Reklama
Kraj

Demontaż państwa. Jak Tusk z Kaczyńskim odebrali obywatelom prawo do obrony

Po dwudziestu latach wymiennego rządzenia Polską przez Tuska i Kaczyńskiego proces odbierania zwykłym ludziom możliwości obrony przed opresją ze strony państwa dobiega końca. Ostatnim, funkcjonującym zabezpieczeniem jest układ sił – wasz prezydent, nasz premier. Ale i on będzie miał swój kres.

Andrzej Krajewski
Opinia autorstwa: Andrzej Krajewski
Dzisiaj 06:05
13 min
Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Ponad 20 lat politycznego duopolu PO i PiS, który zamiast silnych instytucji pozostawił po sobie systemową pustkę i demontaż praw obywatelskich. (fot. Shutterstock / Shutterstock)
TYLKO NA
  • Dwie dekady rywalizacji PO i PiS doprowadziły do stanu, w którym obywatel zyskuje benefity socjalne, ale traci realne narzędzia ochrony przed opresyjnym aparatem państwa.
  • Dzięki przejęciu kontroli nad wymiarem sprawiedliwości i prokuraturą, państwo zyskało możliwość bezkarnego nakładania haraczy i tłumienia protestów „aresztami wydobywczymi”.
  • Demontaż instytucji kontrolnych sprawił, że każda ustawa rządzącej większości staje się de facto konstytucyjną. Skutek? Obywatel jest bezbronny wobec arbitralnej władzy.

Każdą zmianę, która niesie długoterminowe skutki, da się opisać krótką metaforą. Kiedy pod koniec 1807 r. rząd Księstwa Warszawskiego dekretem grudniowym uczynił polskich chłopów wolnymi obywatelami, ale nie przyznał im prawa własności do uprawianej ziemi, Marcin Badeni cierpko stwierdził: „Chłopom zdjęto z nóg kajdany, ale zarazem ściągnięto buty”. Radca Rady Stanu trafnie dostrzegł, że na dłuższą metę wolność bez własności nie wyjdzie obdarowanym nią na zdrowie.

Przeczytaj także: „Kopałem nogami, rzucało mną”. Nawrocki opisał dramatyczny moment kampanii

Dziś zbliżamy się do sytuacji zgoła odwrotnej. Donald Tusk i Jarosław Kaczyński swymi wymiennymi rządami zaoferowali zwykłym Polakom „wygodne buty”, ale jednocześnie przygotowali miejsce, aby zatrzasnąć nad nimi kajdany. Na dłuższą metę również nie wyjdzie to obdarowanym na zdrowie.

Reklama
Reklama

Po pierwsze konsekwencje

Zabawmy się w mały eksperyment polegający na tym, że całą uwagę skupimy na końcowych skutkach dwudziestu lat walki o władzę, jaką toczyły i toczą Platforma Obywatelska (obecnie przechrzczona na Koalicję Obywatelską) oraz Prawo i Sprawiedliwość. Choć, chcąc być ścisłym, należałoby napisać: zmagań, które prowadzą Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Wszak obie wymienione partie są stronnictwami wodzowskimi, zarządzanymi w sposób niemający wiele wspólnego z demokracją.

Przeczytaj także: Oświadczenie majątkowe Morawieckiego. Nieruchomości, oszczędności i miliony z banku

Zatem zostawmy na boku tysiące razy opisywane zmagania. Dla odmiany przyglądajmy się ich efektom. Te bowiem zaczną coraz mocniej odczuwać zwykli ludzie, czyli tacy, którzy nie są bardzo bogaci, sławni lub nie korzystają z przywilejów związanych ze sprawowaniem władzy. Wspomniane atuty ułatwiają skuteczną obronę lub ucieczkę, gdy wejdzie się na kurs kolizyjny z państwem. Ale wejść na niego może każdy, jeśli ma w życiu pecha lub jest nazbyt wyrywny.

Przez ostatnie dwa stulecia na tę okoliczność w krajach demokratycznych wykształcono pakiet zabezpieczeń. Daje on zwykłemu, uczciwemu obywatelowi szansę, że nie będzie przez aparat państwa brutalnie rozjechany, tak iż na końcu pozostanie z niego krwawa miazga.

Reklama
Reklama

Pierwszym, najbardziej oczywistym zabezpieczeniem są niezawisłe i sprawnie działające sądy. Gdy te ich cechy stają się bytem teoretycznym, wówczas pojawiają się odczuwalne konsekwencje.

Przeczytaj także: Czy Tusk wydał werdykt przed śledztwem? „Premier nie może podważać wiarygodności świadka”

Weźmy przykład pierwszy z brzegu. Ministerstwo Finansów, obserwujące z rosnącą paniką rozmiary dziury budżetowej, nakazało pracownikom Krajowej Administracji Skarbowej, aby ruszyli na łowy, wlepiając zwykłym obywatelom wielotysięczne mandaty za wszelkie nieprawidłowości. Na początek oberwały pizzerie, fryzjerzy i kosmetyczki, ale już żaden przedsiębiorca nie czuje się bezpieczny. Kolejne doniesienia mediów mówią, iż pracownicy KAS, poddani presji przełożonych, urządzają zasadzki, chcąc sprowokować delikt prawny stanowiący podstawę do nałożenia surowej kary.

Reklama
Reklama

Gdyby w III RP egzystowały niezawisłe i szybko orzekające sądy, wówczas zaatakowani przez państwo uczciwi obywatele na końcu procedury odwoławczej uzyskiwaliby wyroki adekwatne do skali nadużywania swych uprawnień przez KAS. Suma szybko uzyskanych, prawomocnych wyroków skutecznie przekonałaby ministra finansów, że opłaca mu się traktować uczciwych obywateli z szacunkiem. Jednocześnie zmotywowałaby go do szukania takich sposobów walki z deficytem budżetowym, które nie łamią prawa i nie przerzucają największych kosztów na barki uczciwych obywateli.

Jednak obecnie w Polsce, gdyby pechowy restaurator z Gdańska, który po zasadzce urzędniczek KAS zapłacił za pizzę z krewetkami 2,5 tys. zł kary, poszedł z tą sprawą do sądu, to po pierwsze czekałby na prawomocny wyrok od dwóch do czterech lat. Acz na polskie warunki i tak jest to znakomity wynik, bo wojewódzkie sądy administracyjne i NSA jakimś cudem działają jeszcze w miarę sprawnie.

Po tych czterech latach pechowy restaurator mógłby się dowiedzieć, że wprawdzie wygrał z państwem, lecz w jego sprawie orzekał neosędzia. Zatem KAS niekoniecznie musi uznać wyrok za obowiązujący. Poza tym, dzięki pomysłom Zbigniewa Ziobry, które twórczo udoskonala Waldemar Żurek, minister sprawiedliwości nadał sobie de facto możność swobodnego przenoszenia zbyt niezależnych sędziów od sądu do sądu, tak by nie orzekali o niczym ważnym. Zatem nic nie przeszkadza w tym, żeby sprawy ważne oddawać tym sędziom, którzy potrafią orzekać tak, aby minister sprawiedliwości ich polubił, a nawet pokochał i chciał się odwdzięczyć.

Przeczytaj także: Ktoś chciał otruć Nawrockiego? Jest ruch śledczych

Reklama
Reklama

Zatem, bawiąc się dalej w hipotetyczną opowieść, zniknęła przeszkoda, by w III RP minister finansów za pośrednictwem KAS ściągnął haracz ze wszystkich pizzerii w kraju, a minister sprawiedliwości zadbał, by ich właściciele nigdy nie doczekali się sprawiedliwego wyroku. Dzięki temu rząd nie musi prowadzić debaty publicznej o konieczności podniesienia podatków w imię ratowania budżetu państwa ani też robić tego drogą legalnych, jawnych działań. Przecież o wiele łatwiej rozszerzyć procedurę ściągania haraczy na wszystkie branże.

Ba! Przy odrobinie wyobraźni można zrobić coś o wiele bardziej finezyjnego. W roku 2025 urzędy skarbowe wypłaciły Polakom aż 22,5 mld zł zwrotu nadpłaconego podatku dochodowego, bo tak nakazuje ustawa. No ale co zrobiliby zwykli obywatele, gdyby zwrotu nie dostali, bo tak chciał minister finansów, a rząd wydał stosowne rozporządzenie? Oczywiście mogliby oddać sprawę do sądu. I tu koło się zamyka.

Sposób na wyrywnych

Kiedy państwo zaczyna być zbyt niesprawiedliwe i opresyjne oraz bawi się w ściąganie haraczy z pizzerii, uczciwi obywatele robią się nerwowi. Zaczynają protestować, organizować się, stawiać opór. Należy wówczas zaserwować im kurację zniechęcającą. W realiach III RP najlepszym do tego narzędziem byłby areszt tymczasowy.

Reklama
Reklama

Według danych przytoczonych w marcu 2026 r. przez dziennik „Rzeczpospolita” 90 proc. wniosków prokuratorów, składanych do sądów o ten środek zapobiegawczy, zostało rozpatrzonych w ubiegłym roku pozytywnie. Dane Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, acz za wcześniejszy okres, mówią, że w przypadku wniosków o przedłużenie aresztu wskaźnik ten był jeszcze wyższy i wynosił aż 95 proc. Z dostępnych statystyk wynika, iż ostatnimi czasy areszt tymczasowy, trwający dłużej niż 2 lata, zastosowano wobec ponad 120 osób. Ustanowiony rekord przebywania w nim bez prawomocnego wyroku to 12 lat.

Przeczytaj także: Spór na Kongresie Zero. Prof. Matczak: Lewica niszczy moralność

Najlepsze z tego jest to, że aby wylądować w areszcie tymczasowym, wcale nie trzeba być: mordercą, gwałcicielem, szefem organizacji mafijnej czy naciągaczem, który namówił 30 tys. ludzi na zainwestowanie w kryptowaluty. Polski areszt tymczasowy to instytucja prorównościowa. Wystarczy mieć pecha, że jest się o coś podejrzanym i prokurator postanowił domagać się jego zastosowania.

Wróćmy więc do hipnotycznej opowieści o miłośnikach pizzy, którym zachciało się protestować przeciw ściąganiu haraczy przez KAS. Obecnie polskie państwo ma już w swym ręku narzędzia, aby zaserwować im kurację zniechęcającą. Przecież prokurator generalny może nakazać, aby prokuratorzy złożyli wnioski o umieszczenie ich w areszcie tymczasowym. Po czym minister sprawiedliwości ma narzędzia do tego, by zadbać, iż sędziowie dobili do 99,9 proc. zgód.

Reklama
Reklama

Kolejny etap to danie delikwentowi możliwości zapoznania się z urokami zamknięcia w towarzystwie pluskiew oraz kryminalistów. Jeśli rozsądek nie wróci mu po 30 dniach, wówczas da się przedłużać areszt aż do skutku. Oczywiście obywatel, za pośrednictwem swego adwokata, może odwołać się od decyzji sądu do sądu. I tu koło się zamyka.

Zawsze mamy wybór

Pomimo likwidacji pakietu zabezpieczającego prawa zwykłych obywateli, nadal jeszcze egzystuje kluczowa gwarancja w postaci wolnych wyborów. Areszty śledcze, zwane popularnie „wydobywczymi”, mają przecież ograniczoną pojemność, a aparat państwowy III RP jest nieruchawy. Tymczasem średnio co cztery lata zwykli miłośnicy pizzy mogą udać się do urn wyborczych i wyrazić swe niezadowolenie. Jak pokazuje przykład Węgier, niezadowolenie to może okazać się nawet tak wielkie, iż z dnia na dzień potężny obóz polityczny nagle znika.

Jednak w Polsce następuje sukcesywny demontaż i tego zabezpieczenia. Podważana jest wiarygodność nadzorującej proces głosowania oraz liczenia głosów Państwowej Komisji Wyborczej. Orzekający o ważności wyborów Sąd Najwyższy od dawna znajduje się w stanie rozpirzu. Być może głos decydujący, czy wybory są ważne, ma Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, a być może nie. Podobnie trudno do końca rozstrzygnąć, ile jest już sędziowskich frakcji w tymże sądzie i z którymi partiami czują się one związane. Jedynie na pewno wiadomo, iż walczą one ze sobą na śmierć i życie.

Jednocześnie, jeśli jakiegoś zagranicznego sponsora najdzie chęć, aby dofinansować konkretną partię w Polsce, zrobi to bez większego trudu. Wprawdzie wbrew polskiemu prawu, lecz za to sprawnie i szybko. Wystarczy przekazać 50 czy 100 mln zł legalnie działającej fundacji, a ta weźmie na siebie kampanię wyborczą preferowanego stronnictwa.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Była szarą eminencją PiS. Wyrzucili ją, bo nie płaciła 5 zł miesięcznie

Po zebraniu wszystkich tych czynników razem daje się zauważyć, iż znalezienie pretekstu do podważenia wyników wyborów w Polsce staje się coraz łatwiejsze. Rządzący mogą ich nie uznać, a nawet uprawomocnić to ustawą lub uchwałą. Oczywiście zwykli obywatele zawsze mogą apelować do Sądu Najwyższego. I tu koło się zamyka.

Konstytucja, konstytucja, konstytucja

Ostatnim ogniwem zabezpieczeń dla zwykłych obywateli przed nieuczciwie zachowującym się rządem pozostaje w III RP Konstytucja. Jeśli jakiś Polak przegrał walkę o swe prawa w sądach, może jeszcze wnieść skargę do Trybunału Konstytucyjnego, domagając się, by ten określił, czy prawa lub wolności obywatela, gwarantowane mu przez ustawę zasadniczą, zostały naruszone.

Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację, że zirytowani miłośnicy pizzy chcieli przy urnach wyborczych ukarać rząd, ale ten uznał, że zagłosowali niewłaściwie i jemu pasuje zupełnie inny wynik wyborów. Jednocześnie kuracje zniechęcające w aresztach tymczasowych przestały przynosić pożądane efekty. Dlatego parlamentarna większość z bólem serca uchwaliła ustawę o tymczasowych obozach odosobnienia, zlokalizowanych na stadionach piłkarskich. Zwykłych obywateli można w nich umieszczać decyzją administracyjną na czas nieokreślony. Po czym prezydent podpisuje ustawę.

Reklama
Reklama

Skierowani decyzjami administracyjnymi na stadiony obywatele wnoszą zażalenia do sądu. Te orzekają tak, aby minister sprawiedliwości kochał sędziów jeszcze mocniej. Wówczas zwykli obywatele składają skargę do Trybunału Konstytucyjnego. Ten orzeka, że nastąpiło ewidentne złamanie Konstytucji.

I cóż z tego? Po latach wysiłków Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska orzeczenia Trybunału mogą oczekiwać na publikację w Dzienniku Ustaw do końca świata, a nawet jeden dzień dłużej. Zatem w praktyce nie obowiązują. Cała administracja państwa może je lekceważyć, a Trybunał sobie orzekać. I tu ostatecznie następuje zamknięcie koła tej opowieści.

Finałem dwudziestoletnich zmagań PO z PiS jest to, że jeśli jedna partia zdobędzie parlamentarną większość i jej przedstawiciel zostanie prezydentem, wówczas każda przyjęta ustawa ma wagę konstytucyjną. Może bowiem łamać wszelkie zapisy Konstytucji III RP, a i tak jest obowiązująca i ważniejsza.

Reklama
Reklama

Czyli jeśli tą partią będzie kierował wódz, zdolny kontrolować też pałac prezydencki, wówczas posiądzie możność stanowienia w Polsce praw, jakie mu się tylko spodobają. Jedynymi poważnymi ograniczeniami jego władzy staną się: opór społeczny, wierność partii i resortów siłowych oraz zakres własnej wyobraźni.

Układ sił, który mamy obecnie w Polsce, oraz prawa biologii sprawiają, że ani Jarosław Kaczyński, ani Donald Tusk nie zostaną beneficjentami tego stanu rzeczy. Spuścizną, jaką pozostawią po sobie, będą więc wspominane na początku „buty” w postaci lat pięknego rozwoju ekonomicznego i mnożenia kolejnych zabezpieczeń socjalnych dla zwykłych obywateli. W parze z tym nastąpiła jednak likwidacja wszelkich demokratycznych zabezpieczeń, uniemożliwiających zakucie zwykłych obywateli w kajdany. Z oferowanych tym możliwości może skorzystać za kilka lat zupełnie ktoś inny. I wówczas pewnie nawet nie okaże swym dobroczyńcom za to należnej wdzięczności.

Źródło: Zero.pl
Andrzej Krajewski
Andrzej KrajewskiPublicysta, historyk, autor książek „Ropa. Krew cywilizacji” i „Rzeczpospolita kryzysowa”