Wielkim triumfem na kortach Rolanda Garrosa, historycznym dla polskiego tenisa, osłodziła nam trudy pandemii. Na szczycie jest tak długo, aż trudno uwierzyć, że kończy dziś dopiero 25 lat.

- Ojciec, były olimpijczyk w wioślarstwie, zawziął się, by jego córki uprawiały sport indywidualny. Jakikolwiek.
- Starszej z sióstr, Agacie, w zrobieniu kariery przeszkodziły kontuzje.
- Iga zachwycała na kortach już jako pięciolatka. Niedługo później osiągała pierwsze poważne sukcesy.
- W 2020 roku, niedługo po 19. urodzinach, została pierwszą w historii Polką, która wygrała turniej wielkoszlemowy.
- Od wielu lat, nieprzerwanie, zachwyca na kortach całego świata. Wiele wskazuje na to, że wraca właśnie do najwyższej formy.
Seul. Kto choć na moment zatopił się w opowieściach o początkach kariery Igi, musiał trafić na historię o Seulu.
Tomasz Świątek leciał na igrzyska do Korei jako filar wioślarskiej czwórki podwójnej. Mieli zdobyć medal, na pewno o niego powalczyć, ale odpadli w półfinale. Jeden z członków załogi w noc poprzedzającą kluczowe zmagania poczuł się źle, wymiotował, podczas biegu był cieniem siebie i – niechcący, rzecz jasna – „zniweczył” czteroletni wysiłek.
Świątek miał wtedy zdecydować, że jeśli kiedyś będzie miał dzieci, to będzie je, owszem, pchał do sportu, ale tylko indywidualnego. Żeby nigdy nie musiały polegać na innych. Żeby nigdy nie przeżywały takiego rozczarowania, jak on wtedy.
Śladami siostry
Tenis nie był pierwszym wyborem. Agata, trzy lata starsza od Igi, zaczęła od pływania. Spodobało się, wszystko szło dobrze, wyniki były coraz lepsze, ale zaczęły jej doskwierać problemy z uszami. Szczęście w nieszczęściu, bo Iga bała się wody, więc podczas wycieczek na basen raczej się nudziła.
Co innego korty. Choć tu też, początkowo, wszystko obracało się wokół starszej z sióstr. Nie bez powodu: wygrywała turnieje, pięła się w rankingach swojego rocznika, regularnie zdradzając niemały potencjał. Była szczupła, wysoka, ale – znów – przegrała z kontuzjami. Wybrała naukę, została – jak mama, Dorota – dentystką. Studia w Lublinie ukończyła z drugim najlepszym wynikiem na roku.
Gdy Agata mogła jeszcze trenować, Iga nie odstępowała jej na krok. Miała pięć lat, mogła zajadać się lodami gdzieś z boku albo rozrabiać przy korcie. Brała jednak rakietę, kilka piłek i odbijała od ściany. Niewinne zabawy szybko przestały wyglądać niefrasobliwie. Na tyle, że zasugerowano ojcu, by i ją, jak najszybciej, wziąć pod skrzydła profesjonalisty.
Czytaj też: Kim była matka Donalda Trumpa? Prawdziwa historia Mary Anne McLeod
Talent nie do opisania
Artur Szostaczko, który został pierwszym trenerem Igi, przekonuje, że od razu widział w niej materiał na gwiazdę. I że „mogłaby trenować ją nawet małpa, a i tak zostałaby tenisistką”.
– Ona mogła mieć siedem, maksymalnie osiem lat, a już grała ze mną normalną wymianę z końca kortu. Proszę mi uwierzyć, że żadne dziecko w tym wieku tak nie gra – mówi w rozmowie z portalem zero.pl.
Z niemal ojcowską dumą opowiada, że Świątek nigdy nie grała czerwonymi ani zielonymi piłkami – przeznaczonymi dla dzieci. – Przychodziła wtedy na Warszawiankę Marta Domachowska, przychodziła Alicja Rosolska, Klaudia Jans… Czołowe polskie tenisistki. Prosiłem je: weźcie przez chwilę zagrajcie z tą małą. A ona stawała naprzeciwko, bez kompleksów, grała z nimi normalne wymiany – opowiada podekscytowany.
– To jest trudne do wytłumaczenia słowami. To się po prostu widzi i czuje – przekonuje, pytany o to, co wyróżniało Igę na tle reszty.
Drogie hobby
Kłopot w tym, że „widzi” oraz „czuje” nie były, wciąż zresztą nie są, walutą w tenisowej Polsce. Talenty mogą liczyć na opiekę, wsparcie, ale raczej nie na tak wczesnym etapie. Muszą coś wygrać, coś pokazać – a żeby tak było, trzeba w nie najpierw zainwestować. I to niemało.
Wynajęcie kortu kosztuje w większych miastach nawet kilkadziesiąt złotych za godzinę. Potrzebny jest też trener, rakieta, piłeczki... Wielu rodziców, którzy wydają dziesiątki, a potem i setki tysięcy złotych na sportowy rozwój pociechy, oczekuje, że inwestycja prędzej czy później się zwróci – najchętniej z nawiązką. Tym bardziej, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po pierwszych wygranych turniejach, pierwszych trofeach, które wypełniają półkę, zaczyna działać wyobraźnia. Pula nagród na tegorocznym Roland Garros przekroczyła 60 milionów euro. „Skoro może o nie walczyć Casper Ruud, skoro mogą Coco Gauff czy Aryna Sabalenka, to dlaczego nie moje dziecko?” – zdają się myśleć niektórzy. Trudno powiedzieć, ile potencjalnie wielkich karier zniszczyli tzw. „tenisowi rodzice”. Na szczęście nie tę.

Tomasz Świątek towarzyszył Idze od początku kariery (fot. Radek Pietruszka / PAP)
Dla Igi tenis przez długi czas był zresztą tylko dobrą rozrywką, interesującym dodatkiem do szkoły. – Myślę, że gdybym się źle uczyła, nie mogłabym grać – mówiła kiedyś, podkreślając, jak wielki nacisk rodzice kładli na edukację. Na szczęście miała niemal same piątki. „Jedynka” zdarzyła się raz, na matematyce, za rozmowy z koleżanką.
Presja też, oczywiście, była. Gdy ojciec zorientował się, z jakim diamentem ma do czynienia, nie był już tak liberalny w kwestii doboru dyscypliny. – Pamiętam, że kiedy miałam dziesięć lat, wolałam zostać po szkole i grać z innymi dziećmi w piłkę nożną, zamiast iść na trening tenisa. Tata przychodził mnie szukać do szkoły i krzyczał: „Igaaaa, chodź tutaj!” – wspomina na łamach „The Players Tribune”. Ale szybko dodaje: – Dziś jestem mu za to wdzięczna.
Ojciec Tigera Woodsa, wybitnego golfisty, złośliwie potrząsał monetami w kieszeni, gdy jego młodziutki syn trenował kolejne odbicia. – Dzięki temu, już w trakcie profesjonalnej kariery, nic nie było w stanie go rozproszyć – chwalił się potem.
Dlaczego Ameryka płonie? Kulisy spraw Kinga, Harlins i Floyda
W środowisku tenisowym nie jest tajemnicą, że Tomasz Świątek był ojcem wymagającym i surowym. Coś, co bardziej wrażliwą Agatę potrafiło doprowadzić do łez, u Igi wywoływało co najwyżej… wzruszenie ramion. – Jednym uchem wpuszczała, drugim wypuszczała – słyszymy.
Silna psychika na pewno pomogła jej w szybkim wejściu do świata wielkiego tenisa.
Trudna miłość
Wstawała o 6 rano, żeby z Raszyna dojechać na Sadybę, do szkoły. Po lekcjach ruszała do centrum, na korty WKT Mera. – Czasem do godziny 23 odrabiam lekcje i tak w kółko, ale da się wytrzymać – opowiadała Jakubowi Ciastonowi z „Gazety Wyborczej” po wygranej w jednym z turniejów.
Wygranej, która przyniosła jej… 1500 złotych miesięcznego stypendium. – Bardzo się przyda, każdy grosz się liczy, bo wciąż nie mam sponsora. Pomagają mi rodzice, czasem dołoży coś związek tenisowy i klub, ale i tak najczęściej na turnieje jeżdżę do Czech i na Słowację, bo blisko i można samochodem.
Trzeba zresztą wiedzieć, że Iga i tenis to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. W pewnym momencie sama zorientowała się, że... za bardzo skupia się na nauce. Wszystko zmieniło się po pierwszym kontakcie z Wielkim Szlemem.
Miała 15 lat, grała na słynnej paryskiej mączce. Choć rywalizowała z zawodniczkami, które za moment miały zdawać maturę, dotarła aż do ćwierćfinału. – Zaskoczyłam wszystkich, łącznie z samą sobą – mówiła w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.
Urzekła ją atmosfera sportowego święta, wszelkie blaski i cienie imprezy, która cztery razy do roku przyciąga najlepszych z najlepszych. – Wcześniej spędzałam na korcie mniej czasu niż większość koleżanek. Tak naprawdę niespecjalnie lubiłam tenis. Granie sprawiało mi frajdę, ale nie oglądałam meczów, nie fascynowało mnie to wszystko, co działo się wokół. W końcu jednak zrozumiałam, że to jest to, co chcę w życiu robić. Wzięłam się do pracy i cięższych treningów.
Na własny rachunek
Dobry wynik na kortach Rolanda Garrosa przyciągnął uwagę mediów. Potencjał młodej dziewczyny dostrzegł zespół Warsaw Sports Group, który wziął ją pod swoje skrzydła, opłacając pensję trenera (Piotr Sierzputowski) i specjalistki ds. przygotowania fizycznego (Jolanta Rusin-Krzepota). WSG finansowało też wynajem kortów, organizację wyjazdów i dbało o wizerunek tenisistki, w zamian czerpiąc zyski m.in. z części „podnoszonych” z kortu pieniędzy.
Agencja okazała się zbawieniem w momencie, w którym koszty rozwoju Igi zaczęły przerastać możliwości finansowe Świątków. Głośne są w środowisku tenisowym opowieści o dziadkach sióstr Radwańskich, którzy wyprzedawali drogie obrazy, by inwestować w Agnieszkę i Ulę. O rezygnujących z majątku Janowiczach i innych, mniej i bardziej znanych.
Tomasz Świątek nie miał, szczęśliwie, takich kłopotów. Wręcz przeciwnie: zarobki córki systematycznie rosły, a wysoka prowizja zwyczajnie przestała im się kalkulować. Tuż przed osiemnastymi urodzinami Igi, 30 maja 2019 r., postanowił więc, w mocno kontrowersyjnej atmosferze, rozwiązać współpracę z WSG. – Nie mam potrzeby, by negatywnie o nich mówić. Wypowiedziałem umowę, bo uważam, że okoliczności stały się dla nas niekorzystne – tłumaczył Pawłowi Wilkowiczowi na łamach sport.pl.
Sztab pozostał przy młodej zawodniczce, ona sama jeszcze przez jakiś czas była związana z warszawską Legią. Zaczęła jednak żyć i pracować na własny rachunek.
Na salonach
Turnieje rangi ITF wygrywała już jako 15-latka, triumfując m.in. w Sztokholmie, Pelham czy Bergamo, budząc zachwyt wśród tenisowych ekspertów.
Do powszechnej świadomości trafiła jednak dopiero w 2018 r. Miliony kibiców nad Wisłą usłyszały o niej, gdy przebojem wdarła się do półfinału juniorskiego Rolanda Garrosa. I choć przegrała tam w trzech setach ze swoją deblową partnerką, Caty McNally, pokazała, że lada moment możemy mieć z niej pociechę.
Kryzys Boeinga: co poszło nie tak i czy firma się odbuduje?
Dwa miesiące później, gdy wylosowano drabinkę juniorskiego Wimbledonu, nikt zębów sobie jednak na występy Igi nie ostrzył. Przede wszystkim: już w pierwszej rundzie trafiła na rozstawioną z „jedynką” Amerykankę Whitney Osuigwe. Sama przyznawała też, że za graniem na nawierzchni trawiastej właściwie nie przepada…
Z Osuigwe straciła seta, a z kolejnymi czterema rywalkami w drodze do finału rozprawiła się „na czysto”. Szans nie dała również Szwajcarce Leonie Kung, z którą przyjaźniła się na co dzień. 17-letnia wówczas Polka od pierwszych piłek kontrolowała przebieg spotkania, na lekkie nerwy pozwalając sobie właściwie tylko w pierwszym secie, wygranym do czterech. Druga partia to był już pokaz siły: Kung zdołała ugrać zaledwie dwa gemy, oba przy własnym serwisie.

Iga Świątek wygrała juniorski Wimbledon w 2018 roku (fot. Matthew Stockman / Getty Images)
Po ostatniej piłce szczęśliwa Świątek wzniosła niewielki puchar, efektowną wygraną zapowiadając walkę o najwyższe laury również wśród seniorek. – Fizycznie jestem gotowa, by rywalizować z zawodniczkami z pierwszej setki rankingu. Wszystko zależy od przygotowania psychicznego, czy uda mi się udźwignąć presję – mówiła wówczas, zdradzając, że w trudnych momentach na korcie... nuci ulubione piosenki.
Historyczny sukces
14 kwietnia 2019 r. osiągnęła pierwszy finał turnieju rangi WTA – po trzysetowej walce przegrała jednak w szwajcarskim Lugano z Poloną Hercog. Z dobrej strony pokazała się też niedługo później na kortach Rolanda Garrosa, gdzie awansowała do czwartej rundy. Sezon zakończyła przedwcześnie, we wrześniu. „Niestety nie zagram w Pekinie i Tiencinie z powodu kontuzji stopy. Jestem trochę rozczarowana, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Będę miała więcej czasu, by odpocząć po najbardziej ekscytującym, pełnym wzlotów i upadków sezonie. Zmieniłam sporo w swoim życiu i swojej grze. Cieszę się, że będę mogła się z tym wszystkim oswoić” – napisała w wiadomości skierowanej do fanów na Facebooku.
Wróciła przy okazji Australian Open i przypomniała, dlaczego kibice i eksperci wróżyli jej karierę na miarę Agnieszki Radwańskiej. 18-latka wyeliminowała kilka wyżej notowanych rywalek, zatrzymując się dopiero na czwartej rundzie (przegrała w trzech setach z Anett Kontaveit).
W US Open, rozegranym na przełomie sierpnia i września, nie poszło jej tak dobrze jak w Australii, ale i rywalkę miała ze znacznie wyższej półki. Świątek przegrała w trzeciej rundzie z późniejszą finalistką imprezy, Białorusinką Wiktorią Azarenką. W kilku piłkach zdradziła jednak drzemiący w niej wielki potencjał. – Iga zagrała na otwarcie dwa najlepsze gemy w życiu. Ba, najlepsze wszech czasów w polskim tenisie! – ekscytował się na łamach TVP Sport Wojciech Fibak, legenda dyscypliny. Nawet jeśli troszkę przesadzał, takie słowa musiały być sporą nobilitacją.
A potem był Paryż. Eksperci zachodzili w głowę, czy to, co Świątek prezentowała na kortach Rolanda Garrosa, to pełnia czy zaledwie malutka część tego, co może pokazywać w przyszłości. To wtedy zaczęto tytułować ją mianem „księżniczki sportu”. Na drodze do pierwszego wielkoszlemowego zwycięstwa w singlu – nie tylko w swojej karierze, ale i całej historii polskiego tenisa – nie straciła seta. Rywalki wręcz zdemolowała, kręcąc efektowną zapowiedź tego, jak mogą wyglądać kolejne lata na światowych kortach…
Miała 19 lat. Najlepsze, ale i najtrudniejsze, było jeszcze przed nią.
Na 21. urodziny dostała od swojego sztabu dwadzieścia książek – po polsku, bo gdy na co dzień czyta po angielsku, wciąż traktuje to bardziej jak naukę niż przyjemność. – Ciągle zapisuję jakieś słowa, których nie znam – zwierzyła się dziennikarzowi „New York Times“. Zakres tematyczny był szeroki: od „Sekretów ludzi sukcesu“ Malcolma Gladwella po „Panią Bovary“ Gustave’a Flauberta. – Czuję się dziwnie, kiedy przez kilka dni nie czytam – zdradza Iga. – To dla mnie znak, że brakuje mi w życiu odpowiedniego balansu.
Najbliższa przez wiele tygodni była jej książka, której wśród prezentów nie znalazła: biografia Andre Agassiego. W „Open” były amerykański tenisista pisze o skrajnych emocjach, jakie wywoływał w nim sport. – Dla mnie to też relacja w stylu: „dzisiaj miłość, jutro nienawiść”. Nie jestem osobą, która zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Mam świadomość, że gdyby nie naciski taty, który często zachęcał mnie do gry, dziś pewnie bym nie grała. Staram się jednak kończyć to, co zaczęłam.
Najlepszy rok w karierze
W 2022 r. ponownie wygrała French Open, najlepsza była też w US Open. Co naturalne, na koniec sezonu, podczas WTA Finals w Guadalajarze, wszyscy wierzyli, że postawi kropkę nad „i”. Łatwo jednak nie było. Jeszcze w trakcie meczu z Marią Sakkari, Świątek zalała się łzami, zmęczona psychicznie i fizycznie. Jej oczy krzyczały: „nie chcę tu być!“, a kibice i eksperci zastanawiali się, czy sukcesy nie przyszły za wcześnie. Debatowano, czy jest jeszcze w Idze miłość do tenisa i sportu w ogóle.
– Wiedziałam, że nie jestem maszyną, ale w tej kwestii ten mecz był dużą lekcją pokory wobec mojego organizmu. Nasze ciało może być zmęczone i nie w pełni możliwości z wielu powodów, także... cyklu menstruacyjnego. To żadna wymówka, mówię otwarcie o tym, co przeżywam.
Iga Świątek po porażce w WTA Finals
Świadomie lub nie, stała się jedną z pierwszych tenisistek, które zwróciły uwagę na tę kwestię. – To było spontaniczne; nie myślałam o przełamywaniu żadnego tabu. To integralna część rywalizacji u kobiet, więc nie widzę powodu, by o tym nie mówić. Jeśli moje wypowiedzi ułatwią coś młodym tenisistkom, młodym dziewczynom uprawiającym sport, to znaczy, że było warto – tłumaczyła w rozmowie z Onetem.
Zakończyła sezon, szybko zapominając o złych momentach. Nie poddała się. Jeszcze bardziej niż wcześniej zaufała swojemu sztabowi, wprowadzając jedną małą korektę: Piotra Sierzputowskiego, trenera-kumpla, z którym raczkowała w poważnym tenisie, zamieniła na Tomasza Wiktorowskiego, trenera-mentora, który do największych sukcesów prowadził Agnieszkę Radwańską.
Osią drużyny Świątek pozostała Daria Abramowicz: psycholog sportu, z którą Iga współpracuje od lutego 2019 r. Początkowo rola 36-latki ograniczała się do sporadycznych spotkań i konsultacji. Od kilku lat jest przy naszej zawodniczce niemal zawsze. – Dużo, dużo łatwiej jest mi zaufać komuś, kto jest przy mnie cały czas – tłumaczyła taką decyzję Świątek.
To Abramowicz dba, by Iga potrafiła cieszyć się z gry. – Wcześniej wrzucała „tenis“ do jednej szuflady, a wszelkie przyjemności do drugiej – opowiadała „Timesowi“. – Musiałyśmy to wymieszać.
Stworzona do tenisa
Praca ze światową „jedynką“ to jednak znacznie więcej niż kilka psychologicznych sztuczek i regularne rozmowy.
Nieważne czy wstanie lewą, czy prawą nogą, dzień Świątek rozpoczyna od pomiaru tętna i wypełnienia tabelki subiektywnych ocen jakości snu i zmęczenia. Potem je: większość diety przygotowują trenerzy, ale o części spożywanych posiłków decyduje sama zawodniczka. – To dobrze wpływa na jej głowę, zwiększa poczucie codziennej swobody – tłumaczył Ryszczuk na łamach „Rzeczpospolitej”. – Tabliczka czekolady nie mogłaby jej zaszkodzić.
Eksperci podkreślają, że koordynacja ruchowa Igi jest wręcz stworzona do gry w tenisa: duża w tym zasługa ojca, Tomasza, który przekazał córce dobre geny.
Chwali się także zdolność koncentracji naszej zawodniczki. – Jeszcze jako tenisowy „krasnal“ była traktowana jako ta druga, trochę na doczepkę przy starszej siostrze, choć wyrywała się i miała większy od Agaty talent ruchowy. – tłumaczyła Katerina Urbanova, jedna z pierwszych trenerek Świątek, na łamach „Polityki“. – Przez to, że najpierw nacisk kładziony był na rozwój Agaty, Iga była wdzięczna za każdą godzinę, którą ktoś z nią spędził na korcie. Uderzające było to, że traktuje treningi poważnie. Słuchała, była skupiona. To rzadkie u dzieci.
– Nie potrafię stwierdzić, jak mądrą jest osobą, ale jest bardzo ciekawa świata, a to chyba pewien wyznacznik – mówił Ryszczuk. – Jeśli czegoś nie wie, natychmiast pyta lub zaczyna czytać.
Pod okiem Wiktorowskiego, Iga zaczęła grać nieco inaczej. Pragnęła dominować na korcie już od pierwszego gema, choć ze spokojem: nie forsowała kończących zagrań, powoli zamęczała rywalki, odgrywając nawet najtrudniejsze piłki. Tak jak Radwańska, której w starciach z Williams czy Szarapową zwyczajnie brakowało jednak… siły. Świątek takiego problemu nie ma i nigdy nie miała.
Na siłowni zdarza jej się wyciskać ponad 100 kilogramów. Biega rzadko, żeby nie przeciążać stawów, skupiając się raczej na rowerze stacjonarnym. Nie jest ani najbardziej atletyczną, ani najbardziej umięśnioną zawodniczką, ale Wiktorowski nauczył ją, by zaczęła wykorzystywać wszystkie swoje atuty. – Kiedyś większą uwagę zwracałam na to, jak gra moja rywalka. Teraz to ja chcę nadawać ton, to ja chcę dominować – mówiła kilka lat temu „Timesowi“.
To, co wyróżnia ją na tle innych, to grany z bardzo mocną rotacją forehand. Kąśliwy o tyle, że piłka po takim zagraniu skacze wysoko, nieprzyjemnie, sprawiając rywalkom duże problemy. To jej antidotum na wszelkie trudne piłki, które nadlatują z drugiej strony siatki: Świątek nie tylko je odbija, ale też robi to na tyle skutecznie, że kilka chwil później cieszy się już z kolejnych punktów.
– Ma szczupłą sylwetkę, ale bardzo mocne nogi. Widać wyraźnie zarysowane mięśnie ud, korpus obudowany mięśniami gładkimi, odpowiedzialnymi za czucie ciała i swobodę ruchu. W efekcie transfer energii jest przekazywany z dołu na górę bez wielkich ubytków i wkładany w nadlatującą piłkę.
Radosław Szymanik
były trener męskiej reprezentacji w Pucharze Davisa
Częste zmiany trenerów to w tenisie norma. Czasem objaw słabości, gorszych chwil, ale nie zawsze. Od każdego można przecież nauczyć się czegoś nowego. W 2024 roku, po słabszych występach na Wimbledonie (trzecia runda) i US Open (ćwierćfinał), otoczenie Świątek zdecydowało o zakończeniu współpracy z Wiktorowskim. Jego miejsce zajął Wim Fissette, z którym Iga dotarła do półfinału Australian Open i – ku zaskoczeniu wszystkich, pewnie również swoim – wygrała Wimbledon. Straciła jednak pierwsze miejsce w rankingu WTA, którego Belg odzyskać nie pomógł.
Choć wciąż mieliśmy zawodniczkę ze ścisłej światowej czołówki, godną następczynię Agnieszki Radwańskiej, Iga nie była już „maszyną do wygrywania” jak w 2022 roku. – Wtedy wykorzystała trochę fakt „przesilenia” w żeńskim tenisie. Ashleigh Barty nieoczekiwanie zakończyła karierę, a w ścisłej czołówce były zawodniczki jak Coco Gauff, czyli takie, które bardzo Idze pasują stylem – tłumaczy nam Maciej Łuczak, komentator tenisa w Canal+.
– To, co ją wtedy wyróżniało, to była niezwykła, niespotykana w kobiecym tenisie stabilność. Trzeba było przez półtorej czy dwie godziny grać na swoim najwyższym poziomie, żeby z Igą wygrać – mówi Łuczak. – Pomagała też aura „dominatorki”, zwłaszcza na mączce, przez którą większość zawodniczek przegrywała ze Świątek jeszcze przed wyjściem na kort.
Wraz z poprawą regularności u zawodniczek takich jak Sabalenka czy Rybakina: bijących mocno, płasko, Idze było coraz trudniej. – W takich meczach, jak choćby z Ostapenko, gdzie jest mało długich wymian, Świątek ma duże problemy. Ona ma taki uchwyt do forehandu, który sprawia, że źle jej się gra z takimi zawodniczkami: bo nie nadąża, spóźnia uderzenia.
Nie trzeba ekspertów i zaprzęgu psychologów, by dostrzec, że Polka przestała górować nad rywalkami również w aspekcie mentalnym. – W najlepszych momentach, w 2022 czy 2023 roku, aż biło od niej, że „jest gotowa”. Wchodziła na kort, wygrywała pierwszego seta do zera i czuć było, że jest trochę ponad innymi. Teraz to uleciało – zauważa Łuczak.

Starsza o trzy lata Agata wspiera Igę na każdym kroku (fot. Instagram)
Najlepsze przed nią
Artur Szostaczko przekonuje, że najlepsze wciąż przed Igą. – Na pewno nie jest na końcu swoich umiejętności. Ona wciąż ma rezerwy. Wróciła teraz lepiej grająca – spokojniej, z większą rotacją – cieszy się.
– Ona powinna szybciej zacząć współpracę z Francisco Roigiem. To jest jej styl, to jest to, co ona lubi pokazywać na korcie – tłumaczy.
– Widać, że próbuje znów robić to, co dawało jej największe sukcesy: nie „strzela” już, gdy coś nie idzie, nie przyspiesza, tylko jest do bólu solidna – wtóruje mu Łuczak. – To jest właśnie jej gra: większa rotacja, fantastyczne poruszanie się po korcie, zmuszanie rywalki do ogromnego wysiłku.
Junko Tabei – pierwsza kobieta na Evereście. Historia, która zmieniła świat wspinaczki
Eksperci wyróżniają kilka faz w rozwoju Świątek: „radosny” i „dziewczęcy” tenis za Sierzputowskiego, „do bólu pragmatyczny” za Wiktorowskiego, „przesadnie kombinacyjny” za Fisette’a, który chciał być trochę tym pierwszym, trochę drugim, a Iga zdawała się gubić tożsamość. Teraz, wierzą wszyscy, znów jest na korcie bardziej sobą. Czy to wystarczy, by odzyskać tytuł królowej Paryża?
Na razie: mały krok. W 25. urodziny Polka może zapewnić sobie awans do ćwierćfinału. Czego jej i sobie życzymy.
