W poniedziałek, 30 minut po północy czasu polskiego, New England Patriots stawili czoła Seattle Seahawks. Górą byli The Hawks. Wygrali 29 do 13. Ale podczas Super Bowl liczy się coś innego niż sport. Bad Bunny jest tego idealnym przykładem.

- Super Bowl to nie tylko finał NFL, lecz także największe medialne wydarzenie w Stanach Zjednoczonych. Zeszłoroczny mecz oglądało 126 mln widzów, ponad jedna trzecia populacji kraju.
- Od końca lat 70. Super Bowl jest maszynką do zarabiania pieniędzy. Cena 30-sekundowej reklamy wzrosła z kilkudziesięciu tys. dol. do nawet 10 mln dol. To tu narodziła się nowoczesna reklama telewizyjna.
- Przerwa między połowami to już globalne widowisko. Od koncertu Michaela Jacksona w 1993 r. halftime show stało się ważniejsze niż sam mecz. Występy ogląda cały świat.
- W tym roku nie będzie inaczej. Wystąpi Bad Bunny, Portorykańczyk, któremu – delikatnie mówiąc – nie po drodze jest z aktualną polityką migracyjną Donalda Trumpa. Wszyscy będą obserwować, co stanie się na Levi’s Stadium w Kalifornii.
Trochę przesadziłem. Sport też się liczy. W końcu nie ma na świecie innej tak tłumnie oglądanej rozgrywki jak finał NFL (National Football League). Tylko w Stanach Zjednoczonych zeszłoroczne starcie Philadelphia Eagles z Kansas City Chiefs (The Birds pokonali obrońców tytułu 40 do 22, zdobywając mistrzostwo po raz drugi w historii) oglądało 126 mln widzów. Ponad jedna trzecia populacji kraju.
Sama rozgrywka nie jest wybitnie skomplikowana. Można ją porównać do przeciągania liny, tylko że nie ma liny. Zamiast ciągnięcia jest pchanie i bieganie, a dodatkowo czasami trzeba kopnąć spłaszczoną i wydłużoną piłkę między dwa słupki dziwnej konstrukcji, przypominające wbitą w ziemię gigantyczną procę. Ale cel jest taki sam – dostać się za ustaloną linię.
Zawodników na boisku jest 22, po 11 na drużynę. Kilkudziesięciu kolejnych czeka na ławkach na swój moment. Mają wyznaczone konkretne zadania. Jedni atakują, rzucając piłkę, biegnąc z nią lub łapiąc ją w odpowiednim momencie, inni bronią, próbując zatrzymać przeciwników. – To gra wymagająca ciągłego wywoływania wrogości – mówił o futbolu dekady temu Vince Lombardi, legendarny trener i dawny dyrektor NFL.
Super Bowl I. Tak narodziła się legenda
Pierwsze Super Bowl rozegrano w styczniu 1967 r. na stadionie Los Angeles Memorial Coliseum. Naprzeciwko siebie stanęli Green Bay Packers i Kansas City Chiefs. Najdroższe bilety na mecz kosztowały 12 dol., najtańsze zaczynały się od sześciu dol. Mimo to niemal 30 tys. miejsc zostało pustych.
Już wtedy, podczas debiutanckiej edycji, między dwiema połowami zorganizowano koncert. Gdyby przenieść rozmach wydarzenia na dzisiejsze standardy, na boisku powinni pojawić się The Beatles, Frank Sinatra, albo przynajmniej wschodząca gwiazda rocka Jimi Hendrix. Ale nic z tych rzeczy. Kibice mieli niewątpliwą przyjemność wysłuchania akademickich orkiestr.
Do historii przeszedł za to pokaz dwóch pilotów, którzy wznieśli się w powietrze przy pomocy plecaków odrzutowych i w asyście setek gołębi. Sam motyw „jet packów” wrócił nawet 18 lat później, podczas XIX edycji. Wtedy jednak ktoś najpewniej zorientował się, że nie ma sensu pokazywać technologii, w której przez blisko dwie dekady nie poczyniono niemal żadnych postępów. Więcej latających plecaków nie było.
Super Bowl XII. Reklamodawcy, płaćcie
Super Bowl I oglądało w telewizji ok. 51 mln widzów. Wówczas cena za 30 sekund spotu reklamowego nie sięgała nawet 40 tys. dol. Super Bowl XII w 1978 r. przyciągnęło przed ekrany ponad 100 mln widzów, a za podstawową reklamę zapłacić trzeba było ponad 160 tys. dol. To właśnie ten finał jako pierwszy wyemitowano w porze wieczornej, w tzw. „prime time”.
Na przełomie lat 70. i 80. Amerykanie oszaleli na punkcie Super Bowl. Niedziela, w którą odbywa się finał, zyskała przydomek „Super Sunday”, a ceny reklam zaczęły rosnąć lawinowo. 30 sekund podczas 14. finału w 1980 r. kosztowało reklamodawcę 222 tys. dol. Rok później było to już 275 tys. dol., a dwa lata później – 324 tys. dol.
Przełom nastąpił w 1984 r., kiedy Apple wykorzystało wartą już blisko 800 tys. dol. minutę, aby zaprezentować swój pierwszy komputer Macintosh. Nawiązujący do orwellowskiej dystopii i wyreżyserowany przez będącego niedługo po premierze „Łowcy androidów” Ridleya Scotta spot wyemitowano tylko raz.
O krótkiej reklamie mówili wszyscy. – Następnego dnia rano w wiadomościach pojawiały się komentarze: „Cóż, mecz nie był zbyt interesujący, ale czy widzieliście reklamę?”. To właśnie nasz spot zapoczątkował rolę Super Bowl jako platformy dla intrygujących reklam – chwalił się po latach Lee Clow, jeden z twórców reklamy. Zyski liczono w milionach.
W tym roku cena półminutowego spotu waha się między 8 a 10 mln dol. Wszystkie miejsca wyprzedały się we wrześniu, a część reklam jest już od kilku dni dostępna w sieci. I tak przykładowo Uber Eats postawiło na serię wybitnie amerykańskich klipów z udziałem Matthew McConaugheya i Bradleya Coopera, Skittles na hybrydę wilkołako-jednorożco-fauna w wykonaniu Elijah Wooda, a Pringles na rozmyślającą o miłości Sabrinę Carpenter.
Super Bowl XXVII. Czas rozpocząć show
Przez ponad dwie dekady przerwa w Super Bowl służyła przede wszystkim wyjściu do kuchni czy łazienki. Koncerty nie interesowały niemal nikogo, a reklamy żal było przegapić, skoro istniała szansa, że następnego dnia będzie o nich mówić cały kraj.
Tak było do 1992 r., w którym prawa do emisji finału NFL posiadała telewizja CBS. Wykorzystać to postanowiła działająca od zaledwie kilku lat stacja Fox. Mając świadomość podejścia widzów do przerwy między połowami, wyemitowała w jej momencie specjalny odcinek swojego popularnego programu komediowego „In Living Color”. Efekt był piorunujący. Ponad 22 mln widzów zdecydowało się przełączyć kanał.
Organizatorzy doskonale wiedzieli, że nie mogą powtórzyć błędu. – To był poważny sygnał ostrzegawczy dla NFL. Zrozumieli, że transmisja w przerwie Super Bowl nie może już być wypełniaczem w środku najważniejszego meczu futbolowego w Ameryce – mówił po latach producent Don Mischer. Zdecydowano, by wytoczyć najcięższe działo. Michaela Jacksona.
Był jednak pewien problem. „Król popu” nie interesował się futbolem i choć mógłby zagrać dla pieniędzy, to NFL miało zasadę niepłacenia wykonawcom, pokrywając jedynie koszty produkcji. Muzyk kilkukrotnie odmawiał. Zgodził się dopiero, gdy NFL obiecało wpłatę 100 tys. dol. na jego fundację, dorzucając warte kolejne 850 tys. dol. pół minuty czasu reklamowego.
Występ Jacksona przeszedł do historii. Zaczynając od trwającego jedynie półtorej minuty, ale ciągnącego się w nieskończoność bezruchu, przez imponujący wyskok z zapadni i ukochany „moonwalk”, po próbę uleczenia świata z dziecięcym chórem w tle, wszystko było na swoim miejscu. – Występem Michaela zainteresował się cały świat, nie tylko Ameryka – komentował Travis Payne, wieloletni choreograf muzyka.
Super Bowl XXXVIII. Nie wszystko można pokazać
Potem było niemal z górki. Takiej niezbyt stromej. Na trzydziestoleciu w 1996 r. pojawiła się Diana Ross, rok później The Blues Brothers, ZZ Top i James Brown, w 1999 r. Stevie Wonder i Gloria Estefan, a w nowe milenium weszliśmy z Philem Collinsem, Christiną Aguilerą i Enrique Iglesiasem. Aż nastąpił kolejny przełom.
W 2001 r. produkcję koncertu przejęła stacja MTV, przemieniając go w prawdziwe show – przy założeniu, że wcześniej mieliśmy „tylko” show. Na pierwszy ogień poszli legendarni Aerosmith i 'N Sync z Justinem Timberlake’em na czele. Mieli jedno zadanie – połączyć dwa, niepasujące do siebie muzycznie światy. Na pomoc przyszli im Nelly, Mary J. Blige i będąca u szczytu popularności Britney Spears. Udało się.
Timberlake na scenę Super Bowl powrócił trzy lata później, występując u boku Janet Jackson. Piosenkarka miała przewodzić koncertowi już dwa lata wcześniej, jednak ze względu na zamachy terrorystyczne z 11 września NFL zdecydowało się przekazać tę odpowiedzialność na ręce zespołu U2.
Możliwe, że gdyby tak się stało, wokalistka uniknęłaby największej afery w historii halftime show, nazwanej po czasie „Nipplegate”. Wszystko za sprawą Timberlake’a, który w kulminacyjnym momencie występu zerwał z Jackson fragment gorsetu, pokazując jej pierś i zaklejony kryształową gwiazdką sutek. Po incydencie na emitującą koncert stację CBS nałożono wynoszącą 550 tys. dol. karę, a NFL zerwało współpracę z MTV.
Były i plusy tego incydentu. Zainteresowanie wokół zdarzenia było olbrzymie, a samo nagranie z niego trudno dostępne, co nie umknęło uwadze trzech młodych informatyków – Chada Hurleya, Steve’a Chena i Jaweda Karima. Zaledwie kilka dni po finale Super Bowl w trójkę wzięli się za tworzenie serwisu, który miał być odpowiedzią na problem. Tak powstał YouTube.
Super Bowl XLVII. I nastała ciemność
Reakcje na występ(ek) Timberlake’a i Jackson były na tyle mocne, że na następne kilka lat NFL dało sobie spokój ze współczesnymi popowymi gwiazdami. Zamiast tego pojawili się Paul McCartney, The Rolling Stones, Prince ze swoim wyjątkowym wykonaniem „Purple Rain” podczas ulewnego, tropikalnego deszczu, Bruce Springsteen i The Who.
Powrót do szaleństwa nastąpił dopiero na początku kolejnej dekady, kiedy zaszczyt zorganizowania występu podczas Super Bowl przypadł The Black Eyed Peas. Obok tego występu nie dało się przejść obojętnie. Do dziś uznawany jest za najgorsze halftime show w historii. A wlicza się w to, przypomnijmy, orkiestry akademickie i pilotów z plecakami odrzutowymi.
Pop wrócił na stadiony wraz z Madonną, która na scenie pojawiła się m.in. z Nicki Minaj i M.I.A. Rok po nich przyszła Beyoncé, której koncert był na tyle widowiskowy, że kilka minut po nim nastąpił ponad półgodzinny blackout. Choć winna była usterka urządzenia, fani do dzisiaj wierzą, że czarny ekran telewizora zawdzięczają Queen B.
Był Bruno Mars i była Katy Perry. Był Coldplay, a potem Lady Gaga. Był znowu Timberlake i nie było żadnej afery. Było Maroon 5, Shakira z Jennifer Lopez i The Weeknd. Był hołd dla hip-hopu od Dr. Dre, Snoop Dogga, Eminema, Mary J. Blidge i Kendricka Lamara, Rihanna ogłaszająca kolejną ciążę i Usher. W końcu – był (tym razem samodzielnie) Kendrick Lamar i był chóralnie odśpiewany diss na Drake’a.
Super Bowl LX. Niegrzeczny króliczek, oburzony Trump
Tegoroczną gwiazda, 31-letni portorykański muzyk Bad Bunny został pierwszym w pełni hiszpańskojęzycznym wykonawcą, który otrzymał zaszczyt wystąpienia w przerwie finału NFL. I to w chwili, kiedy w Stanach Zjednoczonych trwają protesty przeciwko radykalnym działaniom amerykańskiej służby migracyjnej ICE, której agenci w samym styczniu zastrzelili w Minneapolis dwie osoby.
Głośny sprzeciw do działań ICE muzyk wygłaszał już kilkukrotnie. Ostatni raz w ubiegłą niedzielę, kiedy odbierał jedną z trzech przyznanych mu tamtego wieczoru statuetek Grammy. W jego ręce trafiła m.in. nagroda w kategorii „Album roku”. Tutaj także był pierwszym uhonorowanym w pełni hiszpańskojęzycznym wykonawcą. – Zanim podziękuję Bogu, powiem: Wynoście się, ICE. Nie jesteśmy dzikusami, nie jesteśmy zwierzętami, nie jesteśmy kosmitami. Jesteśmy ludźmi i jesteśmy Amerykanami – mówił.
Występ podczas Super Bowl to jego jedyny koncert w najbliższym czasie w Stanach Zjednoczonych. Nie bez powodu muzyk pominął je podczas trasy wieńczącej jego ostatni album, „DeBÍ TiRAR MáS FOToS”. Ten, za który Amerykanie wręczyli mu przed chwilą statuetkę. Jak tłumaczył, obawiał się potencjalnych nalotów służby migracyjnej. – Pier… ICE mogłoby czekać na zewnątrz. Bardzo się tego obawialiśmy – mówił we wrześniu w rozmowie z magazynem „I-D”. Zamiast tego zagrał serię koncertów w swojej ojczyźnie.
Tej nocy Bad Bunny stanął na środku stadionu, sprawiając wrażenie, jakby żadna z narodowych służb nie mogła mu zagrozić. Po swojej stronie miał Lady Gagę, Ricky’ego Martina i miliony słuchaczy. Cały w bieli pokazał, za co ludzie go kochają. Udowodnił, że nie ma co udawać, że Latynosi w Stanach Zjednoczonych nie istnieją. Istnieją i mają wiele do zaoferowania.
Niech dowodem na to będzie wpis Donalda Trumpa, które zamieścił zanim inni mieli chociaż szansę przetrawić, co przed chwilą wydarzyło się na Levi’s Stadium w Kalifornii: „Pokaz w przerwie meczu Super Bowl jest absolutnie okropny, jeden z najgorszych w historii! Nie ma sensu, jest obrazą wielkości Ameryki i nie reprezentuje naszych standardów sukcesu, kreatywności ani doskonałości”.
Kiedy Jon Barker, wiceprezes ds. globalnej produkcji wydarzeń w NFL, ogłaszał we wrześniu, że to właśnie Bad Bunny wystąpi podczas Super Bowl, zapowiadał: „Wiemy, że jego dynamiczne występy, kreatywna wizja i głęboka więź z fanami, dostarczą niezapomnianych wrażeń, jakich oczekujemy od tego kultowego momentu”. Teraz już jest pewne, że nie pomylił się ani o milimetr. Niedzielny występ Portorykańczyka przejdzie do historii. I ani sport, ani muzyka nie mają tutaj nic do gadania.
