Reklama
Kultura

Nie deptać Prusa! Recenzujemy kinową „Lalkę”

Wszystko zgodnie z planem. Nakręcona z rozmachem, narracyjną swadą i plejadą gwiazd w obsadzie „Lalka” Macieja Kawalskiego to stara szkoła. W tym sensie, że jeśli jesteście starzy, to chodziliście na takie filmy ze szkołą.

Michał Walkiewicz
Opinia autorstwa: Michał Walkiewicz
Dzisiaj 08:04
10 min
Marcin Dorociński (Stanisław Wokulski), Marek Kondrat (Ignacy Rzecki), Agata Kulesza (Pani Meliton) i Kamila Urzędowska (Izabela Łęcka), grafika z filmu „Lalka”, reż. Maciej Kawalski, 2026 (fot. Kino Świat / KZ / materiały prasowe )

Prawda o dziwowisku zwanym „polską superprodukcją” leży gdzieś w połowie drogi między tekturowym Rzymem z „Quo Vadis” a zatęchłą plebanią z „Kleru”. To paradoksalne zjawisko, o którego skali świadczy albo zainteresowanie szkół, albo temperatura ludowego gniewu. Budżet i marketingowa pompa są ważne, ale nie tak ważne jak nastrój poruszenia w narodzie. 

Dziś jesteśmy poruszeni jak nigdy. Dzięki pomyślnej koniunkcji gwiazd (oraz małej, zakulisowej rywalizacji) możemy spierać się nie o jedną, a o dwie adaptacje „Lalki” Bolesława Prusa. Kinowa wersja w reżyserii Macieja Kawalskiego to odpowiedź zarówno na potrzebę spektaklu, jak i na pragnienie dialogu – widowisko, jakich „już się nie robi” wywołuje dyskusję, którą niezmiennie uwielbiamy prowadzić. O kanonie lektur, obsadowej fieście, dialoguz klasykami i granicach adaptacyjnej swobody. 

Jest to wystarczający powód, by zwlec się z kanapy i zameldować w kinie. 

Wokulski za krzakiem, Łęcka w redakcji. Recenzujemy netfliksową „Lalkę”

Prus jest pod wrażeniem 

Gwiazdy błyszczą, słowa płyną, po ekranie paradują duchy zmyślonych i prawdziwych Polaków. Nawet sam Bolesław Prus przechadza się po sklepie Stanisława Wokulskiego, prosząc go o „wywiadzik” i udzielając symbolicznego błogosławieństwa scenarzystom.

Reklama
Reklama

To nieco egocentryczny gest ze strony twórców, ale łatwo go wybaczyć. Starą prawdą jest, że dobra adaptacja nie musi być wierna. A zatem wierność literze powieści staje się ważnym artystycznym wyborem, manifestacją wiary w określony typ kina. W przypadku „Lalki” jest to kino typu „cała naprzód” pod wezwaniem świętego Bolesława Prusa. I dobrze.

Kawalski oraz współscenarzyści Piotr Sobociński jr. i Łukasz Światowiec traktują Prusa z nabożnością, która w dobie ironicznych zabaw oraz ryzykownych reinterpretacji wydaje się ożywcza. Wokulski jest jednocześnie romantyczny i pragmatyczny, Łęcka zaś – cwana i zalotna. Powietrze między nimi gęstnieje od niewysłowionych uczuć, a XIX-wieczna Warszawa ugina się pod ciężarem ekonomicznych dysproporcji. 

Fabułę też odrysowano od linijki. Wokulski wraca z tureckiej wojny i rozkręca biznes, a następnie toruje sobie drogę do zblazowanej arystokratki. Subiekt Rzecki duma nad jego tragicznym losem, lekarz Szuman suszy mu głowę, naukowiec Ochocki śni o maszynie latającej, szlachcianka Wąsowska pluje sarkastycznymi komentarzami, a baron Krzeszowski zadziera nosa. Pionki rozstawione, stawka wiadoma, gra idzie o awans w społeczeństwie i o szczęście w miłości.   

Reklama
Reklama

Nawet jeśli w scenariuszu nie ma miejsca na niespodzianki, nie oznacza to wcale, że film jest brykiem z powieści. Ożywione na ekranie postaci – właśnie przez swoją koturnowość oraz bliskie związki z literackimi pierwowzorami – wydają się zaskakująco świeże na tle swoich odpowiedników z innych ekranizacji Prusa. Bez względu na to, czy mówimy o kultowej, nihilistycznej wersji Wojciecha Jerzego Hasa, realizacyjnie miernym serialu Ryszarda Bera z lat 70., czy o szeroko komentowanej, netfliksowej ekstrawagancji w reżyserii Pawła Maślony. 

Nie pomylcie „Lalki”! Ekranizacje mogą namieszać uczniom w głowach

Dorociński zbyt śliczny (i zagraniczny) na Wokulskiego?

Przed premierą narzekałem trochę na angaż Marcina Dorocińskiego do roli Wokulskiego. Przeszkadzał mi jego wdzięk amanta, niepokoiła charyzma międzynarodowej gwiazdy – warszawski kupiec powinien być tylko odrobinę przystojniejszy od diabła. A jednak bagaż hollywoodzkich doświadczeń, który miał być klątwą, okazuje się błogosławieństwem. 

Marek Kondrat (Ignacy Rzecki) w filmie „Lalka”, reż. Maciej Kawalski, 2026 (fot. materiały prasowe)

Wokulski w interpretacji Dorocińskiego nie jest może zbyt przekonujący jako parias na salonach (facet wygląda w surducie jak milion rubli i nie zmienią tego ani grymas zakłopotania na twarzy, ani wystudiowana nieporadność). Jest natomiast fantastyczny jako mężczyzna z burzą piaskową pod czaszką – jednocześnie romantyk i pozytywista, społecznik zafrasowany losem najbiedniejszych oraz desperat w uwłaczającej roli odrzuconego kochanka. Sprawia to, że w żadną z jego masek, póz oraz podskórnych emocji nie trzeba wierzyć na słowo. 

Reklama
Reklama

Łęcka w wydaniu Kamili Urzędowskiej jest nieco mocniej ściśnięta gorsetem konwencji. Jako że scenarzyści – chyba wyłącznie w ramach obyczajowej kurtuazji – obdarzają ją ledwie sygnalizowanymi emancypacyjnymi pragnieniami, na twarzy aktorki maluje się coś więcej niż pogarda i wzniosłość. To dobra rola, choć z oczywistych względów grana na jałowym biegu. 

Obojgu pomaga forma – nieco zbyt przezroczysta, ale elegancka, właściwa dla kina kostiumowego, w którym liczą się rozmach i epicki „oddech”. To dzięki niej „Lalka” jest również przekonującą opowieścią o tętniącej życiem, kulturowo zróżnicowanej Warszawie oraz o niemożliwym do zrealizowania marzeniu – tym dotyczącym miłosnego spełnienia i klasowego awansu. 

Wielkie tematy „Lalki” Prusa (prawda i fikcja w relacjach społecznych czy kryzys wartości w świecie poukładanym klasowo) Kawalski traktuje z szacunkiem. Nie stara się jednak ich zgłębić, zamienić w coś więcej niż kolejną scenariopisarską atrakcję. Powieść to dla niego katalog nieśmiertelnych motywów, z czego – nawet przy imponującym, niemal trzygodzinnym metrażu – trudno czynić zarzut.  

Podoba mi się natomiast sposób, w jaki chwyta ducha epoki. Fantastyczna sekwencja pobytu Wokulskiego w Paryżu to piękny pean na cześć ludzkiej pomysłowości, imperatywu działania oraz nauki. Lewitujący w powietrzu kawałek metalu staje się obrazkiem o wielkiej symbolicznej sile. To zarówno obietnica cywilizacyjnego postępu, jak i metafora miłosnej próżni; malutki dowód na wielkość człowieka oraz więzienie, z którego nie ma ucieczki. 

Wszystkie ręce na pokład

Konwencja jest w filmowej „Lalce” święta. Wbrew pozorom nie chodzi jednak ani o efektowne kino kostiumowe, ani nawet o formułę szacownej adaptacji. Sednem dzieła wydaje się jubileusz polskiego kina – aktorska sztafeta pokoleń, pole wymiany doświadczeń, kolektywny wysiłek w tworzeniu dzieła o największej skali, dla widza od lat pięciu do stu pięciu.

Reklama
Reklama

Na tym żyznym gruncie kwitną najdziksze pomysły. Na przykład taki, żeby ściągnąć z emerytury Marka Kondrata. Albo taki, żeby podarować Dawidowi Ogrodnikowi (Mraczewski), Karolinie Gruszce (Florentyna) i Andrzejowi Chyrze (profesor Geist) po minucie czasu ekranowego. Nie wspominając nawet o spotkaniu kilku pokoleń polskich aktorek – od Mai Komorowskiej (prezesowa Zasławska) i Krystyny Jandy (hrabina Karolowa), przez Maję Ostaszewską (baronowa Krzeszowska), po Kamilę Urzędowską – na herbatce w Łazienkach. 

Niektóre gwiazdy są tu elementem scenariusza. Inne – scenografii. Jeszcze inne to świecidełka, których jedynym celem jest uszlachetnianie filmu. Grają wszyscy, ale wygrywają tylko niektórzy. Na przykład Kondrat, który w roli Rzeckiego pozostaje słońcem tego świata – wyrozumiałym „ojcem” Wokulskiego i zarazem jego zapalczywym kompanem. Albo Agata Kulesza, rozsmakowująca się w komediowej roli swatki, pani Meliton.  

Najlepsza w obsadzie Maria Dębska czyni z Kazimiery Wąsowskiej postać nie tyle równorzędną wobec Łęckiej, co przewyższającą ją w fabularnym układzie (zabawne, że u Hasa Wąsowską grała Kalina Jędrusik, której biografia pozostaje największym osiągnięciem Dębskiej). Jej niespełniona miłosna relacja z Wokulskim to bodaj najodważniejsze rozwinięcie wątków z powieści Prusa (pomijając kiepsko sfastrygowany prolog w Bułgarii) i zarazem najciekawsza część filmu. I nawet gdy całość zmierza w rejony naftalinowego melodramatu, aktorka potrafi zatrzymać katastrofę jednym zimnym spojrzeniem. Zdradza ono zarówno skrywane potrzeby nieszczęśliwej kobiety, jak i biegłość w cynicznej dworskiej grze.    

Maria Dębska (Kazimiera Wąsowska) i Mateusz Damięcki (Kazimierz Starski) w filmie „Lalka”, reż. Maciej Kawalski, 2026 (fot. materiały prasowe)

Czy „Lalka” była dobrym wyborem do rozprawki? Polonista tłumaczy

Reklama
Reklama

„Lalka”, czyli superprodukcja

Jeśli tęsknicie za tego rodzaju kinem, na seansie „Lalki” poczujecie się jak w domu. Albo raczej – jak w szkole, z której przed dwiema dekadami wyruszaliście tłumnie na podobne filmy. „Lalka” to nie tylko pierwsze tego rodzaju wydarzenie czasów postpandemicznych, ale i jedna z pierwszych rodzimych superprodukcji XXI wieku. Mówi to wiele o ambicjach twórców, ale znacznie więcej o marnym stanie polskiego kina.  

Jakie cechy powinien mieć taki film, żeby przyciągnąć widzów? Po pierwsze – musi stać na fundamencie klasycznej literatury, najlepiej takiej, o której każdy ma swoje zdanie. Po drugie – powinien budować tematyczny pomost do współczesności, żeby delikatnie podgrzewać aktualne społeczne emocje. Po trzecie – jego sednem powinna być frajda z opowiadania historii, zaplatania fabularnych nitek, żonglowania klasycznymi motywami.   

„Lalka” Kawalskiego spełnia wszystkie te warunki i pewnie dlatego łatwo myśleć o niej jak o kinie atrakcji. Nawet jeśli atrakcją są miłosne wyznania, spacery nad Wisłą i dyskusje o spółkach handlowych. Producent Radek Drabik, który przed laty podbił rynek „Planetą Singli”, wyszedł z podobnego założenia. W pierwszej kolejności – bawić. Zaś przy okazji – nie obrażać cudzej inteligencji. 

Marcin Dorociński (Stanisław Wokulski) i Kamila Urzędowska (Izabela Łęcka) w filmie „Lalka”, reż. Maciej Kawalski, 2026 (fot. materiały prasowe)

„Lalka” nie obraża naszej inteligencji, ale też nie sprawia, że przegrzewamy sobie głowę. W tym sensie jest i nie jest typowym polskim filmem. Jest, ponieważ cofa nas do czasów, w których rozbuchane adaptacje literatury rozsadzały kinowe kasy. Nie jest, gdyż powstała z myślą o zwykłym widzu, a nie o krytyku filmowym, rodzinie reżysera albo studencie kulturoznawstwa z rozszerzoną prognozą pogody.  

Reklama
Reklama

Przyjdzie jeszcze pora, by ustawić obydwie „Lalki” w ringu. Póki co musicie wiedzieć jedynie tyle, że jest to wybór między skrajnymi wrażliwościami, a co za tym idzie – rozbieżnymi wizjami kina. 

Serialowa „Lalka” uświadamia, że taniec na grobie Bolesława Prusa, czy tego chcemy, czy nie, ma realną wartość. Pozwala spojrzeć krytycznie na romantyczne złogi we współczesności; sprawdzić, czy Wokulski i Łęcka wciąż spacerują wśród nas. 

Ta filmowa przypomina, że nie bez powodu „Lalka” nazywana jest „największą polską powieścią”. I że dyskusje z jej statusem w rodzimej kulturze, choć interesujące, będą co najwyżej sezonową ciekawostką.