Argentyna znowu to zrobiła. Po raz kolejny na tym mundialu jej piłkarze pokazali stalowe nerwy w końcówce meczu. Tak jak przed czterema laty, ekipa Lionela Scaloniego zameldowała się w finale. Anglia nadal śni o mistrzostwie. Stare demony wróciły, a kibice i eksperci obwiniają za porażkę z Argentyną trenera Thomasa Tuchela. Leo Messi jest magikiem – lata lecą, a on wciąż gra jak natchniony.

Kiedy Anthony Gordon strzelił gola na 1:0 dla Anglii, wydawało się, że tego testu na odporność Argentyńczycy już nie zaliczą. Wybronili się przed dzielnie atakującą Republiką Zielonego Przylądka, odrobili dwubramkową stratę z Egiptem, wygrali wojnę nerwów ze Szwajcarią. Ale teraz w szeregach przeciwnika byli przecież dużo lepsi zawodnicy. A czas uciekał.
Jednak żaden z liderów Synów Albionu nie potrafił dać sygnału do natarcia, dobicia mistrzów. Trochę jak w horrorach, gdy główny bohater nie umie ostatecznie rozprawić się z czarnym charakterem, a widownia wie, że tamten wstanie i znów będzie straszył.
Ani Harry Kane, ani Jude Bellingham, a przede wszystkim Thomas Tuchel, selekcjoner zatrudniony po to, by zdobyć mistrzostwo świata, nie uznali, że pójście za ciosem będzie dobrym pomysłem. Kane nie obwiniał za to trenera. Zdaniem kapitana Tuchel nie kazał drużynie cofnąć się tak głęboko i przestać konstruować akcje zaczepne.
Ale fakty są takie, że Anglia okopała się w swoim polu karnym i czekała na to, co zrobią Leo Messi z kolegami. Zrobili to, co zwykle – wygrali mecz.
– Widzieliśmy, że mają dość – powiedział piłkarz Interu Miami po ostatnim gwizdku. Nawiązywał do końcówki spotkania, gdy Argentyna miała już wyrównanie za sprawą strzału Enzo Fernandeza z dystansu i szukała uporczywie gola numer dwa, by uniknąć dogrywki. Znalazł go Lautaro Martinez. Asystował oczywiście Messi. W gąszczu angielskich obrońców znalazł kolegę i wrzucił piłkę wprost na jego głowę. Martinez rozpłakał się po meczu. Całe życie marzył o tej chwili. Od dnia, kiedy wielki klub, Boca, uznał, że jest zbyt słaby technicznie, żeby grać dla nich.
Niczego nie żałuję
Kiedy człowiek widzi wypowiedzi angielskich piłkarzy i Tuchela, ma wątpliwości, kto tak naprawdę dał sygnał do rozpaczliwej defensywy w dwóch ostatnich kwadransach, zresztą skazanej z góry na niepowodzenie. Niemiec twierdzi, że chciał pomóc drużynie, widział bowiem rosnącą przewagę rywala, dlatego wprowadził dodatkowego obrońcę. Zupełnie nie uważa tego za coś kontrowersyjnego. Zwykła decyzja taktyczna.
Ale Anglicy stanęli. Jakby stracili wiarę i siły. Nie miało to żadnego sensu – prowadzili 1:0 i to Argentyna powinna zacząć się bać. Tymczasem to jej przeciwnik wyglądał jak ktoś, kto wystraszył rozjuszonego byka i teraz ucieka w popłochu. Ale byk nie odpuszczał. Nacierał z boku, ze środka, z bliska, z dystansu, z ziemi i powietrza. Przewrócił płot i dyszał wściekły. To Anglia się bała.
– Niczego nie żałuję – mówił po spotkaniu Tuchel. Ale co innego miałby powiedzieć? Szkoleniowcom trudno podważyć własne koncepcje i kompetencje.
Niemiec został przez brytyjskie media, zgodnie z przewidywaniami, rozwalcowany. Człowiek, do którego zaufanie wzrosło po mundialowych zwycięstwach nad Meksykiem i Norwegią, tym razem znalazł się w ogniu krytyki, w jakim przez całą trenerską karierę jeszcze nie był. I to pewnie dopiero początek. Jeśli chce dowiedzieć się szczegółów na temat bycia wrogiem publicznym numer jeden, może zadzwonić do Davida Beckhama. Legendarny pomocnik przeżywał to po mundialu w 1998 roku. Spotkanie w Atlancie oglądał z trybun. Po ostatnim gwizdku płakał razem z piłkarzami.
Król asyst
„The Guardian” pisze o utracie kontroli nad spotkaniem. The Independent wręcz o tchórzostwie i zastanawia się nad dalszym sensem pracy selekcjonera, który miał być taki inny od Garetha Southgate’a, a na koniec okazał się taki sam.
Z porażką nie mogą się pogodzić Wayne Rooney i Alan Shearer, uważając, że to Tuchel dał sygnał do odwrotu.
Nikt jednak nie wziął pod uwagę jednej, dość istotnej rzeczy. Anglia mogła chcieć ruszyć na Argentynę, sęk w tym, że nie miała jak. Ponieważ rywal zabrał jej piłkę, a ostatecznie nadzieję. Ponieważ starła się z zespołem lepszym, mającym więcej charakteru i doświadczenia. Skonfrontowała się z mistrzem, który nie chciał oddać finału i możliwości obronienia tytułu. Przede wszystkim jednak musiała się zmierzyć z Messim.
Czytaj również: Mundial 2026. Półfinał Anglia-Argentyna
Genialny Argentyńczyk zanotował jedenasty z rzędu występ na mundialu z golem lub asystą. Świat nie widział wcześniej czegoś takiego. Łącznie ma 12 podań otwierających drogę do bramki na mistrzostwach świata, aż 10 z nich w fazie pucharowej turnieju. Kosmos.
Messi kocha wielką scenę, najważniejsze mecze, ale przede wszystkim kocha futbol. Skończył 39 lat i mógłby odcinać kupony, oglądać to spotkanie z przyjaciółmi i rodziną gdzieś na jachcie, ale wciąż czuje, że może być najważniejszym człowiekiem w Argentynie, w momentach, w których ojczyzna go potrzebuje. Jeśli w niedzielę znów poprowadzi Albicelestes do tytułu, cztery lata po triumfie w Katarze, jego pomnik wzmocniony zostanie przez kolejną warstwę złotego kruszcu.
Jego legenda będzie jeszcze większa. Ta sztuka nie udała się Diego Maradonie w latach 1986 i 1990, drugi z finałów skończył się wygraną Niemców. Leo zawsze był porównywany do Diego, przez lata był w jego cieniu, ale po złocie z 2022 roku ciśnienie zeszło, zyskał zasłużoną, bezwarunkową miłość rodaków i teraz ona rozkwita jeszcze mocniej.
Argentyński dziennik „Olé” przed meczem pisał o niebieskich koszulkach jako dobrym znaku – w takich przecież pokonali Anglię w Meksyku, w ćwierćfinale przed 40 laty. Po ostatnim gwizdku zachwycano się głównie Messim i charakterem drużyny. „Triumf na zawsze”, „Mentalność mistrzów”, „Messi poprowadził nas jeszcze raz” – to tylko niektóre z tytułów z argentyńskiej prasy.
Tuchel chce zostać
Gol dla Anglii zmienił zatem wszystko. Zamiast wykorzystać to trafienie jako paliwo rakietowe na dalszą część spotkania, odebrało ono Anglikom wiarę. Jakby piłkarze wysłali komunikat: „Ojej, zdobyliśmy bramkę, co teraz będzie?”. I właśnie tego braku wiary, pasywności, a także błędów personalnych Tuchela nie mogą odżałować kibice.
Stało się to, co w 2018 roku. Anglia prowadziła wówczas z Chorwacją w półfinałowym starciu 1:0, by ostatecznie ulec 1:2. Przegrała także półfinał Italia ’90, z Niemcami po rzutach karnych.
Oczywiście porażka z Argentyną w środowym meczu w Atlancie nie sprawia, że można uznać Anglię za zły zespół. Po prostu tym razem oczekiwania były inne. Wszystko zdawało się zgadzać. Trener, który potrafi ustawić zespół na trudne mecze, zadaniowiec. Mocna drużyna, z Bellinghamem i Harrym Kane’em, który za cztery lata na mundialu będzie miał 36 lat, i właśnie teraz jest jego prime. Ale to było za mało na Argentynę.
12 procent czasu w posiadaniu piłki od momentu, gdy Gordon trafił do siatki – ta liczba już na zawsze będzie plamą na CV Tuchela. Ten mecz wróci do niego wiele razy w koszmarach.
Czytaj również: Mundial 2026. Messi i Yamal napiszą wyjątkową historię. W tle zdjęcie sprzed lat
Na pewno nie można jednak stwierdzić, że Niemiec całkowicie zawiódł Anglię. Ostatecznie wprowadzenie reprezentacji do pierwszej czwórki globu to progres w stosunku do ósemki w Katarze. Ponadto angielscy kibice dostali dzięki tej kadrze sporo momentów, które zostaną z nimi na zawsze. Kane i jego gole z DR Konga, heroiczne boje z Meksykiem i Norwegią, w których błyszczał Bellingham. Jeśli pokonają Francję, zdobędą brązowe medale. Rozczarowanie wynika tylko z ambicji. Bo realnie rzecz ujmując – osiągnęli bardzo dobry wynik.
Półfinał mistrzostw świata to miejsce, o którym wiele reprezentacji może jedynie pomarzyć. Jeśli trafiasz w nim na taką drużynę jak Argentyna, musisz być tego dnia najlepszą wersją siebie. Przez 90 minut, nie przez 60. Ładnie to zresztą skwitował Scaloni, który tak jak kiedyś Carlos Bilardo awansował z Argentyną do dwóch finałów MŚ z rzędu. – Ta drużyna jest najlepsza, kiedy zostaje przyparta do muru – powiedział.
Być może Scaloni po zwycięskim finale nad Hiszpanią, jeśli w ogóle taki scenariusz się zmaterializuje, odejdzie razem z Messim po jego mundialowym Last Dance. Nie można wykluczyć, że taki scenariusz jest bardziej prawdopodobny niż zwolnienie Tuchela. On sam chce pracować dalej, angielska federacja także nie zamierza dymisjonować Niemca pod wpływem rozgrzanych do czerwoności sekcji komentarzy i głów kibiców.
Oni już tam byli
Mistrzostwa świata jak żadna inna impreza sportowa są poddane wnikliwym analizom. Tysiące programów na całym globie zajmują się dokładnie tym samym. Przewidywaniem przebiegu meczów, odgadywaniem scenariuszy i ostatecznych rozstrzygnięć, ale tak naprawdę wróżeniem z fusów, bo przecież nigdy nie wiemy, co przyniesie futbol. Dysponujemy wachlarzem danych, coraz większym, coraz bardziej szczegółowym, a jednak wciąż zapominamy o fundamentach – w piłce nożnej liczą się serce, umiejętności, ambicje i twarda psychika.
Mistrzem świata może zostać tylko ktoś, kto jest odporny na wszystko, co dzieje się dookoła. Futbol na najwyższym poziomie to momentami histeryczny cyrk – spójrzcie, ilu ludzi płacze ze szczęścia po zwycięstwach i z powodu porażek.
Nie ma sensu się zatem dziwić, że nacja tak emocjonalna jak Argentyna napisała dla nas kolejną telenowelę, ckliwą, momentami wręcz sztampową, ale za to właśnie uwielbiani są główni bohaterowie – widz dobrze ich zna. Wie, czego się po nich spodziewać.
Dan Burn, rosły obrońca reprezentacji Anglii, dobrze to wytłumaczył. Powiedział, że Argentyna wiedziała, co zrobić, „bo ona już tam była”. I można jego przekaz zrozumieć na kilka sposobów. Była w trudnej sytuacji, była częściej w półfinale, była na największej estradzie tyle razy, że panuje nad stresem w krytycznych momentach.
Kiedy po godzinie intensywnej gry, mając już tak dużo spotkań w nogach, ciało zaczyna być wyczerpane, umysł łatwo może za tym pójść. A wtedy trudno o racjonalne decyzje. I to pewnie przesądziło w dużym stopniu, że Argentyna zagra w finale. Siódmy finał mundialu, tylko Niemcy byli w nim częściej – osiem razy. Mistrz Europy kontra mistrz Ameryki Południowej i zarazem mistrz świata. Piękna puenta imprezy. Awans Argentyny do finału mundialu nie jest sensacją. To szósty w historii półfinał, który ta reprezentacja wygrała. Na sześć możliwych. Nie ma drugiej takiej drużyny.
Starcie ekipy Scaloniego z perfekcyjną maszyną Luisa de la Fuente to nagroda nie dla samej Argentyny, a dla nas wszystkich. Zaproszenie na najlepszy deser świata. Ktoś, kto obejrzał mecz Hiszpanii z Francją i teraz twierdzi, że Argentyna nie ma szans, jest szalony.
