Reklama
Reklama

Zdobyła szczyt, przełamała bariery. Historia pewnej Japonki

TYLKO NA

11 dni – tyle zabrakło, by miano „tej pierwszej” zyskała Chinka Phantog. Szczyt zdobywała od północy, niezależnie. „Spóźniła się”, choć nikt przecież nie prowadził wyścigu. Trzecia, trzy lata później, była Wanda Rutkiewicz. Ale to o Junko Tabei mówi się na świecie najwięcej. 16 maja 1975 roku filigranowa Japonka przełamała bariery, na których przełamywanie monopol mieli wyłącznie mężczyźni.

Junko Tabei to pierwsza kobieta, która zdobyła Mount Everest
Junko Tabei to pierwsza kobieta, która zdobyła Mount Everest (fot. arch. prywatne Junko Tabei)
  • Już ponad pół wieku minęło, odkąd Junko Tabei została pierwszą kobietą, która zdobyła najwyższy szczyt świata.
  • Japonka dokonała tego w czasach, gdy miejscem kobiet był dom, a wszelkie ryzykowne wyprawy stanowiły wyłącznie nieodpowiedzialną fanaberię.
  • Gdy jej się udało, została narodową bohaterką.
  • Przełamała bariery, przetarła szlak wielu innym, m.in. Wandzie Rutkiewicz, która „swój” Everest zdobyła kilka lat później.

Aż 7563 osoby weszły dotąd na szczyt Mount Everest. Ostatnim, w maju zeszłego roku, był Nepalczyk Pema Thinduk Sherpa. Ostatnią kobietą: Estonka Kristina Bulgakova, uczestniczka jednej z komercyjnych wypraw, równie modnych co potępianych. 

Do historii przechodzą jednak inni. Jak Tenzing Norgay i Edmund Hillary, którzy najwyższy szczyt świata zdobyli w 1953 roku jako pierwsi. Jak Reinhold Messner i Peter Habeler, którzy weszli tam bez dodatkowego tlenu. Jak Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy, którzy pokazali, że Everest można zdobyć także zimą. 

Bycie „pierwszym” kusi. Dodaje adrenaliny wyprawom, które i tak przecież „napędzają” poza skalę. Które, mogłoby się wydawać, same w sobie są na tyle ekscytujące, że niepotrzebne już żadne dodatkowe impulsy. Junko Tabei przekonywała, że wcale „nie zamierzała być pierwszą”. Nie interesowało jej to w stopniu, który popycha i motywuje innych. „Po prostu kochałam góry” – tłumaczyła. 

Reklama
Reklama

Ale, czy tego chce czy nie, przeszła do historii. 

Na pohybel

Brytyjska wspinaczka Alison Hargreaves płakała i śmiała się jednocześnie, gdy w 1995 roku przekazywała przez radio ze szczytu Everestu: „Powiedzcie moim dzieciom, że jestem na szczycie świata i bardzo je kocham”. Po tym, jak została drugą kobietą, która zdobyła tę górę bez dodatkowego tlenu, i pierwszą, która weszła na nią samotnie, jej myśli były przede wszystkim przy dzieciach.

„Jestem niczym więcej niż pojedynczym, wąskim, dyszącym płucem, unoszącym się nad mgłami i szczytami” – pisał z kolei Messner. Włoch wszedł na szczyt bez tlenu, wraz z Austriakiem Peterem Habelerem. Koledzy po fachu spoglądali na ich wyprawę z dużą nieufnością. Wielu uważało, że brak tlenu uszkodzi im mózgi, ale po zejściu wyglądali na całkowicie przytomnych. Szerpowie w bazie byli zdumieni, że im się udało.

W Katmandu po wspinaczce doszło nawet do dziwnej sytuacji: grupa Szerpów zwołała konferencję prasową, by oskarżyć Messnera o kłamstwo. Nie wierzyli, że wszedł bez tlenu, twierdząc, że ukrył pod kurtką puchową małe butle. Jeśli oni nie mogli tego zrobić, nikt nie mógł.

Reklama
Reklama

Junko Tabei też nikt nie wierzył. Nikt nie wierzył, że filigranowa, mierząca ledwie 148 cm wzrostu kobieta, może wejść na szczyt „zarezerwowany” dla mężczyzn: większych, silniejszych, bardziej wytrzymałych. 

Długo o to walczyła. Wiedziała, że może zdobywać inne, mniejsze szczyty, ale tylko Everest da jej przepustkę do nieśmiertelności. Że „pomoże sprawie”, w której nie chodziło przecież wyłącznie o realizację własnych ambicji. Raczej: przetarcie szlaku. Zmianę myślenia.

Gdy udało się stanąć 8848 metrów nad ziemią, poczuła ulgę. „Och, nie muszę się już dalej wspinać” – pomyślała.

Kobiety na szczyt

Pomysł był szalony. Tabei, pionierka z niewielkiej japońskiej miejscowości, zjawiła się w Tokio i tak pozazdrościła kolegom klubów alpinistycznych, że już podczas studiów założyła swój – tylko dla kobiet. 

Reklama
Reklama

Wszystkie kochały góry, choć pół wieku temu mogła być to co najwyżej niewinna fanaberia. W konserwatywnej Japonii, nie tylko zresztą tam, rolę kobiety widziano inaczej. Mężczyzna, owszem, mógł próbować swoich sił we wspinaczce, mógł rozglądać się za kolejnymi wyzwaniami, ale młoda pani, a zwłaszcza matka, powinna siedzieć w domu. 

Junko była w trzecim lub czwartym miesiącu ciąży, gdy zaczęła starać się o pozwolenie na wejście na Everest. Nepalczycy nie rozdawali ich jak dziś – „poluzowanie”, dla pieniędzy, nastąpiło dopiero w latach 90. Wcześniej stosowne zgody otrzymały tylko starannie wyselekcjonowane ekspedycje. Czekała rok, drugi, po drodze córeczka zaczęła chodzić i mówić, a „zielone światło” przychodziło dla szczytów niższych, mniej spektakularnych. Tabei wiedziała, że dla dobra sprawy to musi być Everest. 

„Sprawy”, którą była wyprawa wyłącznie żeńska. Gdy zgoda wreszcie przyszła, na przeszkodzie stanęły finanse. Gdzie nie poszły, kogo nie poprosiły o pieniądze, pukano się w czoło. Nikt nie chciał firmować potencjalnej tragedii. Nikt nie wierzył, że może się udać. Czasy też nie były najlepsze: Japonię nawiedził kryzys naftowy, pieniędzy „na głupoty” raczej nie było.

Reklama
Reklama

W końcu skusiły się… media: gazeta „Yomiuri” i stacja NTV wyłożyły lwią część funduszy, choć wciąż nie tyle, o ile alpinistki zabiegały. Każda z uczestniczek wyprawy musiała dołożyć od siebie po kilka tysięcy dolarów. Oszczędzano na wszystkim. Tabei szyła elementy ekwipunku, przerabiała materiały; zarabiała, ucząc gry na pianinie.

Na początku maja 1975 roku piętnaście Japonek i dziewięciu Szerpów dotarło do bazy po południowej, nepalskiej stronie Everestu.

Uwięziona pod lawiną

– Gdy znalazłam się pod śniegiem, myślałam już tylko o tym, jak media opiszą naszą katastrofę – wspominała Tabei w rozmowie z portalem Outside.

4 maja, chwilę po północy, namiot z nią i czterema koleżankami zasypała lawina. Masa śniegu, bez ostrzeżenia, uderzyła w obóz. Splątana płótnem Junko zaczęła się dusić. Gdy Szerpowie wyciągali ją spod śniegu, była nieprzytomna. Przeżyła, nic wielkiego się nie stało, ale przez trzy kolejne dni nie była w stanie chodzić. Lekarze i kierownictwo wyprawy nalegali, by dała sobie już spokój. By, wraz z resztą zespołu, zeszła niżej. 

Reklama
Reklama

No ale nie zeszła. Emocji towarzyszącym alpinistom w takich sytuacjach nie jest w stanie zrozumieć ten, kto nigdy nie był blisko szczytu. Tu granica między brawurą a szaleństwem jest bardzo cienka. Czasem nie ma jej w ogóle. Japonki uznały, może wbrew logice, na pewno wbrew zdrowemu rozsądkowi, że skoro nie zabiła ich lawina, że skoro przetrwały jeden atak natury, to nic im się już nie stanie. „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” – w wersji ekstremalnej, bardzo dosłownej. 

Blisko mety znalazły się dwie: Tabei i – anonimowa dziś – Yuriko Watanabe. Może o niej byłaby ta historia, może byłaby jej bohaterką, gdyby nie… przypadek. Pech. Zrządzenie losu. Kilku Szerpów cierpiało na chorobę wysokościową. Już podczas ostatniego, czwartego obozu, stało się jasne, że nie dadzą rady wnieść sprzętu, który umożliwiałby wejście obu paniom. Obie tego pragnęły, ale żadnej nie wypadało powiedzieć: „ja!”. Decyzję musiała podjąć kierowniczka wyprawy. 

Historia miłości Emmanuela Macrona. Jak poznał Brigitte?

Rankiem 16 maja 1975 roku Tabei i Ang Tshering, jej szerpański partner, dotarli do Południowego Wierzchołka Everestu, na wysokości 8763 metrów. Wtedy, jak wspomina, ogarnęła ją… wściekłość. Nie na górę, nie na naturę – co to to nie! – ale na… poprzedników.

Reklama
Reklama

Zobaczyła lodową, ostrą jak nóż grań, fragment granicy między Nepalem a Chinami. Przed nią trawers o długości kilkunastu metrów. Szalenie niebezpieczny: jeden błąd wiązał się z upadkiem tysiące metrów w dół. W relacjach z poprzednich wypraw, a było ich przecież kilkanaście, nikt o tym nie wspominał. Ani słowa.

Udało się.

„Och, nie muszę się już dalej wspinać”.

Junko Tabei chwilę po zdobyciu Mount Everest (fot. Bettmann / Getty Images)

Reklama
Reklama

„Nie da się”

Ileż barier przełamała wtedy, stając na szczycie Mount Everest – trudno zliczyć. I to nie tak, że nagle sponsorzy, media i opinia publiczna otwierali szeroko ramiona, gdy tylko jakaś kobieta zapragnęła ruszyć w góry. Żadna z nich, dzięki Tabei, potem jeszcze dzięki Chince Phantog, nie usłyszała już jednak, że się „nie da”. Słyszały, owszem, nadal pewnie słyszą, że to nieodpowiedzialne: są przecież matkami (Tabei miała trzyletnią córkę, Phantog zostawiła w domu trójkę dzieci), są drobne, kruche, nieprzystosowane. Ale nie, że się „nie da”. 

Filigranowa 35-latka niemal natychmiast została bohaterką. Wyprawę finansowały media, więc – gdy już się udało – zadbały oczywiście o odpowiednie jej nagłośnienie. Tabei odwiedziła japońskiego cesarza, uścisnęła dłoń premiera, a nepalski rząd przyznał jej medal honorowy: również dlatego, że ciesząc się z sukcesu, zawsze podkreślała nieoceniony wkład partnera, dzielnego Szerpy. 

Spokoju nie zaznała przez kilka miesięcy. Była zmęczona, ale całe zamieszanie – jak zawsze – przyjmowała z uśmiechem. – Po prostu weszłam na górę, ale wszystko wokół mnie nagle się zmieniło – tłumaczyła. – Głównie dlatego, że byłam pierwszą kobietą. Nigdy nie zamierzałam być pierwszą kobietą na Evereście.

Wróciła w Himalaje, zdobyła Shishapangmę i Cho Oyu, chodziła po Pamirze, wspinała się na najwyższe szczyty kolejnych kontynentów. W 1992 roku została pierwszą kobietą, która skompletowała Koronę Ziemi, czyli najwyższe szczyty wszystkich siedmiu kontynentów.

Reklama
Reklama

Żeby się nie nudzić, wymyśliła, że zdobędzie najwyższy szczyt każdego kraju świata. To się nie udało. Gdy miała 76 lat, mówiła, że zbliża się do osiemdziesięciu. Chorowała już wtedy na raka, była coraz słabsza, ale wciąż planowała kolejne wyjazdy. „Kocham góry. Uwielbiam chodzić tam, gdzie nigdy wcześniej nie byłam” – tłumaczyła.

Jej Everest

W 1989 roku sir Edmund Hillary, zaniepokojony poważnymi szkodami środowiskowymi powodowanymi przez rosnącą liczbę wspinaczy, wezwał do pięcioletniego moratorium na wyprawy na Everest. Jego apel, by „dać górze odpocząć”, nie został wysłuchany, częściowo z powodu sprzeciwu Nepalczyków obawiających się nagłej utraty dochodów. Hillary pozostał jednak zaangażowany w poprawę życia Szerpów – budował w Nepalu szkoły i szpitale aż do śmierci w 2007 roku, w wieku 88 lat.

Viktor Orbán. Jak przejął władzę na Węgrzech?

Pod wpływem jego działań ekologicznych i filantropijnych Tabei zaczęła promować zrównoważony alpinizm. W ramach studiów magisterskich na Uniwersytecie Kiusiu badała problem śmieci na Evereście. Jej praca obejmowała m.in. oszacowanie ilości odpadów, które nagromadziły się tam od pierwszej wyprawy w 1923 roku.

Reklama
Reklama

Na podstawie ankiet wysyłanych do towarzystw alpinistycznych na całym świecie oraz analizy dokumentacji wypraw doszła do wniosku, że tylko w bazie, położonej na wysokości 5364 metrów, do 2000 roku wspinacze i inne osoby pozostawili około 1,03 mln litrów moczu.

To wystarczyłoby do napełnienia 3300 wanien – mówiła Tabei. – A przecież u stóp Everestu żyją mieszkańcy, których byt zależy od wody z topniejącego śniegu i lodu.

Junko Tabei do końca swoich dni uwielbiała wspinaczkę. I nigdy nie traciła pogody ducha... (fot. Paula Bronstein / Getty Images)

„Jej” Everestu już nie ma. Gdy mogła, pogardliwie śmiała się ze stylu obecnych wypraw: tych, którzy płacą ciężkie pieniądze, by wszyscy wokół wszystko robili za nich, nazywała „wspinaczami intensywnej terapii”. Ale irytowała ją też rywalizacja o coraz bardziej osobliwe rekordy: kto szybciej, kto młodziej, kto dłużej na szczycie, kto bez tlenu, kto zrobi coś bardziej widowiskowego.

Reklama
Reklama

W jej czasach, góra była czymś mitycznym, osobistym, „własnym”. Dziś stała się sceną. Ze swojej sceny Tabei zeszła 20 października 2016 roku, w wieku 77 lat.

Reklama
Reklama