Reklama
REKLAMA
Reklama

Dwie Polski przed Trybunałem. Różaniec, „Oda do radości” i granica, której nikt nie chce przekroczyć

reportaz___tk-jedynka_1024
Dwie Polski pod Trybunałem Konstytucyjnym. (fot. Agata Grzybowska / Anadolu/ABACAPRESS.COM FOT. ABACA/NEWSPIX.PL FOT DAMIAN BURZYKOWSKI / NEWSPIX.PL /NEWSPIX.PL Kai Taller / Arena Akcji)/NEWSPIX.PL)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Przed Trybunałem Konstytucyjnym spotkały się dwa polityczne światy. Jedni krzyczeli „precz z komuną”, drudzy odpowiadali „precz z faszyzmem”. Między różańcem a „Odą do radości”, oskarżeniami o zdradę i zarzutami łamania demokracji coraz trudniej było znaleźć wspólny język. A może nawet wspólną ojczyznę.

  • Przed Trybunałem Konstytucyjnym spotkały się dwa polityczne obozy, z których każdy przekonuje, że broni państwa i demokracji, choć zupełnie inaczej diagnozuje źródła kryzysu.
  • „Nie ma wakacji od demokracji” – przekonuje uczestniczka kontrmanifestacji KOD, zarzucając politykom i ich zwolennikom podsycanie podziałów oraz wzajemnej niechęci.
  • Różaniec po jednej stronie i „Oda do radości” po drugiej stały się dźwiękowym symbolem polaryzacji. Na alei Szucha trudno było usłyszeć cokolwiek poza wzajemnymi oskarżeniami.

      Przed bramą Trybunału Konstytucyjnego mnogość namiotów, związkowców „Solidarności” ze Śląska i Pomorza stojących z biało-czerwonymi flagami, straganów, gdzie można zakupić proporczyki z wizerunkiem prezydenta Karola Nawrockiego. Są również ludzie z odblaskowymi kamizelkami z Ruchu Obrony Granic. Ci ostatni mozolą się przy broszurkach i przypinkach, prowadzą sprzedaż patriotycznych gadżetów, organizują ruch protestujących, kierują ruchem, rozstawiają barierki. 

      Starszy pan stojący przed wejściem do „miasteczka” sceptycznie na mnie patrzy. – Dokąd? – pyta. Grzecznie się przedstawiam, pokazuję legitymację prasową. W mgnieniu oku pan robi się miły, jak puszek do pudru. Poklepuje mnie po ramieniu. – Śmiało, niech pan wejdzie i rozpytuje.

      REKLAMA
      Reklama

      W środku „miasteczka” kontredansy plotek i komentarzy. Do czego jeszcze może się posunąć „ta obca władza”? Na ile jeszcze sobie pozwolą? – Ty się nie bój – mówi jeden ze związkowców. – „Rudy” dostaje polecenia prosto z Berlina i Brukseli. 

      Panuje tu kolegialna zgoda. Mówią wprost, że obecny kryzys w TK spowodowały obce siły, a Polsce grozi kolejny rozbiór. Widzę również wiele szemranych typów. W uszach dzwoni rymowanka z „Balu w operze” Tuwina: „Na ratuszu bije druga/Na tajniaka tajniak mruga”. 

      Aleję Szucha zamknięto dla ruchu samochodowego. Tłum zaś otoczono pierścieniem policji w pełnym rynsztunku – nagolenniki, białe kaski, wysokie tarcze. Przypominają postaci ze sztuk Tadeusza Kantora, które zastygły w groteskowym bezruchu, jakby ktoś wyciął je z innej epoki i ustawił na granicy dwóch porządków. W tym osobliwym teatrze władzy każdy zdaje się odgrywać swoją rolę, choć nikt nie zna zakończenia spektaklu.

      Słyszę w tłumie szemranie. – Pełno prowokatorów. Trzeba trzymać się na baczności. 

      Tusk zaskoczył z propozycją dla Nawrockiego. „Spotkanie w cztery oczy” [RELACJA]

      Oskarżenia pod adresem rządu

      Za chwilę rozpocznie się Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK zwołane przez sędzię Annę Korwin-Piotrowską. W tej sprawie panuje tutaj powszechna zgoda. Sprawy Rzeczypospolitej idą w złym kierunku. Na szali postawiono nie tylko niezależność organów sądowych, monteskiuszowską równowagę między różnych ośrodkami władzy, ale i suwerenność kraju. 

      REKLAMA
      Reklama

      – Tusk, proszę pana, to jest wysłannik z Niemiec. Dostał przecież najwyższe odznaczenia państwowe, medal Karola Wielkiego, prawda? „Rudy” musi teraz swoje odpracować. Von der Leyen mu powiedziała jasno: „Musisz to odpracować. Wysyłamy cię do Polski, żebyś załatwił nasze sprawy” – tłumaczy mi pan Robert i naciska na słowo „nasze”.

      – To jest niemiecki pachołek – krzyczy mi zza ramienia inny związkowiec. 

      Jadąc na manifestację zastanawiałem się nad dwiema rzeczami. Po pierwsze: dlaczego szef polskiego rządu zdecydował się na tak radykalne kroki w sprawie Trybunału? Przecież trybunalska heca, by tak rzec, tylko pogłębia instytucjonalna kryzys, w którym się znaleźliśmy. A po drugie: co może spowodować zakopanie wojennego topora między dwiema Polskami? 

      – Pamiętam pewne zdjęcie, które ciągle do mnie wraca. Tusk siedzi na schodach, chyba podczas wystąpienia Geremka. Był wtedy bodaj wicemarszałkiem Sejmu. Sprawiał wrażenie człowieka, który rzeczywiście ma liberalne poglądy gospodarcze. To było coś, co można było szanować. Dzisiaj mam jednak wrażenie, że pracuje przede wszystkim dla brukselskich elit – mówi mi pan Zdzisław z Trójmiasta. 

      Dwie manifestacje, dwa języki politycznego konfliktu

      Nagle pojawia się szpaler policji. Wystawiam peryskop nosa ponad tłum. Od strony Bagateli idzie kontrmanifestacja Komitetu Obrony Demokracji. Na jej czele – Mateusz Kijowski. Manifestanci trzymają tyle samo flag Polski co Unii Europejskiej. Przebijam się przez kordon funkcjonariuszy. Chcę porozmawiać. Szybko zdaje sobie sprawę, że zarówno jedna, jak i druga strona zadowala się słowami-zaklęciami. Jedni krzyczą „precz z komuną”, a drudzy „precz z faszyzmem”. 

      REKLAMA
      Reklama

      Starsza pani krzywi się na Kanał Zero. – Przecież nie rozmawia pani z Krzysztofem Stanowskim, tylko ze mną – tłumaczę. W końcu zgadza się na dialog. Pytam, co musi się stać, żeby dwie strony sporu doszły do porozumienia. 

      – Gdyby tylko Duda, Kaczyński i ten trzeci, ten „niepoliczony”, wyszli do swoich ludzi i powiedzieli im: „Kochani, koniec! Idziemy na zgodę. Nie ma dwóch sortów, nie ma gorszego sortu, nie ma zdradzieckich mord, nie ma elementów animalnych”, gdyby tak do nich przemówili, może coś by się zmieniło. Problem polega na tym, że ci ludzie wierzą przede wszystkim w to, co usłyszą od swoich przywódców. I tylko tego słuchają – tłumaczy mi pani Irena. 

      Proszę o doprecyzowanie, domyślam się, ale nie jestem pewny. – Ach! „Niepoliczony” to ten, który teraz ma się za prezydenta Polski, szanowny panie – z filuternym uśmiechem tłumaczy pani Irena. 

      Chaplin na granicy dwóch światów. Polska podzielona na polityczne plemiona

      Czuję się trochę jak w filmie „Pielgrzym”, kiedy chaplinowski włóczęga dociera w końcu do granicy amerykańsko-meksykańskiej. Staje okrakiem na międzynarodowej linii demarkacyjnej: jedną stopą tkwi jeszcze w Stanach Zjednoczonych, drugą już po meksykańskiej stronie. W swoim niepodrabialnym, nieco kaczkowatym kroku miota się niezdecydowany, jakby nawet geografia nie potrafiła rozstrzygnąć jego losu. Z jednej strony ciąży nad nim prawo, z drugiej nęcą kłopoty, a może raczej obietnica ucieczki. 

      REKLAMA
      Reklama

      Tutaj jest podobnie. Z tą różnicą, że nie ma granicy państw, ale fundamentalna różnica polityczna i mentalna między dwoma zwaśnionymi plemionami. 

      – Czasem słyszę, że potrzeba siedmiu pokoleń, żeby coś się zmieniło. Może warto też zastanowić się, ilu ludzi przyjechało do Polski po wojnie, ilu z nich miało później wpływ na politykę i kształtowanie umysłów. Są ludzie, dla których Polska nie jest wartością. Pamiętam sondaż, w którym kilkanaście procent respondentów miało powiedzieć, że Polska nie jest im potrzebna. Jak można nie potrzebować własnego państwa? – pyta mnie strapiony losami ojczyzny pan Stanisław.

      Różaniec i „Oda do radości”. Kakofonia przed Trybunałem Konstytucyjnym

      W pewnym momencie narasta trudna do wytrzymania kakofonia. Z jednej strony rozmodlony tłum, który rytmicznie, niemal hipnotycznie, przesuwa paciorki różańca, powtarzając kolejne modlitwy. Z drugiej – gwar politycznych sporów, okrzyków i wzajemnych oskarżeń. Sacrum miesza się tu z profanum, a modlitwa staje się osobliwym akompaniamentem dla ulicznego spektaklu. Na dodatek otoczeni wianuszkiem policji reprezentanci KOD-u zaczęli śpiewać „Odę do radości”. 

      – Dziennikarze również ponoszą odpowiedzialność za ten podział. Niech pan spojrzy na tytuły w portalach internetowych, na to, co ukazuje się w gazetach. Przecież człowiekowi się nóż w kieszeni otwiera. Oglądam telewizję, również Republikę, choć wytrzymuję zaledwie kilka minut. Ale czy naprawdę nie widzi pan, co się dzieje w tej stacji? Dlatego nie uważam, żeby wszyscy, którzy tam pracują, zasługiwali na miano dziennikarzy – oskarża pani Irena. 

      REKLAMA
      Reklama

      Z drugiej strony „barykady”, inna temperatura, inne oskarżenia i inne wiatry.

      – Co się dzieje wokół Trybunału Konstytucyjnego? Nazwałbym to zamachem na ustrój państwa, próbą jego zmiany. Nie trzeba tego opisywać skomplikowanym językiem. Chłopu trzeba po prostu powiedzieć, od czego jest Trybunał. Jest od kontroli ustaw, od pilnowania, czy są zgodne z konstytucją. Monteskiusz mówił o podziale władz: sądownicza nie może łączyć się z wykonawczą ani ustawodawczą. A tutaj, moim zdaniem, dochodzi właśnie do takiego połączenia – grzmi pan Damian trzymający w ręku różaniec.

      Wracam z pytaniem o TK do kodowskiego plemienia.  

      – A co do Trybunału Konstytucyjnego i piątkowych wydarzeń – nie rozumiem, po co przyjechał tutaj ten „niepoliczony” prezydent. Uważam, że pani Korwin-Piotrowska miała podstawy prawne do tego, co zrobiła. Nie zgadzam się też, że to zaognia konflikt. Przeciwnie, to jest przywracanie normalności – dzieli się swoim poglądem pani Irena.

      Wtóruje jej pani Krystyna, trzymająca transparent z napisem: „Witamy legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego”. 

      – Szczerze mówiąc, myślałam, że po wyborach w 2023 r. wreszcie będę mogła odetchnąć. Po tylu latach spędzonych na ulicznych demonstracjach powiedziałam sobie: uff, nareszcie! Teraz będę mogła spokojnie zająć się czymś innym, choćby podróżowaniem. Zaplanować wycieczki, pojechać tu i tam, odpocząć. Niestety, nie ma takiego luksusu. Nie ma wakacji od demokracji.

      REKLAMA
      Reklama

      Tego dnia nie doszło do bezpośredniej interakcji, szał obopólnej nienawiści poniżał i szlachetniejszych pozbawiał uczuć. 

      – Każdy ma prawo do własnych przekonań, ale ludzie, szanujmy się nawzajem. Tego szacunku bardzo brakuje. Kiedy ktoś nazywa naszego prezydenta „kibolem”, trudno mówić o jakimkolwiek porozumieniu – kwituje pan Damian. 

      Chaplinowski włóczęga mógł w końcu ruszyć dalej. Tutaj nikt nie zamierza ustąpić ani przekroczyć granicy. Każdy okopuje się na swoim brzegu, przekonany, że po drugiej stronie czai się nie tyle polityczny przeciwnik, ile egzystencjalny wróg. Różaniec i „Oda do radości” brzmią jak dwa hymny odległych cywilizacji. A między nimi, na alei Szucha, coraz trudniej znaleźć miejsce… 

      REKLAMA
      Reklama