Afera dotycząca wykorzystywania przez polityków Koalicji Obywatelskiej publicznego systemu opieki zdrowotnej zarówno do uprawiania indywidualnego finansowego łupiestwa, jak i do stworzenia quasi-prywatnego systemu opieki zdrowotnej dla rządzącej elity może – zdaniem kolejnych komentatorów – doprowadzić do utraty władzy przez Donalda Tuska.
Najwyraźniej premier zdaje sobie z tego sprawę. Świadczą o tym niepodobne do niego, nerwowe i tylko pogarszające jego społeczny odbiór reakcje – jak szukanie ofiarnych kozłów lub podważanie wiarygodności sygnalisty, który wrażenia aniołka nie sprawia, ale nieprawidłowości ujawnia.
Pseudoaferki
Tomasz Lis nazywa problem ratowania przez polityków własnego zdrowia kosztem zwykłych obywateli „pseudoaferką”. Piszące o tym media nazywa „skundlonymi” i „zdegenerowanymi” – dosłownie. Nie przeoczmy tego typu wypowiedzi, bo są one symptomatyczne – obnażają rozpaczliwą niemoc środowiska, które swojej rzekomej intelektualnej i etycznej wyższości nie ma już jak udawać. To z tego wszak kręgu, a nie z kręgów opozycyjnych, wypływają porównania obecnej afery do słynnych „ośmiorniczek”, które 11 lat temu doprowadziły do ucieczki Donalda Tuska i przegrania przez Platformę Obywatelską wszystkiego, co było wówczas do przegrania.
Dzisiaj wyborczy strach zaczyna zaglądać w oczy – wstydu się nie spodziewam – bo cesarze publicznej moralności, królowie intelektu i książęta rzetelnego dziennikarstwa są nadzy jak trupy, którym robi się badania, żeby jakoś dopiąć medyczną dokumentację w zarządzanym przez Koalicję Obywatelską szpitalu. Są odizolowani od tego, co czuje społeczeństwo tak samo, jak w swoich vipowskich salonikach politycy Koalicji odizolowani są od smrodu nas – tego ludzkiego bydła, które godzinami pokornie czeka po korytarzach na przyjęcie przez lekarza-radnego-milionera.
Przeczytaj także: Patryk Słowik na sesji Rady Warszawy. Poprawił Trzaskowskiego, zapytał o dymisję
Gdy już wróci z telewizji. A choć tak twardzi i lojalni w odbieraniu politycznym przeciwnikom prawa do istnienia, do wartości, do swojego myślenia o Polsce – łżekapłani tolerancji i kuplerzy uczciwości ciągle nie nauczyli się przegrywać. Nie nauczyli się tego, że prawdziwą twardość i lojalność sprawdza się w klęsce, nie w zwycięstwie. A uczciwość w bogactwie – nie w biedzie.
Mit powrotu do władzy
Donald Tusk może się dzisiaj bać, może chwilowo reagować w sposób nieprzemyślany, może konstruować z doradcami strategie przykrycia obecnej afery lub zmiany jej wektora. Ale dwa i pół roku od rozpoczęcia moralnej odnowy i instytucjonalnej naprawy Polski na pewno zdaje sobie sprawę z jednego. Zdaje sobie sprawę z tego, z czego chyba nie zdają sobie sprawy nieliczni intelektualnie dorównujący mu partyjni towarzysze, których się jeszcze nie pozbył. Oto sypie się w gruzy mit jego powrotu do władzy.
Tym mitem, który Donald Tusk zbudował i który pozwolił mu w 2023 r. władzę odzyskać, nie była obietnica 100 konkretów w 100 dni. Nie były obietnice rozliczeń PiSu, odblokowania intencjonalnie wstrzymywanych Polsce pieniędzy z KPO czy powrotu na europejskie salony, na których nikt Tuska nie ogra. Tym wielkim mitem powrotu była obietnica inna, znacznie głębsza i znacznie bardziej przez społeczeństwo wyczekiwana. Obietnica moralnej, intelektualnej, proobywatelskiej i propaństwowej wyższości nad władzą poprzednią – „Z Polską w naszych sercach”.
Przeczytaj także: Ministra zdrowia o Szpitalu Południowym: Państwo zareagowało w sposób natychmiastowy
To właśnie ta obietnica, ten mit uwiódł wystarczająco wielu wyborców, by w roku 2023 zapewnili oni Donaldowi Tuskowi powrót do władzy. Uwiódł i mnie. Uwodziła nas wówczas nie miłość do Tuska, Hołowni – na którego głos oddałem ja – Kosiniaka-Kamysza czy Czarzastego. Uwodziła nas troska o polskie państwo i chęć naprawy tego, co psuł PiS – bez kwestionowania wszystkiego dobrego, czego dokonał.
Półtora roku później, podczas wyborów prezydenckich, głosów, nas, uwiedzionych, Rafałowi Trzaskowskiemu już zabrakło. Coraz więcej wyborców zaczęło wyraźnie dostrzegać, że pięknie opakowane oszustwo nie przestaje być oszustwem. Że nadzieja, którą mieliśmy – nie oczekując cudów, lecz po prostu mając zwykłą obywatelską nadzieję na poprawę standardów rządzenia – była tylko naiwnością.
Była naiwnością, na której udało się obecnie rządzącym ufundować wówczas swoje wyborcze zwycięstwo. Być może Donald Tusk zapomniał, a być może nie chciał wówczas pamiętać pewnej zasady, której uczy się zawodowych negocjatorów. To nieprawda, że kłamstwo ma krótkie nogi. Kłamstwo ma długie nogi i można na nich bardzo daleko zajść. Problem polega na tym, że nie można wrócić.
Przeczytaj także: Afera w Szpitalu Południowym. Kalendarium wydarzeń
Tym, co odbierze władzę Donaldowi Tuskowi nie będzie afera w Szpitalu Południowym. Nie będą kolejne ośmiorniczki, nie będą kolejni Kacprzykowie, których dziesiątki i setki rządzące partie wyhodowały w sobie, na sobie i wokół siebie, i o których jeszcze nie raz usłyszymy. Ta afera minie – rozładowana lepiej lub gorzej przez specjalistów od politycznego marketingu.
Władzy nie odbiorą Donaldowi Tuskowi coraz bardziej żenujące wezwania do rozliczeń, doświadczane przez Polskę międzynarodowe upokorzenia czy coraz śmieszniej brzmiące deklaracje lat przełomów i lat przyspieszeń.
Panie Premierze, tę władzę odbierze Panu nasze rozczarowanie tym, jak bardzo nas Pan dwa lata temu okłamał.

