Reklama
Reklama
Reklama

Szczęsny o kulisach transferu do Barcelony. „Bałem się, że się wygłupię”

– Byłem przekonany, że jadę do Barcelony tylko po to, żeby się wygłupić – przyznał Wojciech Szczęsny w rozmowie na Kanale Zero z Krzysztofem Stanowskim. Polski bramkarz opowiedział o kulisach powrotu do futbolu, rozmowie z Hansim Flickiem i życiu po zakończeniu kariery, którego zdążył już posmakować.

Krzysztof Stanowski i Wojciech Szczęsny
Krzysztof Stanowski i Wojciech Szczęsny (fot. Kanał Zero)

Krzysztof Stanowski: Patrząc na ciebie, mam wrażenie, że nie tyle jesteś zaskoczony tym, co się wydarzyło, ile po prostu świetnie się bawisz. Jakbyś przeżywał swój przedłużony, niekończący się benefis.

Wojciech Szczęsny: Trochę tak jest. Kiedy zdecydowałem się wrócić do piłki, uznałem, że skoro trafiła się taka okazja, to warto z niej skorzystać. Byłem jednak przekonany, że będzie to tylko do końca sezonu.

Postanowiłem zrobić to na własnych zasadach. Nie z przekory ani w ramach buntu, tylko po prostu cieszyć się czasem, który los dał mi w Barcelonie. I rzeczywiście tak się stało. Mniej kontroluję to, co mówię, robię, jem czy piję. Nie mam na myśli alkoholu, raczej napoje gazowane. W pewnym momencie zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie przesadzam, czy nie oddalam się za bardzo od standardów profesjonalnego sportu. Porozmawiałem o tym z Hansim Flickiem. Odpowiedział mi: „Na boisku wszystko mi odpowiada. Dopóki tam wszystko się zgadza, rób, co chcesz”.

Czyli w Barcelonie nikomu nie przeszkadza, że czasami zachowujesz się tak, jakbyś przeżywał wielką przygodę – trochę jak kibic, którego wylosowano z trybun?

Reklama
Reklama

Nikt ani razu nie zwrócił mi uwagi. Wręcz przeciwnie. Kiedy sam zapytałem, czy nie przesadzam, usłyszałem, że jeśli na treningach i meczach wszystko wygląda dobrze, nie muszę się do niczego zmuszać.

Powiedziałeś, że oferta Barcelony była na tyle kusząca, że postanowiłeś zaryzykować. Chciałbym doprecyzować: dlaczego? Przecież grałeś już w największych klubach świata. Czym Barcelona różni się od Juventusu, że nagle zmieniłeś wcześniejsze plany? Jeszcze niedawno mówiłeś: „teraz tylko rodzina, dzieci”, a nagle wszystko odłożyłeś na bok.

Mógłbym zadać ci dokładnie to samo pytanie. Dlaczego kibicujesz Barcelonie, a nie Juventusowi?

U mnie odpowiedź jest prosta: Leo Messi. Ale ty do Barcelony trafiłeś kiedy jego już nie było.

Właśnie te legendy, dzięki którym kibicujesz temu klubowi, zbudowały jego renomę. To marka, której po prostu trudno odmówić. W moim przypadku odpowiedź jest więc bardzo podobna.

Był jeszcze drugi powód. Mieszkaliśmy już wtedy z rodziną w Hiszpanii. Przeprowadziliśmy się do Marbelli, bo chcieliśmy żyć nad morzem. Dzięki temu mojej żonie znacznie łatwiej było zaakceptować taki pomysł.

Reklama
Reklama

Po odejściu z Juventusu wiedziałem, że za rok zakończę karierę. Taki był plan – dokończyć kontrakt i skończyć z piłką. Gdy jednak rozwiązaliśmy umowę wcześniej, a dodatkowo urodziło nam się drugie dziecko, uznaliśmy, że nie chcemy znowu wszystkiego wywracać do góry nogami. Przeprowadzka do kolejnego kraju, nowy klub, nowa szkoła dla dziecka, nowi znajomi – nie miało to większego sensu. W Marbelli mieliśmy już poukładane życie. Nie ukrywam też, że finansowo na rozwiązaniu kontraktu z Juventusem nie straciłem.

Dla naszej rodziny Barcelona była znacznie łatwiejszym rozwiązaniem niż przeprowadzka do jakiegokolwiek innego klubu. A dla mnie była też wyzwaniem, którego chyba nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie podjął. Mimo że bardzo się go bałem.

Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że to zły ruch. Wydawało mi się, że jadę tam tylko po to, żeby się wygłupić. Ja naprawdę nie wyglądałem dobrze.

Niektórzy twierdzą, że nawet teraz nie wyglądasz najlepiej.

I mają rację. Nigdy specjalnie dobrze nie wyglądałem, ale wtedy było naprawdę źle. Wiedziałem, że muszę zrzucić kilka kilogramów. Widziałem też, jakiej gry wymaga się od bramkarzy w Barcelonie. Nie czułem się jeszcze gotowy, ale wiedziałem, że muszę to zrobić. Dzisiaj nie żałuję, bo ominęłaby mnie piękna historia.

Reklama
Reklama

Barcelona od środka czymś różni się od klubów, w których wcześniej grałeś? Były Arsenal, Roma, Juventus – to przecież ta sama światowa półka.

Pod względem organizacji wszystko wygląda bardzo podobnie. Na tym poziomie standardy są zbliżone. Jeśli już miałbym wskazać różnicę, to powiedziałbym, że Barcelona ma nawet trochę słabszy ośrodek treningowy niż moje poprzednie kluby. Natomiast jeśli chodzi o rozpoznawalność marki, to jest jednak poziom wyżej.

Trafiłeś do Barcelony właściwie z wakacji.

Z emerytury.

Emeryturę też można przeżywać na różne sposoby.

Najpierw miałem dwa miesiące wakacji, a później około półtora miesiąca normalnego życia w Marbelli. Syn chodził już do szkoły, a my z żoną zajmowaliśmy się codziennością i opieką nad dziećmi. Z życia zawodowego nagle przeszedłem do czegoś, co prowadzi większość ludzi.

Zdążyłeś tylko posmakować tej codzienności. To coś, do czego chciałbyś wrócić?

Tak. Bardzo mi się to podobało.

Nie skończysz jak Artur Boruc, który długo nie wytrzymał bez piłki?

Trudno powiedzieć. Miałem za mało czasu, żeby naprawdę to ocenić. Wakacje zawsze są przyjemne, szczególnie dla rodziny. Później zaczęliśmy układać sobie codzienne życie – szkoła, obowiązki, golf. Właśnie wtedy zacząłem całkiem dobrze grać w golfa i naprawdę mi się to spodobało.

Reklama
Reklama

To nadal były jednak trochę przedłużone wakacje. Marbella to miejsce, w którym nawet mieszkając, ma się poczucie ciągłego odpoczynku. Nie wiem jednak, jak wyglądałoby to zimą, kiedy dni są krótsze i być może zaczęłoby mi brakować adrenaliny. To dopiero przede mną. Te trzy miesiące sprawiły jednak, że na dziś nie obawiam się życia po zakończeniu kariery.

Kiedy byłeś dzieckiem, miałeś swoich idoli. Potem zrobiłeś karierę i nagle znalazłeś się w świecie, w którym ci wszyscy piłkarze stali się twoimi kolegami albo rywalami. Co najbardziej cię przez te lata zaskoczyło? Wyleczyłeś się z patrzenia na futbol przez pryzmat idoli?

Nie. Nadal ich mam. Nigdy nie przestałem być kibicem, choć dziś oglądam mniej piłki niż kiedyś. Przez całe życie kibicowałem Arsenalowi i do dziś przeżywam jego mecze jak zwykły fan, a nie były zawodnik.

Nie ma już tam piłkarzy, z którymi dzieliłem szatnię, więc obecni zawodnicy znów są dla mnie po prostu gwiazdami mojego ukochanego klubu.

Ale gdybyś ich spotkał, nie miałbyś przecież gęsiej skórki.

To nie byłoby to samo, co spotkanie z Messim. Ale piłkarz Arsenalu zawsze będzie dla mnie kimś wyjątkowym, bo jestem kibicem tego klubu. To już nie jest mój rywal. Na przykład Kai Havertz nie jest dla mnie kolegą po fachu, tylko zawodnikiem drużyny, której kibicuję.

Reklama
Reklama

Byłem przekonany, że z tego wyleczyłeś się już w momencie, gdy sam trafiłeś do Arsenalu.

Wtedy było inaczej, bo piłkarze Arsenalu byli moimi kolegami. Dziś już nikogo tam praktycznie nie znam, poza trenerem. Dlatego kibicuję im jak zwykły fan.

A jeśli pytasz, co najbardziej mnie zaskoczyło przez te wszystkie lata, to chyba właśnie to, że ten wielki piłkarski świat jest w gruncie rzeczy całkiem normalny. Dla chłopaka z warszawskiego Grochowa wszystko, co wykraczało poza Legię Warszawa czy reprezentację Polski, wydawało się światem z telewizji, czymś absolutnie nieosiągalnym.

Kiedy jednak trafiasz do tego środowiska, bardzo szybko okazuje się, że to normalne miejsce. Naturalnie stajesz się jego częścią. Nie masz poczucia, że znalazłeś się w jakimś raju czy innym świecie. Po prostu czujesz się u siebie.

Śledź z nami dzień na żywo!

Gdyby ułożyć jedenastkę wszech czasów, z iloma jej zawodnikami grałeś?

Na pewno z Gianluigim Buffonem, Cristiano Ronaldo i Thierrym Henrym.

To już całkiem pokaźna grupa.

Ja powoli zacząłbym się też kłócić o Pedriego. Może jeszcze nie teraz, ale...

Do jedenastki wszech czasów chyba jednak jeszcze daleko.

Dzisiaj tak mówimy, ale kiedy zakończy karierę, będziemy patrzeć na niego inaczej. Zawsze bardziej doceniamy piłkarzy, którzy już przestali grać. Dla mnie Pedri ma potencjał, by znaleźć się w gronie takich zawodników jak Andrés Iniesta.

Reklama
Reklama

Z Iniestą przecież nie grałeś.

Nie, ale jeśli Pedri dorzuci jeszcze jedną czy dwie Ligi Mistrzów, będziemy go oceniać zupełnie inaczej.

Wielu kibiców Barcelony pewnie szybciej wskazałoby jednak Lamine'a Yamala jako kandydata do klubowej jedenastki wszech czasów.

Tylko że Yamal na swojej pozycji ma jeszcze przed sobą bardzo długą drogę. Pedri jest kimś, kto dyktuje tempo gry, potrafi je błyskawicznie przyspieszyć albo zwolnić, świetnie pressuje i właściwie nie ma słabych stron. To kompletny piłkarz. Naprawdę robi na mnie ogromne wrażenie.

CAŁY WYWIAD Z WOJCIECHEM SZCZĘSNYM OBEJRZYSZ TUTAJ:

Reklama
Reklama