Argentyna pokonała Anglię 2:1 w półfinale piłkarskich mistrzostw świata w Atlancie. Bramki Enzo Fernandeza i Lautaro Martineza w końcówce odwróciły losy meczu, a argentyńscy kibice zwycięstwo przypisywali zmarłemu Diego Maradonie. Anglicy winą za porażkę obarczali selekcjonera Thomasa Tuchela.

- Argentyna awansowała do finału mistrzostw świata po zwycięstwie 2:1 nad Anglią w Atlancie, przypieczętowanym golem Lautaro Martineza w doliczonym czasie.
- Spotkaniu towarzyszyły skrajne emocje kibiców, od nocnych bójek i zagłuszania hymnu po sceny pojednania po ostatnim gwizdku.
- Argentyńscy fani nadawali wygranej wymiar symboliczny, łącząc ją z pamięcią o Maradonie i sporem o Falklandy.
Argentyna wygrała 2:1 z Anglią w środowym półfinale piłkarskich mistrzostw świata, rozegranym pod zamkniętą kopułą klimatyzowanego stadionu w Atlancie. Kibice obu drużyn przeżyli huśtawkę nastrojów – od nerwów i wzajemnych zaczepek po szok i sceny pojednania.
Mecz nabrał tempa w drugiej połowie. Prowadzenie Anglikom dał Anthony Gordon, ale wyrównał Enzo Fernandez, a zwycięstwo Argentynie w doliczonym czasie gry zapewnił Lautaro Martinez. Wśród zdominowanych przez Argentyńczyków trybun angielscy kibice, choć było ich tysiące, nie zdołali przekrzyczeć rywali.
Argentyna w finale MŚ
Emocje sięgały zenitu na długo przed pierwszym gwizdkiem. W nocy przed półfinałem w centrum miasta pobiły się dwie grupy argentyńskich kibiców klubowych rywali, Huracanu i San Lorenzo. Na stadionie dochodziło do pojedynków na przyśpiewki, a skandowanie Argentyńczyków zagłuszyło brytyjski hymn, co omal nie doprowadziło do rękoczynów.
Dla wielu argentyńskich kibiców wynik miał wymiar wykraczający poza sport. Zwycięstwo nad Anglią odczytywali jako kolejną „zemstę za Malwiny” – transparent o przynależności Falklandów rozwinęli po meczu także piłkarze.
Część fanów uciekała się do wyjaśnień nadprzyrodzonych. – To Maradona świecił nad nami, on nad tym wszystkim czuwał i sprawił nam cud, jak w 1986 r. – mówił jeden z nich, pokazując replikę koszulki z numerem 10.
Angielscy kibice szukali bardziej przyziemnego wytłumaczenia i wskazywali na selekcjonera Thomasa Tuchela. – To wina Tuchela. Byliśmy górą, kontrolowaliśmy mecz, mieliśmy to. A on po strzelonej bramce zaczął grę w sześciu obrońców – mówił jeden z nich.
Mimo historycznej animozji pod stadionem dochodziło też do scen pojednania, z uściskami i gratulacjami wymienianymi między kibicami obu reprezentacji.