Tekst ukazał się w Magazynie Zero#3.
- Wiedźmin 3 wraca po latach. CD Projekt Red zapowiedziało trzecie duże rozszerzenie – „Pieśni przeszłości”. Geralt znów chwyci za miecze, a fani dostaną nowe historie osadzone w uwielbianym uniwersum.
- Mimo upływu lat Sapkowski nadal rozwija świat, którego sam nie jest w stanie w pełni opanować. „Rozdroże kruków” pokazuje młodego, popełniającego błędy Geralta, a nadchodzący dodatek do gry może być jednym z ostatnich wielkich hołdów dla prozy mistrza.
- Od nieudanego filmu z Żebrowskim przez triumf gier CD Projekt Red po serialową porażkę Netfliksa – „Wiedźmin” udowadnia, że prawdziwa siła tkwi nie w adaptacjach, lecz w oryginalnym, niepokornym głosie Sapkowskiego.
Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od bramy Powroźniczej. Szedł pieszo, a objuczonego konia prowadził za uzdę. Było późne popołudnie i kramy powroźników i rymarzy były już zamknięte, a uliczka pusta. Było ciepło, a człowiek ten miał na sobie czarny płaszcz, narzucony na ramiona. Zwracał uwagę.
Chyba nikt – na czele z samym Andrzejem Sapkowskim – nie mógł się spodziewać, że rozpoczęte tym właśnie, tajemniczym i budzącym podskórny niepokój wstępem opowiadanie „Wiedźmin", które ukazało się na łamach miesięcznika „Fantastyka" w grudniu 1986 r., stanie się fundamentem tak kolosalnego, popkulturowego sukcesu. I to w skali globalnej.
A jednak – blisko czterdzieści lat po tym, jak Sapkowski postanowił wziąć udział w konkursie „Fantastyki", którego zresztą wcale nie wygrał, cała medialna franczyza związana z wiedźmińskim uniwersum stanowi już polski towar eksportowy, i to potężnych rozmiarów. Odbiorcy z całego świata angażują się w przygody charyzmatycznego „Białego Wilka" i jego niezwykłych kompanów poprzez książki, gry wideo, seriale, animacje, gry fabularne, audiobooki czy komiksy. Jedno się zatem od 1986 r. nie zmieniło. Wiedźmin nadal zwraca uwagę.
Przeczytaj również: Niebo nad Spielbergiem. Recenzujemy „Dzień objawienia”
Żeby opowiedzieć o początkach wiedźmina – pisanego małą literą i bez cudzysłowu, bo w tym przypadku chodzi akurat o samego Geralta z Rivii – tak naprawdę można zacząć... od końca. A zatem od powieści „Rozdroże kruków", która swoją premierę miała w listopadzie 2024 r., a w zagranicznych księgarniach pojawiła się dziesięć miesięcy później.
Dzięki niej dowiadujemy się bowiem wreszcie więcej o pierwszych krokach Geralta na wiedźmińskim szlaku. Choć przecież przez długie lata Sapkowski przyzwyczajał nas do tego, że towarzyszyliśmy „Białemu Wilkowi" będącemu już postacią sławną, a może należy nawet rzec: osławioną. Ostatecznie przydomków brzmiących tak złowrogo jak „Rzeźnik z Blaviken" nie nadaje się grzecznym chłopcom.
Znany nam dotąd Geralt był więc renomowanym zabójcą potworów, doświadczonym przez życie włóczęgą, ale i niestrudzonym bawidamkiem, kochankiem czarodziejek i nie tylko, a nawet domorosłym filozofem i erudytą, lubiącym dzielić się swoimi przemyśleniami w formie długich monologów. Tymczasem Geralt z „Rozdroża" to nieopierzony młokos, mający jeszcze pod nosem... no, może akurat nie mleko, tylko raczej mutagenne wywary wykorzystywane przy Próbie Traw.
Wiedźmin przemawia jak żółtodziób, postępuje jak żółtodziób i popełnia poważne błędy. Też jak żółtodziób. Dlatego notorycznie, z uporem godnym lepszej sprawy, pakuje się w tarapaty. – Wyruszyłeś tedy z Kaer Morhen na szlak. Początek zdarzył ci się może nie najlepszy, ale tak to z początkami bywa – uspokaja jednak niedojrzałego wiedźmina Preston Holt, starszy kolega po fachu.
Pomysł Sapkowskiego, by w ramach nowej powieści osadzonej w wiedźmińskim uniwersum cofnąć się do młodzieńczych lat Geralta, spotkał się z ciepłym odbiorem fanów i recenzentów. Wprawdzie autorowi trochę się mimo wszystko oberwało od krytyków za dość poszarpane zakończenie książki, ale taki już chyba urok tego pisarza. Zgrabne domykanie wątków nie należy do jego największych atutów, o czym przekonał się każdy czytelnik „Pani Jeziora" (ostatniego tomu sagi o wiedźminie) czy „Lux Perpetua" (finałowej części tak zwanej trylogii husyckiej).
Miłośników „Wiedźmina" najmocniej ucieszył jednak zapewne sam fakt, że niespełna osiemdziesięcioletni Sapkowski wciąż ma w ogóle ochotę na rozwijanie wykreowanego przez siebie świata. Że chce udzielić odpowiedzi na pytania wiszące w powietrzu od kilku dekad, pokryć farbą białe plamy i wyjaśnić przynajmniej część niedających spokoju wątpliwości. Kto wie, być może nawet kierowany obawą, że jeśli sam się za to nie zabierze, to twórcy gier czy serialu zrobią to wkrótce za niego?
Zresztą Sapkowski już w 1999 r. przekonywał na łamach „Życia z Książkami", że jeżeli tworzy, to przede wszystkim w taki sposób, by jemu samemu dostarczyło to satysfakcji. Piszę przede wszystkim dla siebie i tak, żeby mnie samego bawił mój własny tekst, żeby mnie podobało się każde zdanie. Dbam oczywiście o to, by tekst był atrakcyjny – często stosuję dialog, bo bardzo ożywia książki, a poza tym sprawia, że strony nie są gęsto zapisane, tylko pełne światła, a przez to zachęcają do lektury.
Lubię też stosować powtórzenia, które nadają prozie pewien rytm. Moim zdaniem w pisarstwie liczą się nie pomysły, ale poszczególne słowa, ich charakter i skojarzenia, jakie budzą. Praca nad tekstem to nic innego jak uważne dobieranie słów, powrót do scen już zapisanych i ich uważna redakcja. Nigdy nie rezygnuję z fraz czy skojarzeń, jakie bawią mnie samego, tylko dlatego że czytelnicy mogliby ich nie zrozumieć.
Nie ma wątpliwości, że „Rozdroże kruków" przyniosło autorowi i wydawnictwu superNOWA sprzedażowy sukces. Jeśli połączymy to z czwartym sezonem serialu „Wiedźmin", który jesienią 2025 r. pojawił się na platformie Netflix, a także z oficjalną zapowiedzią gry „Wiedźmin 4" z Ciri w roli głównej, to wniosek może być tylko jeden. Świat „Białego Wilka" tętni życiem i ma się dobrze. Dobrze, lecz nie wyśmienicie. O problemach jednak za moment.
Nigdy nie ma się drugiej okazji, żeby zrobić pierwsze wrażenie. Najpierw warto się bowiem pochylić dłużej nad wspomnianymi już wcześniej, niepozornymi początkami „Wiedźmina". Choćby dlatego, że Andrzej Sapkowski – od lat plasujący się przecież w ścisłej czołówce najpoczytniejszych polskich autorów – dość długo wzbraniał się przed postawieniem wszystkiego na jedną kartę. A właściwie to kartkę, którą miałby później pokryć swoimi zapiskami.
Przeczytaj także: „To jest fenomenalne, ale przerażające!” Wywiad z Piotrem Latałą
Po ukończeniu studiów przez lata pracował w handlu zagranicznym. „Trafił do łódzkiego Skórimpexu, przedsiębiorstwa zajmującego się międzynarodowym handlem futrami, by z czasem przejść do Textilimpexu, odpowiadającego za obrót tekstyliami. W ten sposób rozpoczęła się trwająca ponad dwie dekady przygoda z handlem" – wspomina Adam Flamma w książce „Wiedźmin. Historia fenomenu". Sam Sapkowski szacuje natomiast, że literatem na pełen etat został dopiero w 1994 r., a zatem będąc już nieźle po czterdziestce.
Pewnego dnia, na początku lat 90., poszedłem do pracy i zobaczyłem, że moja firma zbankrutowała – przyznał pisarz w rozmowie z Dominiką Materską. – W momencie kiedy zorientowałem się, że jestem bezrobotny, stanąłem przed dylematem – szukać nowej pracy czy próbować utrzymać się z pisania. Co prawda sytuacja na polskim rynku wydawniczym nie zachęca do pisarskiego zawodowstwa, ale nie chciałem zaczynać od zera zupełnie nowej kariery.
Z drugiej strony, Sapkowski zwykł również podkreślać, iż literaturę wybrał znacznie wcześniej niż sam zawód pisarza. Wręcz pochłaniał kolejne książki i opanował biegle kilka języków obcych. Co zresztą znajduje odzwierciedlenie w jego twórczości, pełnej erudycyjnych popisów i mrugnięć okiem do wprawnego czytelnika.
"Ubolewam nad skutkami spadku czytelnictwa w Polsce, widocznymi na każdym kroku. To przykre, ale pomału stajemy się społeczeństwem chamskim i głupim. Na brak chamów i głąbów nie narzekaliśmy w tym kraju nigdy, ale obecnie można mówić już wręcz o dyktaturze i dyktacie. Kretynem, chamem, głąbem i nieznającym reguł mowy i pisowni polskiej półanalfabetą wręcz wypada być, jest to comme il faut, jest to modne, społecznie nie tylko akceptowane, ale i mile widziane. O przykłady nietrudno."

Mimo upływu lat uniwersum Wiedźmina ma się dobrze. (fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER / East News)
Tak w typowym dla siebie stylu skarżył się przed laty pisarz w wywiadzie zachowanym na portalu „Andrzej Sapkowski Zone". Zapytany zaś o radę dla początkujących pisarzy, wypalił: – Radziłbym im szczerze i serdecznie, żeby wybili sobie z głów mrzonki i głupstwa i wzięli do jakiejś uczciwej i pożytecznej roboty.
Na szczęście sam Sapkowski tego rodzaju wskazówki od nikogo w latach 80. minionego stulecia nie otrzymał, a nawet jeśli tak, to się do niej nie zastosował. Jego nazwisko po raz pierwszy pojawiło się na łamach „Fantastyki" w 1983 r., kiedy przetłumaczył opowiadanie „Słowa Guru" pióra Cyrila M. Kornblutha. Rok później jego własne opowiadanie „Stalogłowy" zostało zaś opublikowane w… „Wiadomościach Wędkarskich". Sapkowski do dziś jest zresztą znany z zamiłowania do łowienia ryb.
Przeczytaj także: Kac po „Euforii”. Oceniamy 3. sezon kultowego serialu
No, a jak to było z opowiadaniem „Wiedźmin", w którym najemny zabójca potworów odczarowuje księżniczkę zamienioną w strzygę na zlecenie króla Temerii, Foltesta? Wygląda na to, że za jego powstanie musimy być wdzięczni Krzysztofowi Sapkowskiemu, synowi Andrzeja. Sam Sapkowski tak o tym mówił na łamach „Fantastyki", cytowany przez Adama Flammę. O konkursie dowiedziałem się z numeru „Fantastyki", który walał się w mieszkaniu, rzucony przez mojego nieporządnego syna. […] Chciałem zrobić mu przyjemność, bo jest zagorzałym miłośnikiem tego typu literatury i stałym czytelnikiem waszego pisma. Zapytał mnie kiedyś: „Dlaczego nie napiszesz czegoś takiego?". Odpowiedziałem: „Nie ma problemu, napiszę". No i tak powstał „Wiedźmin". Zresztą właśnie od syna dowiedziałem się o waszym konkursie i jego warunkach.
Koniec końców konkursowe dzieło uplasowało się na trzecim miejscu. Pierwszą lokatę zajął zaś Marek S. Huberath z opowiadaniem „Wrocieeś Sneogg, wiedziaam...". Jednak to na punkcie Geralta z Rivii oszaleli czytelnicy „Fantastyki". Zgodnie z popularną anegdotą jeden z nich dobrowolnie przesłał do redakcji 1000 zł z prośbą o przekazanie autorowi w ramach nagrody.
Świat się zmienia, słońce zachodzi, a wódka się kończy

Najbardziej burzliwe relacje łączą natomiast Sapkowskiego z wielbicielami serii wiedźmińskich gier. (fot. The Witcher 3: Wild Hunt - Complete Edition_20221220200821 / CD Projekt Red)
Sapkowski – jak to on – unika romantyzowania historii o wiedźmińskich początkach. Przeciwnie, najchętniej wypowiada się o nich z pozycji szczwanego, wręcz wyrachowanego handlowca. Tak swoje wybory tłumaczył pisarz w rozmowie z Bartłomiejem Chacińskim na łamach pisma „Machina":
Wcześniej zdarzało mi się startować w konkursach choćby po to, by wygrać nagrodę, którą był magnetofon firmy Unitra, względnie ogromna suma 3000 zł – a zarabiało się wtedy 1500.
Nowela „Wiedźmin", „Fantastyka" i konkurs, o którym wspomniałem, były kontynuacją czegoś, co było zarazem sposobem na zabicie nudy i na odreagowanie, może nawet na samorealizację – Na konkurs „Fantastyki" napisałem nowelkę w gatunku fantasy – zachowałem się jak rasowy marketingowiec, myślałem, że oto znalazłem sposób na konkurencję.
Mniemałem, że polska fantastyka to wciąż Lem i Zajdel, że wciąż tam kosmoloty latają i zawożą w kosmos socjalizm, a zielone ludziki to metafora na czerwonych. Było to mniemanie naiwne, na ów konkurs wszyscy niemal napisali fantasy i „Wiedźmin" niczym by się nie wyróżnił, gdyby nie fakt, że nadesłana na konkurs fantasy praca to było coś, co ja pozwalam sobie nazywać „strzelaniem numer dwa".
To termin wojskowy – idzie się z bronią krótką jakiś tam dystans, a z trawy podnoszą się do pionu tarcze, do których się strzela, zanim opadną. Ja nazywam „strzelaniem numer dwa" taką fantasy, w której bohaterowie wędrują, wędrują, a na szlaku wędrówki co i rusz podnoszą się z trawy takie właśnie tarcze – rozmaite potwory, które trzeba zamordować. A inwencja autora ogranicza się do tego, by kolejny podnoszący się z trawy miał od poprzedniego dłuższe albo większe uszy.
Przeczytaj także: Smocze widowisko w Krakowie. Wielka Parada znów przepłynęła Wisłą
Wyczuwszy zatem gigantyczny popyt na opowiastki o długouchych potworach i myśliwym o nadludzkich możliwościach, dzierżącym w dłoni srebrny miecz, pisarz poszedł za ciosem. Stworzył kolejne opowiadania, a w latach 1994–1999 także pięciotomową sagę o wiedźminie. I szybko zapracował na tytuł „króla polskiego fantasy", bo przecież boom na ten gatunek literacki miał nad Wisłą dopiero nadejść. Na finiszu minionego stulecia „Wiedźmin" odskoczył od konkurencji na kilka długości. Komercyjny sukces Sapkowskiego nie wszystkim przypadł jednak do gustu.
– Skoro kupiec bławatny (Wokulski) stał się w polskiej prozie wzorem romantycznej miłości, czemuż handlowiec z branży tekstylnej nie miałby się okazać twórcą literackiego uniwersum, dzięki któremu polski czytelnik pojedna się z kulturą wysoką i popularną, a zarazem z rzeczywistością!? – pytał Maciej Parowski w eseju z 2001 r.
I wiele znaczących dla środowiska literackiego postaci odpowiedziało... przecząco. Wręcz z pogardą wypowiadając się o dziełach Sapkowskiego.
Autor „Wiedźmina" przez lata znajdował się w defensywie, nieustannie podgryzany i wykpiwany przez recenzentów jako twórca pośledniego gatunku, nad którego sukcesami należy raczej załamać ręce, zamiast się nimi ekscytować i dyskutować w dodatku o „fenomenie" tego pisarza. Tylko dlaczego ci cholerni czytelnicy nie chcą dać sobie spokoju z tak bezwartościową twórczością?!
Sapkowski oczywiście nie pozostawał dłużny krytykom. Na złośliwości odpowiadał złośliwościami. Klasyczny przykład to jego potyczka z Bohdanem Gadomskim, opublikowana w 2001 r. w „Angorze" pod jakże słodkim tytułem: „Największy bufon polskiej literatury?".
Bohdan Gadomski: A może [pisze pan] dla pieniędzy, których nie dorobił się pan jako urzędnik-handlowiec w państwowej firmie, która zresztą upadła i stał się pan kolejnym bezrobotnym w Łodzi?
Andrzej Sapkowski: Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Trochę wstyd, żebym to ja, prosty artysta, musiał o tak podstawowej zasadzie bon tonu przypominać żurnaliście, a więc przedstawicielowi elity i wielkiego mondu.
Ale nie zaprzeczy pan, że jest synonimem pisarskiego sukcesu i jednym z nielicznych polskich pisarzy, których nie dotknął kryzys książki i to w czasach, gdy ludzie przestali czytać?
Nie do mnie należy ocena, nie mnie takie rzeczy komentować. Kwestię sukcesu czy klęski pisarskiej określa księgarska lada i gust czytelniczy, pisarzowi w procesie twórczym to rzeczy absolutnie obce i nieznane, niepoznawalne nawet, od zbyt wielu bowiem czynników zależą. Pisarz może cieszyć się z powodzenia lub godnie znosić porażkę, komentować – ni jednego, ni drugiego – mu nie przystoi.
To zastanawiające, że tak dużym zainteresowaniem cieszą się nieprawdopodobne i nieprawdziwe przecież historie o elfach, czarownicach, krasnalach i innych dziwolągach, a nie ludziach współczesnych, z krwi i kości, ze współczesnej rzeczywistości. Czy wie pan – dlaczego?
Nie, nie wiem. Mógłbym, i owszem, rzucić supozycję, że czytelnicy lubią czytać ciekawe historie, a nie lubią nudów na pudy. Ale taka supozycja, nawet nieśmiała, lekko trąciłaby demagogią.
Przeczytaj także: Kamer(k)a… Akcja! Jak youtuberzy zmieniają współczesne kino
Dziś oczywiście nikt już nie ośmiela się – a przynajmniej nie w mainstreamie i z całą pewnością nie w sposób tak ostentacyjny – traktować dzieł Andrzeja Sapkowskiego z przymrużeniem oka. Naraziłby się bowiem w ten sposób na śmieszność, a zresztą pozycja całego fantasy na rynku jest już zupełnie inna niż przed dwiema czy tym bardziej trzema dekadami. Jednak wywiady z pisarzem dalej przypominają wędrówkę po polu minowym. Sapkowski na pytania dotyczące jego twórczości nierzadko odpowiada zdawkowo, ucieka w sarkazm albo z premedytacją wstrzymuje się od głosu.
To w naturalny sposób sprawia, że oskarżenia o bufonadę powracają doń jak bumerang. Nawet jeśli często daje o sobie po prostu znać dość specyficzne poczucie humoru autora. – Hejt nie ma do mnie dostępu – przekonuje stanowczo twórca „Wiedźmina". – Nie odwiedzam w Internecie miejsc, gdzie ów występuje. Hejterami jako ogółem pogardzam głęboko. Dawniej napisanie kredą na murze: „JASIU JEST GÓPI" wymagało aktywności, wysiłku i odwagi, bo groziły konsekwencje, choćby w postaci mandatu lub tego, że rzeczony Jasio nakopie do du***. Dziś internetowy hejter to pryszczaty ospalec i we własnym mniemaniu bezkarny tchórz, plujący witriolem na monitor i sypiący łupież do klawiatury. Czyli – godne pogardy zero.
Przeczytaj także: Bond, James Bond. Historia twórcy szpiega wszech czasów
W rozmowie z Michałem Hernesem stwierdził natomiast: Co zaś do fantastyki, to wystarczyło zdać się na czas. Jeszcze nie tak dawno gatunek był w zupełnej pogardzie i poważnym znawcom literatury nie wypadało wręcz o nim napomykać. Jeszcze nie tak dawno tak zwani krytycy zżymali się na Oscary przyznane „Władcy Pierścieni". I na nominację do Nike przyznaną mnie. Dziś już nikt nie nazwie Ursuli Le Guin, Margaret Atwood, Stephena Kinga czy Neila Gaimana autorami niszowymi i zbłaźni się krytyk, który pominąłby „Grę o tron" na liście seriali wszech czasów. A Radek Rak dostał Nike. A Tokarczuk jeszcze Bookera i Nobla. Nie trzeba było długo czekać. […] Jeszcze niedawno odzywka: „Ja fantastyki nie czytam" oznaczała: „Czytam wyłącznie rzeczy poważne i dostojne". Dziś oznacza: „Jestem głąbem".
Błędy też się dla mnie liczą
Najbardziej burzliwe relacje łączą natomiast Sapkowskiego z wielbicielami serii wiedźmińskich gier. Między innymi z uwagi na występ pisarza podczas Polconu 2016. – Pomówmy o grze. Zaczęły się szerzyć głosy – nie wiem, kto je lansował, ale podejrzewam, że sam CD Projekt – że gdyby nie gra, to ja bym nie zobaczył w życiu przekładu w zachodniej Europie. Gów*** prawda. Wszystkie moje przekłady były dużo wcześniej niż gra. I to gra wykorzystała moją popularność, a nie ja wykorzystałem popularność gry – grzmiał autor „Wiedźmina". – Taka jest prawda.
A druga sprawa, że gra narobiła mi mnóstwo smrodu i gów***. Przez to, że zaczęli mi zagraniczni wydawcy używać grafiki z gry na okładki. I ludzie odrzucali książkę, mówiąc, że to nie jest to. Że to jest książka napisana do gry. Czego w fantasy mamy mnóstwo. […] Fani w Europie zaczęli mi książkę odrzucać. Musiałem toczyć tęgą wojnę, żeby udowadniać, kto był pierwszy. Gra mnóstwo napsuła, mnóstwo.
Nietrudno zgadnąć, że w świat poszedł przede wszystkim fragment tyrady o smrodzie i... wiadomo, czym. Co tylko spotęgowało wyczuwalne już wcześniej wrażenie, iż Sapkowskiemu nie jest po drodze ani z twórcami, ani z graczami komputerowego i konsolowego „Wiedźmina". No, a to trochę tak, jak gdyby George R.R. Martin rozpoczął wojenkę z miłośnikami serialu „Gra o tron". Z punktu widzenia wizerunkowego czy marketingowego – czysty nonsens.
Pierwsze adaptacje dzieł Sapkowskiego pojawiły się na rynku już w latach 90. Były to komiksy stworzone na podstawie wiedźmińskich opowiadań. Natomiast w 2001 r. do kin z niemałą pompą trafił film „Wiedźmin" w reżyserii Marka Brodzkiego, gdzie w rolę Geralta wcielił się Michał Żebrowski, Jaskra zagrał Zbigniew Zamachowski, a Yennefer – Grażyna Wolszczak. Niedługo potem wyemitowany został również trzynastoodcinkowy serial. No i to była – co tu kryć – dużego kalibru katastrofa, zwłaszcza w zestawieniu z superprodukcją „Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia", która trafiła na duży ekran mniej więcej w tym samym czasie.
Na wyprodukowanie filmu i serialu przeznaczono około 20 milionów złotych, z czego znakomitą część pochłonęły wydatki na rozdmuchany marketing. – „Wiedźmin" szybko stał się sprawą narodową. Miał to być obraz, który zachwyci ludzi, stanie się hitem sprzedażowym czy nawet, jak sądził Maciej Parowski, zainteresuje zachodnich filmowców polską fantastyką, a i w Polsce przysporzy Sapkowskiemu czytelników. By podsycić zainteresowanie i zachęcić ludzi do wspólnego zaangażowania w odliczanie do premiery, na kilka tygodni przed samym wydarzeniem, w sobotę 20 października 2001 r. na warszawskim polu Mokotowskim odbył się promocyjny Piknik Wiedźmiński, na którym zjawiło się ponad 10 tys. osób – opowiada Adam Flamma.
I rzeczywiście, o „Wiedźminie" mówiło się dużo. Bardzo dużo. A już najwięcej o kuriozalnych, amatorsko wykonanych efektach specjalnych (smok!) i dziurawej jak sito fabule filmu, polepionej na rympał ze skrawków serialu. Tak naprawdę dopiero z perspektywy wielu lat łatwiej przychodzi docenienie całkiem ciekawej roli Żebrowskiego czy, dajmy na to, ballad Zamachowskiego.
To paradoks, ale produkcja, której przestarzałe rozwiązania wywoływały salwy śmiechu przeszło dwie dekady temu... nie zestarzała się wcale tak źle, jak można by było przypuszczać. Reżyser Brodzki w książce „Wiedźmin. Historia fenomenu" kwituje: Po latach mogę powiedzieć, że spodziewałem się, iż film wzbudzi emocje. Być może nie spodziewałem się, że aż takie. Jednak to reżyser się podpisuje pod całością, więc jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. Wziąłem to wszystko na siebie. Jak jakiś projekt odnosi sukces, to każdy chętnie przyznaje się do udziału. Ale porażka zawsze jest sierotą, a ktoś musi ponieść odpowiedzialność. W kinematografii zawsze taką osobą jest reżyser i nic w tym dziwnego. Na tym polega ta branża.
Co na to wszystko Sapkowski? W rozmowie z hiszpańskimi czytelnikami stwierdził, że po obejrzeniu filmu miał ochotę natychmiast wyemigrować z Polski. Ale zdarzały mu się też łagodniejsze komentarze.
Dostałem osobisty list od pana Andrzeja, w którym mnie pochwalił. I zapowiedział, że już nigdy nie pozwoli Polakom robić adaptacji swojej prozy. Ale bardzo podziękował. Powiedział, że tak sobie wyobrażał głównego bohatera – twierdzi Michał Żebrowski.
Trzeba było zatem gier wideo, by „Biały Wilk" wreszcie mógł rozwinąć skrzydła – czy raczej: wyszczerzyć kły – na innej płaszczyźnie niż ta literacka. 26 października 2007 r. premiery doczekała się pierwsza część „Wiedźmina", wyprodukowana przez CD Projekt Red. I tym razem balonik oczekiwań nie pękł. Owszem, gra nie była pozbawiona poważnych mankamentów, choćby związanych z przemieszczaniem się między lokacjami czy mechaniką walki. Ale wielowątkowa, mroczna warstwa fabularna wynagradzała z nawiązką te drobne potknięcia – zarówno zdaniem polskich, jak i zagranicznych recenzentów.
Przeczytaj także: Pogoda na niedzielę: Chcesz wcielić się w postać Chrystusa? Teraz to możliwe
Zresztą ta odsłona gry pod wieloma względami przypominała jeden wielki hołd dla prozy Sapkowskiego. Twórcy naszpikowali ją bardzo bezpośrednimi nawiązaniami do książek, a nawet powplatali do linii dialogowych kwestie niemal słowo w słowo wyciągnięte z powieści. Starali się też zachować bardzo dla Sapkowskiego charakterystyczny, czarny humor, no i z tego zadania również wywiązali się świetnie. Słowem – sukces. Naprawdę duży sukces, na który wiedźmińskie uniwersum długo czekało.
Zresztą kolejna odsłona serii – „Wiedźmin 2: Zabójcy królów" – także została obsypana pochwałami. Gdy w 2011 r. do Polski zawitał Barack Obama, ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, premier Donald Tusk podarował mu właśnie drugą część „Wiedźmina" – oczywiście edycję kolekcjonerską! – a także anglojęzyczne wydanie sagi i zbiór animacji Tomasza Bagińskiego (który, swoją drogą, odpowiadał za stworzenie intra do obu „Wiedźminów"). Trzy lata później Obama odniósł się do tego podczas kolejnej wizyty nad Wisłą.
Niespecjalnie dobrze radzę sobie z grami komputerowymi, natomiast powiedziano mi, że jest to doskonały przykład tego, jakie jest miejsce Polski w globalnej gospodarce. Jest to hołd dla talentu, umiejętności i etyki pracy Polaków, jak również właściwego przywództwa.
Strzeżcie się rozczarowań, bo pozory mylą
Naturalnie prawdziwą eksplozję popularności zagwarantowała Geraltowi i spółce trzecia część serii – „Wiedźmin 3: Dziki Gon" (a także jej fenomenalne dodatki: „Serce z kamienia", „Krew i wino"). Monumentalna pozycja, zaliczana do ścisłej czołówki najwybitniejszych gier RPG w dziejach. Niech zresztą przemówią po prostu liczby – dzieło CD Projekt Red sprzedało się już w przeszło 60 mln sztuk, co sytuuje je w top 10 najlepiej sprzedających się gier w historii.
Mało prawdopodobne, by Andrzej Sapkowski przewidywał, że gry bazujące na wykreowanym przez niego świecie zrobią aż taką furorę wśród odbiorców z całego globu. Świadczy o tym zresztą... proces, jaki wytoczył ich twórcom, domagając się udziału w zyskach. – Byłem na tyle głupi, że sprzedałem im prawa w jednej transakcji. Oferowali mi procent od dochodów, ale powiedziałem
Nie, nie będziecie mieli z tego żadnych dochodów, dawajcie mi od razu wszystkie pieniądze. Całą sumę.
To było głupie. Byłem na tyle głupi, aby zostawić wszystko w ich rękach, bo nie wierzyłem w ich sukces. Ale kto mógł go wtedy przewidzieć? Ja nie potrafiłem – mówił Sapkowski, cytowany przez „Gazetę Bankową". Ostatecznie producent gier dogadał się z pisarzem i załagodził sprawę, przypuszczalnie w trosce o spokój wokół wiedźmińskiego brandu. – Moje kontakty z twórcami gry są obecnie doskonałe. Miejmy nadzieję, że tak pozostanie. Mimo wszystko to rzadkie, żeby CD Projekt Red prosił mnie o konsultacje – przyznał ostatnio A.S.
Po globalnym triumfie trzeciego „Wiedźmina" aż się prosiło, by ktoś – tym razem przygotowany finansowo, technologicznie i scenariuszowo – podjął jeszcze jedną próbę zekranizowania prozy łodzianina. No i to dość powszechnie wypowiadane życzenie ziściło się wcale szybko (jak gdyby wysłuchał go D'jinni, uwolniony uprzednio z butelki przez nieostrożnego Jaskra), ponieważ w 2017 r. Netflix ogłosił z dumą, że wyprodukuje serial osadzony właśnie w wiedźmińskim uniwersum.
Jeszcze większą ekscytację wywołało obsadzenie w roli głównej Henry'ego Cavilla, który – jako znany nerd – uchodził od dawna za wielkiego fana Geralta z Rivii. Na dodatek do grona producentów dołączył wspomniany już Tomek Bagiński, potraktowany – zwłaszcza przez polską publikę – jako swego rodzaju gwarant poszanowania dla książkowego oryginału. – Gdyby nie Tomek, w ogóle nie byłoby tego tematu – powiedział nawet Sapkowski. Z kolei sam Bagiński zapewniał w rozmowie z Onetem:
To jedna z głównych zalet tej historii – ma już z góry określony charakter. Chyba nikomu w zespole nie będzie zależało na tym, żeby go zgubić. Chcemy zrobić wiedźmina, a nie rzeźnika mordującego potwory. Ta postać ma już swój bagaż, opowieści i wrażliwość. Wszystkim w zespole zależy na tym samym.
Przeczytaj także: Kino wolnego reagowania. Dlaczego nie potrafi opowiadać o współczesnej Polsce?
Jednak showrunnerka Lauren S. Hissrich wyraźnie zasugerowała w wywiadzie dla Gazety.pl, że nie boi się rozwijać materiału źródłowego o zupełnie nowe wątki. Nie tylko w kontekście spin-offów, ale również bazowego serialu. Rozmawialiśmy z Andrzejem Sapkowskim o naszych pomysłach i mówił mi na przykład, czy coś z tego brzmi świetnie, czy obiecująco. Podkreślał, że z jego książkami jest inaczej niż z „Władcą pierścieni". On nie myśli o świecie przedstawionym i wydarzeniach w ten sam sposób, co Tolkien. Nie tworzy w głowie mapy tamtego świata, nie zastanawia się nad tym, czego nie opisał w powieściach, nie dopowiada do nich historii, których nie opublikował. Andrzej Sapkowski dał mi mnóstwo kreatywnej swobody i wolności. Chce, żebyśmy trzymali się tonu jego książek i ich założeń. Ale jeśli czegoś sam nie opisał, pozwalał nam zbudować własne historie.
W teorii – wszystko to brzmiało dość rozsądnie. Powieści Sapkowskiego rzeczywiście pozostawiają hektary wolnej przestrzeni. Pytań, dla których twórca dokonujący adaptacji może na własną rękę szukać odpowiedzi. Problem w tym, że ekipie Netfliksa to nie wystarczyło. O ile jeszcze pierwszy sezon serialu był więc w miarę udany (i zanotował rewelacyjne wyniki oglądalności między innymi w Stanach Zjednoczonych), tak kolejne to już scenariuszowa hucpa. Wykoślawiając w nich nawet najświętsze dla fanów uniwersum relacje Yennefer z Ciri czy Geralta z Jaskrem.
Pal już licho dziwaczne wybory castingowe – w ostatecznym rozrachunku Laurence Fishburne, który zupełnie nie przypomina książkowego Emiela Regisa, sprawdza się w tej roli nieźle, podczas gdy Freya Allan, w miarę odpowiadająca opisom Cirilli, wypada na ekranie słabiuteńko. Serialowy „Wiedźmin" ma znacznie poważniejsze problemy, na czele z drętwymi dialogami (a to przecież najmocniejsza część powieści Sapkowskiego!), permanentnym bałaganem w scenariuszu (co skutkuje rażącym gubieniem ciągu przyczynowo-skutkowego). I płaską jak deska fabułą.
Sapkowski celowo ustawił przecież Geralta z Rivii – odmieńca, mutanta – na cienkiej granicy między światem ludzi i monstrów. Pozwala mu to na nieustanne kreowanie moralnych dwuznaczności. Sytuacji, w których to potwory zachowują się ludzko, a ludzie – potwornie.
Książkowy „Wiedźmin" pełny jest skomplikowanych, egzystencjalnych dylematów. Charyzmatycznych, błyskotliwych i wygadanych bohaterek oraz bohaterów. Brudnych, politycznych intryg, ale i szczerych, silnych, pięknych uczuć. Twórcy gier wideo, na tyle, na ile to możliwe, próbują tym tropem podążać. Tymczasem Netflix – można odnieść wrażenie – bez skrupułów rozjechał to wszystko walcem i zaserwował widzom kompletnie nieapetyczny placek.

Najbardziej burzliwe relacje łączą natomiast Sapkowskiego z wielbicielami serii wiedźmińskich gier. (fot. The Witcher 3: Wild Hunt - Complete Edition_20221220200821 / CD Projekt Red)
Trudno się dziwić, że wspomniany Henry Cavill wymiksował się z tego przedsięwzięcia po trzecim sezonie. Choć akurat czwarta odsłona serii – już z Liamem Hemsworthem w roli głównej – i tak okazała się minimalnie lepsza od dwóch poprzednich. No, ale poprzeczka leżała na ziemi.
Nie zabija się legendy
Wydaje się zatem, że „Wiedźmin" w wydaniu Netfliksa jest nie do odratowania. Choć Bagiński nie traci wiary. Opowiada Onetowi: Zależało nam na tym, aby to była wersja historii trochę inna niż ta książkowa. Powieści przecież już istnieją, tak samo, jak i gry. Opowiadanie tego samego, słowo po słowie, kłóci się w moim mniemaniu z istotą „Wiedźmina". Stąd ten pomysł szybko się przyjął.
Przeczytaj także: Fani kontra reszta świata. Kto niszczy współczesną popkulturę?
Tak czy owak, fatalne opinie miażdżącej większości widzów i zgaszony entuzjazm wokół serialu, nie ma co ukrywać, wyhamowały wiedźmińską ofensywę w światowej popkulturze. Ostatecznie jeszcze w 2019 r. naprawdę wydawało się możliwe, że produkcja Netfliksa będzie realną odpowiedzią dla „Gry o tron" oraz „Rodu smoka" spod szyldu HBO. Jeśli jednak upierać się przy porównaniach do pierwszego z wymienionych seriali, to – niestety – najprędziej do sezonu ósmego.
Fanom świata wykreowanego przez Sapkowskiego pozostaje zatem liczyć na to, iż przynajmniej twórcy „Wiedźmina 4" nie zawiodą pokładanych w nich oczekiwań, a te są niewątpliwie gigantyczne. Jeszcze większe niż przed premierą „trójki". Optymistyczne wieści przekazał też sam pisarz podczas Festiwalu Książki w Opolu.
Jeśli ktoś z publiczności zamierza zadać takie pytanie, to odpowiem od razu: napiszę coś jeszcze. Proszę się nie martwić. W przeciwieństwie do George'a R. R. Martina, którego, nawiasem mówiąc, znam osobiście, jak mówię, że coś napiszę, to to napiszę. […] Martin pewnie dalej nie pisze, bo się może obraził, że zekranizowali mu kontynuację. Ale założę się, że pieniędzy nie oddał. Znając życie. Ja bym nie oddał – zadeklarował Sapkowski, jak zawsze z przekąsem, nawiązując do nieukończonej „Pieśni lodu i ognia".
Można zatem raczej bezpiecznie założyć, że uniwersum „Wiedźmina" jeszcze nieraz – i to już niebawem – rozgrzeje światową publiczność. Wciąż tli się w nim bowiem ogień. Wieczny ogień, który jest nadzieją... na naprawdę udaną ekranizację. Do trzech razy sztuka!


