A gdyby tak polska szkoła, taka standardowa i zwykła, była prywatna? A tylko niektóre, wyjątkowe, były państwowe? Rzeczpospolita Polska płynęłaby edukacyjnym mlekiem i miodem… Chyba że wszystko zostałoby po staremu, acz za pieniądze płynące wprost z kieszeni.
Nie ma niczego naturalnego w dominacji szkolnictwa państwowego nad prywatnym. Rodzice, było nie było, oddają pod opiekę obcych ludzi własne dzieci. W szkole prywatnej można się spodziewać, że ta bardziej zadba o wartości bliskie rodzicom. A skoro nie, to są inne prywatne szkoły – właśnie, inne.
Biurokratyczne perpetuum mobile
W szkolnictwie zwanym państwowym (chociaż szkoły prowadzą samorządy) Hanię i Robercika oddajemy państwu. A kiedy coś nam się w działaniu szkoły nie podoba… możemy iść ze skargą na państwową szkołę do innej instytucji państwowej, czyli do kuratorium.
Podręcznikowy przykład tego, że państwo pracowicie tworzy miejsca pracy dla sług państwa. Najpierw rozbudowuje wielki system państwowych placówek, następnie rozbudowuje korpus państwowych kontrolerów tych placówek oraz tworzy ministerstwo kontrolujące kontrolerów. Istnieje groźba, że szkoły pozostawione w spokoju działałyby poprawnie, zgodnie z zasadą zdrowego rozsądku.
Aby nie dopuścić do tej przerażającej sytuacji, władza państwowa pilnie dokłada przepisów i paragrafów, tworząc sztucznie zadania dla swojej biurokracji. Sypią się ewaluacje, statystyki, oceny standaryzowane, tzw. kontrole formalnościowe itd. Jest z czego tworzyć fikcyjny świat! Przed stu laty sławny ekonomista Keynes radził, by pobudzać gospodarkę, każąc jednej ekipie robotników zakopywać banknoty w butelkach, a drugiej ekipie – odkopywać. W biznesie to się jakoś nie przyjęło, w zarządzaniu oświatą jak najbardziej.
Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego prywatyzacji sektora edukacji:
- Jak prywatyzuje się polska szkoła. Dekada wywróciła wszystko do góry nogami
- Wielkie zwijanie szkół. Albo placówki widma, albo likwidacja
- Nauczyciele odchodzą z pracy. „System oświaty jest do zaorania”
- Szkoła to gra statusowa. „Chodzi tylko o pozycjonowanie się”
- Biorą publiczne pieniądze, pozbywają się problemów. Ciemna strona szkół niepublicznych
- 400 tys. dzieci w szkołach prywatnych. „To ucieczka przed Czarnkiem, Nowacką i reformami”
- „Czym skorupka nasiąka” w wersji dla rodziców. Nie dziwię się, że wybieramy szkoły prywatne
Papierologia dotyczy wszystkich
I to jest moment, by napisać, że w szkołach prywatnych byłoby inaczej. Dobrze by to zabrzmiało, ale lepiej napisać prawdę. Nie byłoby…
A dlaczego?
Szkolnictwo prywatne może być – i w polskich warunkach jest – tak samo skrępowane paragrafami. Ba! Szkoły, jak określa się w Polsce, niepubliczne, ale z uprawnieniami szkoły publicznej, to jeszcze lepsze żerowisko dla skromnych urzędników z kuratoriów niż te publiczne. Bardziej niezależne, zazwyczaj powstające na fundamencie jakiegoś własnego pomysłu na szkołę, na pewno więcej uwagi poświęcają dzieciom i młodzieży niż papierologii. Wspaniale – tym większa szansa, że popełnią błąd w papierach. I rusza karuzela napisania programu naprawczego. A dozorowanie etapów jego wdrożenia i ewaluacji to kolejna sztucznie wytworzona potrzeba pracy kontrolerów.
Pal sześć, kiedy Niagara przepisów dotyczy bezpieczeństwa dzieci i młodzieży. Jednak jest ich mnóstwo w każdej sprawie. Począwszy od jednolitego szkolnego świadectwa (niby czemu?), a skończywszy na liczbie godzin przedmiotu „przedsiębiorczość” – mamy szczegółowe przepisy. Nawet los wijów w programie szkolnym zależy od twórców podstawy programowej. Jeden ruch kciuka i będą albo nie będą towarzyszyć uczniom te taksony stawonogów, klasyfikowane w randze podtypu lub nadgromady.
Kolejna kwestia to los pedagogów w szkole, który zależy od ich formalnych uprawnień. Myślałby kto, że szkoły rozliczane są z jakości pracy nauczycieli. Błąd. Są rozliczane z umiejętności wykazanych na papierze. Zatrudnienie w prywatnej szkole historyka, który dobrze uczy geografii, jest takim samym przestępstwem jak w szkole państwowej. Bo nie jest przestępstwem uczyć źle, a jest – uczyć dobrze bez papierka.
Szkoła dla… dzieci
No dobrze, powie ktoś. Szkolnictwo prywatne jest krępowane, bo jest małe. Gdyby to ono dominowało… No nie, gdyby to ono dominowało, to bez zmiany pomysłu na polski model edukacji nie doczekalibyśmy się innego świata kuratoryjno‑szkolnej gry w policjantów i złodziei. Moglibyśmy natomiast doczekać się prawdziwego koszmaru. Rodzice helikopterowi łatwiej nękaliby nauczycieli w opłacanej z czesnego szkole, a w razie niepowodzenia biegliby spoceni na skargę do urzędników kuratorium. Ci z jeszcze większą chęcią niż dzisiaj upokarzaliby szkoły za ich prywatyzacyjne zapędy.
Matura 2026: rekordowa liczba zdających, ostry wyścig o studia i błędy w ocenianiu
Powszechne prywatne szkolnictwo mogłoby się okazać akceleratorem fajnej i skutecznej edukacji. Jednak nie łudźmy się – sporo trzeba by zmienić na wielu polach, aby szkoła prywatna równała się szkole, jakiej potrzeba dzieciom.

