Reklama
Reklama
Reklama

Amerykanie nie dawali mu szans. Tak powstał pierwszy Bond

TYLKO NA
S. Connery & J. Lord in 'Dr. No'
Sean Connery okazał się idealnie pasować do roli Jamesa Bonda (fot. United Artists / Getty Images)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Zbyt snobistyczny dla mas, zbyt brutalny dla cenzury i zbyt brytyjski, by spodobał się w USA. Mijają dokładnie 64 lata od londyńskiej premiery „Doktora No”. Film, który miał być tanią produkcją klasy B puszczaną w kinach samochodowych, zrewolucjonizował popkulturę i stworzył najbardziej dochodową franczyzę w historii kina. Jak do tego doszło?

  • Pierwszym aktorem, który wcielił się w rolę Bonda wcale nie był Sean Connery. Rolę tę kilka lat wcześniej powierzono Amerykaninowi – Barry'emu Nelsonowi. 
  • Connery nie był ani pierwszym, ani drugim wyborem. Niepokornego szkockiego aktora wypatrzyła... żona jednego z producentów.
  • „Doktor No”, pierwszy z cyklu filmów o agencie 007, miał premierę 64 lata temu. Przyniósł wytwórni United Artists gigantyczne zyski, a Connery'emu - wielką sławę i rozpoznawalność.
  • Dziś trudno uwierzyć, że prawie nikt nie wróżył serii Iana Fleminga kinowego sukcesu.

W 1961 roku postać agenta 007 była w branży filmowej niemal trędowata. Co prawda książki Iana Fleminga sprzedawały się znakomicie – zwłaszcza odkąd prezydent John F. Kennedy wymienił „Pozdrowienia z Rosji” wśród dziesięciu ulubionych lektur – ale producenci filmowi pozostawali sceptyczni.

Czytaj również: Lalka, serial na Netflix. Stanowski o serialu i powieści Prusa

Wszystko przez CBS. Amerykańska stacja kilka lat wcześniej podjęła pierwszą, bardzo koślawą zresztą, próbę przeniesienia Bonda na ekran. Zanim błysnęli Sean Connery, Roger Moore, Pierce Brosnan czy Daniel Craig, widzowie „podziwiali” w akcji… Barry’ego Nelsona. Cudzysłów nieprzypadkowy: telewizyjna interpretacja „Casino Royale” okazała się klapą, tak jak pomysł, by z głównego bohatera zrobić agenta CIA o imieniu Jimmy. Wyszła z tego niestrawna, tania ramota, która prawie ukatrupiła kurę znoszącą złote jaja.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Był serial, czas na film. Oceniamy „Lalkę” z Dorocińskim, Kondratem i Urzędowską

Złoty interes

Harry Saltzman, kanadyjski producent, zachęcony wyznaniem JFK, robił wszystko, by dać tej historii jeszcze jedną szansę. Wierzył, że klapa CBS wynikała przede wszystkim z kastracji oryginału: Amerykanie, jak to Amerykanie, próbowali wcisnąć Bonda w znoszone buty jankeskiego gliniarza, podczas gdy w dobie powojennego marazmu nie było miejsca dla kolejnego nudnego detektywa. To nie przypadek, że Fleming się „czytał”: ludzie szukali egzotyki, pięknych kobiet, drogiego alkoholu i nutki cynizmu.

Prawa do ekranizacji niemal wszystkich części kosztowały Saltzmana… 50 tysięcy dolarów. Dziś wiemy, że ubił złoty interes. Przez kilka miesięcy słono jednak tej inwestycji żałował. Tournée po gabinetach szefów kolejnych wytwórni okazało się doświadczeniem co najmniej upokarzającym: słyszał, że historia anachroniczna, że za dużo wulgaryzmów, seksu, a poza tym prawdziwy Amerykanin woli kowbojów i nic z tego nie będzie.

Pomógł mu dopiero Albert Broccoli. Sam kręcił w Londynie i od dawna „polował” na Bonda, ale spóźnił się o kilka tygodni. Obu panów skontaktował wspólny znajomy, a ci, nie zastanawiając się długo, podali sobie ręce i założyli spółkę EON – skrót od „Everything or Nothing” („Wszystko albo nic”), nazwy doskonale oddającej ich ówczesne nastroje.

Reklama
Reklama

Warner Bros., Paramount i Columbia Pictures odmówiły, ale szansę – małą, malutką – postanowiło dać projektowi United Artists. Nie byle kto: na koncie mieli już „12 gniewnych ludzi”, „Ścieżki chwały”, a przede wszystkim kultowego „Dyktatora” z Charliem Chaplinem. Szefowie wytwórni podeszli jednak do sprawy bardzo ostrożnie. Producenci, natchnieni odnoszącymi wielkie sukcesy „Działami Navarony”, chcieli zrobić film co najmniej równie spektakularny, oczekując budżetu na poziomie 6-7 milionów dolarów. Dostali niecały milion.

Od lewej: Fleming, Saltzman i Broccoli, ojcowie sukcesu Bonda (fot. Pictorial Parade / Getty Images)

To nie koniec kłopotów. Kapryśny okazał się też sam Ian Fleming. Wyobrażał sobie Bonda wyłącznie jako dystyngowanego arystokratę z Eton – kogoś o nienagannym akcencie, elegancji ówczesnych ikon kina i klasie Cary’ego Granta. Sam Grant dostał zresztą ofertę, ale że dobijał do sześćdziesiątki, to zgodziłby się wystąpić w co najwyżej jednym filmie. A marzono przecież o całej serii.

Mleczarz w garniturze

Brakowało pomysłów. Zdesperowani twórcy próbowali ratować się marketingiem. Gazeta „Daily Express” ogłosiła ogólnokrajowy konkurs dla czytelników pod hasłem „Znajdź Jamesa Bonda”. Tysiące zgłoszeń, duża sprawa, wreszcie zwycięstwo 28-letniego modela Petera Anthony’ego. Kłopot w tym, że gdy zaproszono go na zdjęcia próbne, okazało się, że ma wdzięk kłody drewna, a przed kamerą gubi język w ustach. Konkurs posłużył więc jako darmowa reklama, ale nie rozwiązał problemu.

Reklama
Reklama

O tym, kto zostanie pierwszym (no, drugim) Bondem, miał zdecydować przypadek. I niezawodny kobiecy instynkt.

Żona Broccoliego, Dana, wyciągnęła męża do kina na familijny film Disneya z 1959 roku: „Darby O’Gill i krasnoludki”. Po ekranie biegały irlandzkie skrzaty, a wśród nich 29-letni, nikomu nieznany Szkot Sean Connery, który z szerokim uśmiechem śpiewał piosenki i okładał się na pięści z lokalnym osiłkiem.

Sean Connery przed Bondem był aktorem powszechnie nieznanym (fot. Screen Archives / Getty Images)

On nie zwrócił na niego uwagi. Ona natychmiast stwierdziła, że „ma w sobie to coś”. Broccoli sprawdził Connery’ego. Obejrzał taśmę z telewizyjnej adaptacji „Anny Kareniny” dla BBC, gdzie aktor zagrał hrabiego Wrońskiego – zimnego, twardego i dominującego. Zaprosił go na rozmowę do londyńskiego biura przy South Audley Street w eleganckiej dzielnicy Mayfair.

Rozmowę dziś już kultową: Szkot wparował do gabinetu w rozpiętej, nieco wymiętej koszuli, znoszonej marynarce i brązowych zamszowych butach. Był sobą. Człowiekiem, który rzucił szkołę w wieku trzynastu lat, roznosił mleko po edynburskich kamienicach, polerował trumny i w nosie miał wszelkie maniery. Chodził ze specyficznym, kołyszącym krokiem marynarza, a jego twardy edynburski akcent brzmiał dla londyńskich elit jak zgrzyt pilnika.

Reklama
Reklama

Gdy Saltzman i Broccoli napomknęli o konieczności zrobienia zdjęć próbnych, Connery wstał, walnął pięścią w mahoniowy blat biurka i warknął: „Żadnych testów! Jeśli chcecie sprawdzić jak gram, obejrzyjcie moje filmy. Bierzecie mnie takiego, jaki jestem, albo szukajcie sobie kogoś innego”.

Po czym wstał i bez pożegnania trzasnął drzwiami.

Zszokowani producenci nie rzucili się jednak do wyjścia. Zaintrygowani podeszli do okna gabinetu i spojrzeli w dół na ulicę, obserwując oddalającego się aktora. „Patrzyliśmy na niego przez szybę” – wspominał po latach Broccoli. „Szedł sprężystym krokiem, z lekko kołyszącymi się biodrami. Wyglądał jak polujący kot. Miał chód pantery”.

Dostrzegli w nim to, czego brakowało wymuskanym gwiazdorom epoki: drapieżną, surową męskość i bijącą zewsząd charyzmę.

Kiedy jednak wysłali telegram ze zdjęciem Connery’ego do Nowego Jorku, z centrali United Artists nadeszła sucha, miażdżąca depesza:

„Can we do better?” („Czy nie stać nas na kogoś lepszego?”). W oczach amerykańskich bankierów Szkot wyglądał jak kierowca ciężarówki, a nie elita brytyjskiego wywiadu. Producenci postawili jednak sprawę na ostrzu noża.

Czytaj też: Szczepan Twardoch laureatem 30. Nagrody Nike za powieść „Null” o wojnie w Ukrainie

Reklama
Reklama

Przyspieszona szkoła przetrwania

„Szukałem komandora marynarki, a przysłaliście mi przerośniętego kaskadera!” – łapał się za głowę Fleming. Panowie z EON liczyli się z jego zdaniem, ale wcale nie musiało ich obchodzić. Zapewnili jednak, że popracują nad Connerym i nauczą go „salonowego obycia”.

Misję ucywilizowania aktora dostał reżyser Terence Young – przedwojenny dandys, bywalec najmodniejszych londyńskich klubów. Zafundował Szkotowi przyspieszoną szkołę przetrwania w wyższych sferach: zaprowadził do ulubionego krawca, kupił idealnie skrojony garnitur i kazał w nim spać, by wełna dopasowała się do sylwetki, a marynarka przestała krępować ruchy. Nauczył go, które wina pija się do ryb, jak trzymać papierośnicę, jak zamawiać jedzenie w ekskluzywnych restauracjach i jak wykorzystywać nonszalancję i pewność siebie w kontaktach z kobietami.

Zderzenie plebejskiej siły Connery’ego z arystokratycznym sznytem Younga dało mieszankę wybuchową. Tak narodził się filmowy Bond.

Reszta układanki ułożyła się błyskawicznie. Ursula Andress dostała rolę Honey Ryder na kilkanaście dni przed pierwszym klapsem – słynne białe bikini ze skórzanym pasem i kaburą na nóż uszyła wspólnie z krawcową, bo budżet na stroje nie pozwalał na szaleństwa. Jej twardy szwajcarski akcent brzmiał tak komicznie, że w montażu wszystkie kwestie musiano zdubbingować. Kto jednak zwracał uwagę na głos, gdy wyłoniła się z fal Morza Karaibskiego z muszlami w dłoniach?

Swoje zrobiła też muzyka. Monty Norman napisał wyjściową piosenkę, której brakowało jednak drapieżności. Do „podrasowania” zatrudniono Johna Barry’ego, który przepisał motyw na agresywne sekcje dęte i poprosił gitarzystę Vica Flicka o zagranie surowego riffu na najniższych strunach gitary elektrycznej. Tak narodził się „James Bond Theme” – muzyczny znak firmowy zimnej wojny.

Reklama
Reklama

Czytaj też: 

Spektakularny sukces

„Doktor No” miał londyńską premierę dokładnie 64 lata temu: 5 października 1962 roku. Produkcja podzieliła krytyków, z naciskiem na tych nieszczególnie zachwyconych. Recenzenci narzekali na komiksowy wręcz sadyzm, Watykan oficjalnie potępił film za epatowanie rozwiązłością, a część amerykańskiej prasy wieszczyła szybki koniec nowego formatu.

W ciągu kilkunastu dni drastycznie zmienił się jednak globalny krajobraz. Wybuchł kryzys kubański, świat (znów) stanął na krawędzi zagłady, a kino stanowiło jedną z niewielu ucieczek od codziennych problemów. Nikt nie szukał moralitetów i trzygodzinnych smętów. Szukano czegoś bezczelnego, odważnego, innego.

Oto na ekranie pojawił się facet, który nie bał się niczego – nie pocił się na myśl o końcu świata, pił wstrząśnięte martini, uwodził najpiękniejsze kobiety i z uśmiechem rozbrajał szaleńców. Przed kasami zaczęły ustawiać się kolejki.

Film zarobił w kinach blisko 60 milionów dolarów. Ian Fleming po seansie nie tyle zmienił zdanie o Connerym, co wręcz oddał mu hołd – w kolejnych powieściach dopisując Bondowi szkockie korzenie.

Sukces „Doktora No” nie polegał na wymyśleniu kina na nowo, lecz na przełamaniu konwenansów. Pokonywaniu strachu, podejmowaniu ryzyka, szukaniu nieoczywistych rozwiązań.

Reklama
Reklama

Sześćdziesiąt cztery lata później Bond to machina warta miliardy, rządzona przez korporacyjne strategie, napędzana wielomilionowymi umowami sponsorskimi. Fundament całego imperium wciąż opiera się jednak na niewinnym eksperymencie z 1962 roku. Na charyzmie Connery’ego, seksapilu Andress i trzech słowach wypowiedzianych przy karcianym stoliku:

„Bond. James Bond”.

Może Cię zainteresuje: 

Reklama
Reklama