośl całe swoje życie wzrasta w komfortowych (bez świadomości kosztów dla rodziców i ich wyrzeczeń z tego tytułu) warunkach, to dlaczego rodzic ma nie stanąć na głowie, żeby zapewnić dziecku naukę w prywatnej szkole? Zna ten system od lat. Jest z niego najczęściej zadowolony. Do kosztów jest już przyzwyczajony. Jest też przyzwyczajony do tego, że dziecko ma lepszą opiekę, niż w państwowej „masówce”. To naturalna kolej rzeczy.
Przyzwyczajają się „do dobrego” nie tylko dzieci. Przyzwyczajają się też rodzice.
Ja wiem, że prywatna szkoła to nie jest odpowiedź na wszystko
W prywatnej szkole dzieci też są obrażane. Są bite przez rówieśników. Wykluczane. Wszystkie te negatywne zjawiska, o których mówi się w szkołach publicznych, tam również występują. Być może jest nad nimi trochę łatwiej zapanować. Nie oceniam.
Zdaję sobie sprawę również z tego, że w takiej szkole łatwo wypaść z grupy rówieśniczej. Bo przecież czesne to dopiero początek. Jeśli jesteś rodzicem, który odmawia sobie kawy na mieście, bo musi uzbierać na nowy semestr córki, raczej nie będziesz w stanie zaoferować swojemu dziecku ferii zimowych w Chamonix i letnich wakacji na Seszelach. A to są rzeczy, o których dzieci w takich miejscach słyszą. I do czego starają się równać.
Alternatywą jest jednak szkoła, w której nauczyciel angielskiego zmienia się co kwartał. Gdzie nie ma kto prowadzić zajęć z <tu wpisz dowolny przedmiot>, bo nauczyciel był na tyle dobry, że został podkupiony przez (niespodzianka!) prywatną szkołę. Gdzie twoje dziecko musi dzielić szafkę w szatni z innym dzieckiem. Gdzie informatykę prowadzi pan od wychowania fizycznego.
Matematyka jest dziś niezbędna na maturze, jak nigdy wcześniej
I jednocześnie to jest szkoła, o której nic nie wiesz. Sam/a w niej byłeś/aś 20-30 lat temu, a twoje dziecko nigdy nie miało do czynienia z niczym, nad czym nadzór ma MEN. To nie jest nawet strach przed nieznanym. Tylko logiczne myślenie.

