Reklama
Reklama
Reklama

Tak wykuwał się piłkarski diament. Messi kończy 39 lat

Wielki, największy, najwspanialszy. Coraz mniej tych, którzy kwestionują, że Leo Messi to najwybitniejszy piłkarz wszech czasów. Mało kto jednak wie, jak niewiele brakowało, by argentyński diament utknął na zawsze w dalekim Rosario.

Leo Messi kończy dziś 39 lat
(fot. Marcelo Endelli / Getty Images)
  • Niewiele brakowało, a Messi... w ogóle nie grałby w piłkę. Choć czarował już jako dziecko, kuracja hormonalna okazała się za droga dla jego rodziny.
  • W Barcelonie poznali się na jego talencie, docenili, ale klub był w tak złej sytuacji finansowej, że długo zwlekano z wzięciem Argentyńczyka pod swoje skrzydła.
  • Gdy w końcu to zrobiono, Messi zaczął bić kolejne rekordy. W wieku 16 lat zadebiutował w dorosłej drużynie. Trzy lata później strzelił jednego z najpiękniejszych i najbardziej ikonicznych goli w historii futbolu.

Javier Paredes. „Mogłem go od razu sfaulować, ale to nie był najlepszy pomysł, bo dostałbym żółtą kartkę. Wtedy nie mogłem przecież przypuszczać, że zrobi to, co zrobił”.

Nacho Perez. „Chcę od razu sprostować, że piłka dotknęła obu moich nóg. Tak, założył mi siatkę, ale nie była tak efektowna jak te, którymi raczył nas później”.

David Belenguer. „Nasz trener, Bernd Schuster, powiedział po meczu, że powinniśmy go powalić na ziemię. Z perspektywy czasu to dość oczywisty wniosek, ale wtedy wierzyliśmy, że jakoś uda nam się go zatrzymać.”

Reklama
Reklama

Alexis Ruano.

Luis Garcia.

David Cortes: „Myślałem, że strzeli po ziemi, więc rzuciłem się, żeby go zablokować. Trudno jest być >tym ostatnim< w takiej akcji...”

Trzynaście sekund, trzynaście magicznych dotknięć piłki i sześciu piłkarzy Getafe, którzy próbowali wyprowadzić go z transu. W normalnych okolicznościach, w przypadku 19-letniego piłkarza, mówilibyśmy, że „przedstawił się światu”. Ale Messiego wszyscy już znali. On tylko upewnił się, że nikt nigdy o nim nie zapomni.

Reklama
Reklama

Narodziny wielkich gwiazd zdają się być albo mitologią wypchane, albo przynajmniej delikatnie ubarwione. Mały Magnus Karlsen, wielki szachowy mistrz, ledwo pojął sztukę czytania, a hobbystycznie uczył się liczby ludności norweskich gmin – tak przynajmniej twierdzą jego rodzice. Czteroletni Lionel Messi, jeśli wierzyć Salvadorowi Aparicio, przy drugim kontakcie z piłką przedryblował boisko pełne starszych chłopców.

Ernesto Vecchio, pierwszy trener Argentyńczyka, wspomina inne wydarzenie: „Dostał piłkę we własnym polu karnym, minął wszystkich, również bramkarza rywali, który przy próbie interwencji doznał kontuzji. Messi, zamiast strzelić na pustą bramkę, zatrzymał się i poprosił sędziego, by wezwał kogoś do pomocy”.

Mundial 2026. Donald Trump będzie na finale MŚ. Ogłoszenie FIFA

Reklama
Reklama

Sporo tego było w życiu młodej perły: schorowany wchodził z ławki, by „uratować mecz”, strzelał gola, zaliczał piękną asystę, a jego zespół wygrywał w dramatycznych okolicznościach. Gdy miał dziesięć lat, Newell’s Old Boys zapraszali go do występów w przerwach meczów: wchodził na środek boiska i robił sztuczki, a publiczność była przekonana, że zabawia ich karzeł z cyrku, bo przecież tak malutki chłopiec nie miał prawa umieć tylu rzeczy.

Innym razem, zainspirowany przygodami Tsubasy z Nankatsu, kopnął piłkę tak mocno, że leciała nad boiskiem kilkadziesiąt minut, trzykrotnie okrążając kulę ziemską.

No dobrze, to ostatnie się nie wydarzyło, ale czy naprawdę nie mogło? Mówimy przecież o Messim. Utalentowanym chłopcu, który wyrósł na genialnego piłkarza. Tu nie trzeba nikomu wierzyć na słowo: cały świat zachwyca się nim przecież od kilkunastu lat.

Kosztowna terapia

„Karzeł”, „Pchełka”, „Mały” – różnie na niego wołali, w nieszczególnie kreatywny sposób odnosząc się do kruchej postury Messiego.

Reklama
Reklama

Sprawa w pewnym momencie zaczęła budzić niepokój najbliższych. Wyraźnie niższy od swoich braci, 9-letni Lionel, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, udał się na konsultację do Diego Schwarsteina, cenionego argentyńskiego endokrynologa. – Cierpiał na karłowatość przysadkową. Częściową, nie całkowitą, dzięki czemu mogliśmy niedługo później rozpocząć kurację – tłumaczył lekarz, który szybko stał się jedną z najbliższych młodemu bohaterowi osób.

W styczniu 1998 roku Messi przyjął pierwszy zastrzyk. Od tego czasu wszędzie nosił ze sobą niebieskie pudełeczko: nakłuwał się sam, raz w jedno udo, raz w drugie. – To było jak mycie zębów – mówił po latach. – Na początku ludzie się trochę dziwili, pytali co robię, ale potem wszyscy do tego przywykli. Nie miałem z tym żadnego problemu. Wiedziałem, że to dla mojego dobra i starałem się być w tej kwestii odpowiedzialny.

Jorge Messi zarabiał w fabryce stali 1700 dolarów miesięcznie. Terapia syna kosztowała ok. 1000 dolarów. Przez pierwsze dwa lata kosztami „dzielił się” z argentyńską opieką społeczną i firmą Acindar, w której pracował. Potem tak różowo już nie było. – Gdy kraj nawiedził kryzys, mając czwórkę dzieci, jako jedyny żywiciel rodziny nie mogłem radzić sobie z tym sam. Poprosiłem o pomoc klub, ale prezes Almiron przekazywał nam tylko jakieś skrawki obiecanych kwot – narzekał ojciec Argentyńczyka.

Postawa Newell’s Old Boys w tej sprawie do dziś budzi pewne kontrowersje. Sergio Almiron, ówczesny prezes, później dyrektor sportowy, wielokrotnie tłumaczył, że choć klub nie był w stanie pokrywać w pełni kosztów leczenia, co miesiąc przekazywał matce Messiego pewną sumę pieniędzy. Na dowód pokazywał nawet jakieś papierki, pokwitowania, ale część z nich – przekonują ci, którzy je widzieli – sprawiała wrażenie świeżo wypisanych. 

Reklama
Reklama

Pomimo tego, wtóruje mu też Carlos Morales, jeden z byłych trenerów Lionela. – W pewnym momencie chłopiec po prostu zniknął na trzy tygodnie. Rodzina mówiła, że ma zapalenie płuc, a w rzeczywistości poleciał z ojcem do Hiszpanii, by spróbować swojego szczęścia w Barcelonie. W grę wchodziły wielkie pieniądze, a oni, zamiast podziękować za wkład klubu w rozwój kariery, woleli nas oczerniać.

Co najmniej 500 goli

Choć z Rosario wyjechał przed czternastymi urodzinami i nigdy nie wrócił, tam też Messi zdążył zbudować swoją legendę. „La Maquina del ’87” – zespół, którego był liderem odkąd skończył osiem lat, zdominował lokalny „baby football” (mecze siedmiu na siedmiu, na mniejszym boisku, dla dzieci do 11. roku życia), przez trzy sezony nie przegrywając żadnego meczu. Co potem? Gdy chłopcy skończyli 11 lat, pokonywali rywali również na dużym boisku. A właściwie: niszczyli ich, osiągając przewagę 10, 12, a nawet i 15 goli. – Był moment, gdy niektórzy rywale kończyli mecz przy wyniku 0:6. Tylko tak mogli powstrzymać krwawienie – wspominają członkowie tamtego składu.

– Czy to prawda, że Messi zdobył w ciągu pięciu lat około 500 goli? – Richard Fitzpatrick, dziennikarz „Bleacher Report”, zapytał jednego z trenerów tamtego rocznika. – Co najmniej tyle – usłyszał. – Bardzo chciał strzelać. Gdy wygrywaliśmy 7:0, a on nie trafił ani razu, schodził z boiska wściekły. Wściekał się też, gdy nie dostawał piłki. Chciał ją mieć cały czas. Taki miał temperament, taką osobowość.

– Ale tylko podczas gry w piłkę – dodał Schwarzstein. – Na co dzień był introwertykiem. Spokojnym, cichym chłopcem, nie najlepiej radzącym sobie w szkole. Myślał tylko o graniu. Do dziś taki jest.

Reklama
Reklama

Szczęśliwa serwetka

W Barcelonie nie czekał na niego czerwony dywan. Władze klubu nie obsypywały go płatkami róż.

Josep Maria Minguella odgrywał w gabinetach przy Camp Nou dość niejasną rolę. Był trochę tłumaczem, trochę trenerem, trochę skautem, który miał w przeszłości wiele dobrych pomysłów (Romario, Maradona, Stoiczkow), ale też sporo złych. Gdy zadzwonił do Carlesa Rexacha, będącego wówczas doradcą zarządu, nie powalił go na kolana opowieścią o utalentowanym 12-latku z problemami zdrowotnymi. Wręcz przeciwnie: szansę wręcz wybłagał, deklarując nawet zakup biletów lotniczych dla młodego Argentyńczyka. Chciał tylko, by ktoś na niego zerknął.

Szymon Marciniak na mundialu. Polski sędzia poprowadzi najważniejszy mecz w grupie

Zorganizowano sparing, w którym – poza Messim – grał m.in. Gerard Pique. Messi oczywiście zachwycił, strzelił sześć goli, obijał słupki, poprzeczki i gnębił rówieśników. „Chryste, kto to jest?!” – pytał Rexach, a Minguella tylko uśmiechał się pod nosem. Zwietrzył interes. Reszta wydawała się formalnością.

Reklama
Reklama

Dziś zapewne by nią była. Wtedy jednak – niekoniecznie. Mówimy o klubie, który dla śmiesznych oszczędności niedługo później „oddawał” do Anglii Pique czy Cesca Fabregasa. Nie było długofalowej strategii, myślenia o sukcesie za pięć czy dziesięć lat. Liczyło się „tu i teraz”, tym bardziej, że Barcelonie nie szło, a dyrektorskie stołki parzyły niczym piasek na pustyni. Młody człowiek, który do Hiszpanii musiał przylecieć z całą rodziną, w którego terapię hormonalną trzeba byłoby zainwestować trochę pieniędzy, jakkolwiek utalentowany, nie był postrzegany w kategoriach „łakomego kąska”. Jeśli (!) wypali, zakładano, to na efekty trzeba będzie poczekać co najmniej osiem lat. Czy nie zachłyśnie się miastem, Europą? Czy po terapii nie będzie podatny na kontuzje? Czy nie będzie sprawiał problemów, jak wielu temperamentnych południowców? Czy okaże dostateczną wdzięczność?

Dwa tygodnie treningów, testy psychologiczne, a potem... czekanie. Wizyta Jorge i Lionela Messich w Barcelonie niebezpiecznie się przedłużała, co rozzłościło krewkiego seniora. Wieść niesie, że pewnego razu wpadł do jednego z lokali przy stadionie, zaczepił pijących piwo Rexacha i Minguellę, domagając się – pod groźbą natychmiastowego powrotu do Argentyny – szybkiego spisania jakiejkolwiek umowy. Rexach zaryzykował własną reputację, wziął na siebie trudną rozmowę z Joanem Gaspartem, zainteresowanie Messim pieczętując na... serwetce, sprzedanej zresztą niedawno za prawie milion euro. 

Piłkarski ojciec

Barcelona. Dom futbolu. Najbardziej utalentowane dzieciaki świata, a wśród nich 13-letni Lionel. Był od wszystkich sporo niższy, ale na boisku przewyższał ich pod każdym względem.

Reklama
Reklama

Początkowo myśleli, że jest… niemy. Stąd ksywka (El Mudo) – pierwsza z wielu, jakich doczekał się w Hiszpanii. Przemawiał jednak na boisku. I to jak! Katalońscy działacze – ci sami, którzy kręcili nosem, gdy zobaczyli go po raz pierwszy – zaczęli całkiem poważnie obawiać się, że… ktoś im go podkupi.

Bił kolejne rekordy. Na boisku dostawał, co zrozumiałe, więcej swobody niż inni. W Argentynie brał piłkę, mijał kilku rywali i strzelał gola za golem. Trenerzy w La Masii pierwotnie chcieli go jakoś okiełznać, zmusić do gry na jeden, maksymalnie dwa kontakty. Ale gdy widzieli co wyczynia z piłką, tylko uśmiechali się pod nosem.

MŚ 2026: Erling Haaland i Norwegia w fazie pucharowej. Statystyki, rekordy i rywalizacja o Złotą Piłkę

Reklama
Reklama

W sezonie 2003/2004, już jako 16-latek, Messi dokonał rzeczy bezprecedensowej: zagrał w pięciu (!) różnych kategoriach wiekowych (od Juvenil B, przez Juvenil A, Barcelonę C, aż po Barcelonę B), strzelając bramki w każdej z nich. Kwestią czasu było, gdy trafi do pierwszej drużyny.

Szansę dał mu Frank Rijkaard: najpierw pozwolił zadebiutować w meczu towarzyskim (z FC Porto prowadzonym przez… Jose Mourinho), potem zaprosił na treningi pierwszego zespołu. Rolę „ojca” wziął jednak na siebie ktoś inny.

Messi, speszony i zawstydzony, pokornie usiadł gdzieś w kącie, nie chcąc rzucać się w oczy. Wtedy miał podejść do niego Ronaldinho: formalny i nieformalny lider drużyny, piłkarski wirtuoz, który przywrócił katalońskiemu klubowi dawny blask. Chwycił go za ramię, przeprowadził przez całą szatnię i usadził przy „stoliku brazylijskim”, grupie trzymającej władzę, wraz z Thiago Mottą, Deco i Sylvinho. Wysłał jasny sygnał do reszty drużyny: „chłopak jest nietykalny, to mój młodszy brat”.

Ronaldinho wziął Messiego pod swoje skrzydła (fot. Ian MacNicol / Getty Images)

Reklama
Reklama

Nie czuł zazdrości, nie walczył o względy z młodym geniuszem. Wręcz przeciwnie – podczas jednego ze spotkań z koszykarzem Kobe’em Bryantem, Brazylijczyk wskazał na Messiego i powiedział: „Kobe, spójrz na niego. Wy myślicie, że ja jestem wielki? Ten dzieciak będzie najlepszym piłkarzem w historii”.

Potwór

Świat zaczął to rozumieć w sierpniu 2005 roku podczas przedsezonowego meczu o Puchar Gampera. Barcelona mierzyła się z Juventusem. Na ławce turyńczyków siedział genialny strateg, Fabio Capello. Przez 90 minut 18-letni Messi, z przydługimi włosami i numerem 30 na plecach, bawił się na boisku, tańczył z piłką, bezlitośnie ośmieszając czołowych piłkarzy świata: Patricka Vieirę, Fabio Cannavaro i Liliana Thurama.

– Po dwudziestu minutach podszedłem do Franka Rijkaarda na ławce – wspominał później Capello. – Wiedziałem, że Barcelona ma problem z limitem obcokrajowców i Messi nie może grać w lidze. Powiedziałem: „Frank, i tak nie możesz go wystawić. Pożycz mi go na rok do Juventusu, w Turynie zrobimy z niego potwora”. Rijkaard tylko się uśmiechnął i odpowiedział: „Nie ma mowy, Fabio. Za parę miesięcy sprawa z paszportem będzie załatwiona. On zostaje z nami”. Całe Camp Nou żegnało schodzącego Messiego owacją na stojąco.

Jeszcze głośniejszą owację usłyszał kilka miesięcy później. Że opowieści o „ojcowskim” podejściu Ronaldinho do Argentyńczyka nie są tylko niewinnymi opowiastkami na potrzeby kolejnych hagiografii, kibice przekonali się podczas słynnego dziś meczu z Albacete.

Reklama
Reklama

Messi wszedł z ławki, Ronaldinho posłał mu genialne, miękkie podanie nad obrońcami, a Leo ze stoickim spokojem przelobował bramkarza. Sędzia liniowy popełnił jednak błąd i uniósł chorągiewkę – spalony, gol nieuznany. Młody Argentyńczyk nawet się nie skrzywił. Minutę później sytuacja się powtórzyła: Ronaldinho znów podciął piłkę w ten sam sposób, Messi znów znalazł się przed bramkarzem i… uderzył identycznym, bezczelnym lobem. Tym razem sędzia gola uznał.

Mundial 2026. Rekord strzelców MŚ należy do Leo Messiego

Status absolutnej megagwiazdy i nowego króla futbolu Messi przypieczętował ostatecznie 10 marca 2007 roku. To było El Clasico na Camp Nou. Barcelona, targana kryzysami, grała w dziesiątkę po czerwonej kartce dla Oleguera i trzykrotnie przegrywała z potężnym Realem Madryt. I trzykrotnie to niespełna dwudziestoletni Messi doprowadzał do wyrównania. Trzeciego gola, kompletującego hat-tricka, strzelił w 91. minucie, mijając obrońców Królewskich jak tyczki i uderzając nie do obrony obok Ikera Casillasa. Nazajutrz w hiszpańskich dziennikach próżno było szukać asekuracyjnych bzdur o „talencie” czy „nadziei”. Messiego obwołano geniuszem.

Reklama
Reklama

Jeśli ktoś wątpił, jeśli ktoś na bezczelne tańce nad piłką się nie nabierał, 18 kwietnia 2007 roku musiał wątpić przestać. Gol z Getafe był dziełem sztuki. Cała akcja trwała zaledwie 12 sekund, w trakcie których Argentyńczyk przebiegł z piłką 55 metrów, minął sześciu rywali, kopiując niemal jeden do jednego to, co słynny Maradona zrobił w 1986 roku przeciwko Anglii. A przecież był jeszcze nastolatkiem…

O tym, co działo się potem, co dzieje się do dziś, będzie jeszcze okazja napisać. Messi przecież nigdzie się nie wybiera. A przynajmniej: nic na to nie wskazuje.

Źródło: Zero.pl
Mr. Y
Mr. YDziennikarz Zero.pl
Reklama
Reklama