Reklama
Reklama
Reklama

Demograficzny przełom? „Słabnie odraczanie decyzji”

TYLKO NA

Po ośmiu latach gwałtownych spadków w polskiej demografii pojawiła się zmiana. Liczba urodzeń przestała się zmniejszać, choć ubywa kobiet w wieku rozrodczym. Ten fenomen w rozmowie z Zero.pl wyjaśnia demograf prof. Piotr Szukalski. – Wyraźnie słabnie odraczanie decyzji o posiadaniu dzieci – mówi naukowiec.

Twins
Zdjęcie ilustracyjne. (fot. Frank May / PAP)
  • Liczba urodzeń przestała spadać w dotychczasowym, szybkim tempie, a 12-miesięczna suma urodzeń praktycznie się ustabilizowała.
  • Dlaczego to ważne? Kobiet w wieku, w którym rodzi się najwięcej dzieci, jest coraz mniej. Utrzymanie podobnej liczby urodzeń może więc oznaczać wzrost skłonności do macierzyństwa.
  • Co mogło wpłynąć na zmianę? Zdaniem prof. Piotra Szukalskiego, pary w Polsce przestały odkładać decyzję o posiadaniu dzieci na później. – Zmniejszać będzie się liczba potencjalnych matek, ale ich skłonność do posiadania potomstwa może rosnąć – mówi demograf.
  • Zdaniem eksperta za ok. 12–13 lat Polacy odczują skumulowane skutki długotrwałego niżu demograficznego.

W styczniu 2026 r. suma urodzeń z poprzednich 12 miesięcy wynosiła 237,3 tys. W czerwcu było to 237,2 tys. Różnica jest tak niewielka, że można mówić o faktycznym zatrzymaniu spadku. To pierwsza taka zmiana po ośmiu latach, w których liczba urodzeń niemal stale i często bardzo szybko malała.

„Wreszcie przełamaliśmy coś..”

W samym pierwszym półroczu 2026 r. w Polsce urodziło się około 115 tys. dzieci, czyli o około tysiąc mniej niż rok wcześniej. Na pierwszy rzut oka trudno uznać to za poprawę. Ale właśnie w tym miejscu zaczyna się demograficzny paradoks: niemal taka sama liczba urodzeń pojawiła się mimo tego, że kobiet w wieku, w którym najczęściej rodzą się dzieci, jest mniej niż wcześniej. Demograf z Uniwersytetu Łódzkiego, prof. Piotr Szukalski zwraca uwagę, że każdego roku liczba potencjalnych matek w Polsce od lat kurczy się o 2-3 proc. Obecny wynik jest zatem pozytywnym symptomem. 

Wymieramy z wygody? Dlaczego Polacy nie chcą mieć dzieci

Reklama
Reklama

– Wreszcie przełamaliśmy coś, co mimo spodziewanego długofalowego spadku liczby urodzeń było czymś nieoczywistym, mianowicie tempo tego spadku. Ono zostało wyhamowane – mówi prof. Szukalski.

Badacz dzietności nie ma jednak napawających optymizmem diagnoz na przyszłość.

– Generalnie należałoby się i tak spodziewać dalszego utrzymywania tendencji spadku liczby urodzeń – dodaje. 

Czynniki decydujące o liczbie urodzeń

Zdaniem prof. Szukalskiego, aby zrozumieć, dlaczego zatrzymanie spadku może być ważniejszym sygnałem, niż wynikałoby to z samej liczby urodzeń, trzeba spojrzeć na dwa podstawowe czynniki. Pierwszym ma być liczba kobiet w wieku rozrodczym. Formalnie demografia zalicza do tej grupy kobiety w wieku od 15 do 49 lat. W praktyce zdecydowana większość dzieci rodzi się jednak w znacznie węższym przedziale.

Za większość urodzeń odpowiadają dziś kobiety w wieku od 25 do 37 lat mówi prof. Szukalski. Problem w tym, że te roczniki się kurczą. – Jeśli tylko spojrzeć na kobiety mające 25-37 lat, to ich liczba zależy tak naprawdę bardzo silnie od tego, ile 25, 30 czy 35 lat temu urodziło się dzieci – dodaje badacz. Wówczas urodzeń w Polsce gwałtownie ubywało. W 1983 r. przyszło na świat niemal 724 tys. dzieci, w 1990 r. – już około 548 tys., a w 2003 r. zaledwie 351 tys. To właśnie te coraz mniej liczne roczniki wchodzą dziś w wiek, w którym rodzi się najwięcej dzieci.

Reklama
Reklama

Demografia nie kłamie. Rozwijaj się albo giń

Drugi czynnik decydujący o poziomie przyrostu naturalnego to, zdaniem prof. Szukalskiego, gotowość do wydawania na świat dzieci, którą badacze mierzą współczynnikiem dzietności. – Ten współczynnik osiągnął historyczne minimum w powojennej Polsce w 2025 r. W ostatnich latach drastycznie zmniejszała się liczba urodzeń. I my na początku myśleliśmy –  wpływ nadzwyczajnych okoliczności. COVID, wojna na Ukrainie – mówi prof. Szukalski.

– Lata mijały, ludzie już zdążyli się przyzwyczaić. Byliśmy trochę zdziwieni, że mimo wszystko dalej występuje obniżanie gotowości do wydawania na świat dzieci do ekstremalnie niskiego poziomu, sięgającego praktycznie jednego urodzenia na kobietę w ciągu jej życia. Można powiedzieć, że wreszcie doczekaliśmy się jakiegoś niewielkiego odbicia – dodaje demograf.

To właśnie z tego powodu stabilizacja liczby urodzeń może być uznana za nietypową. Gdyby liczba kobiet w wieku największej płodności pozostawała taka sama, brak dalszego spadku urodzeń można byłoby uznać po prostu za stagnację. Tymczasem potencjalnych matek jest coraz mniej.

Reklama
Reklama

– Podniosła się gotowość do posiadania potomstwa – mówi prof. Szukalski – Liczba kobiet w wieku rozrodczym dalej sukcesywnie się zmniejsza i będzie się jeszcze przez dziesięć lat zmniejszać. Jeśli w ciągu dwudziestu lat zmniejszyła się liczba urodzeń z 720 do 350 tysięcy, o czym mówiliśmy, czyli o połowę, to oznacza, że o 2-3 proc. w skali rocznej zmniejszała się średnio – twierdzi.

Ludzie znów chcą mieć dzieci?

Obecna sytuacja, to według demografa z Uniwersytetu Łódzkiego, efekt skumulowanych decyzji kobiet w wieku rozrodczym.

– Mianowicie, coś, co można nazywać timingiem, rozkładem w czasie. Myślę, w ostatnich latach pojawiła się bardzo duża tendencja do odraczania decyzji prokreacyjnych na później. Teraz mamy do czynienia przede wszystkim z tym, że wyraźnie słabnie odraczanie decyzji o posiadaniu dzieci – mówi prof. Szukalski.

– To dla mnie pierwszy, pierwszoplanowy czynnik tłumaczący obecny stan rzeczy. Drugi – przyzwyczailiśmy się już może do tych wszystkich niebezpieczeństw, które obserwujemy wokół i je zinternalizowaliśmy, uznając, że nie taki diabeł straszny, jak go malowano na początku – dodaje badacz.

Zdaniem naukowca, istnieje szansa, że zaobserwowane zjawisko demograficzne w Polsce ma szansę utrzymać się przez kilka najbliższych lat. – Zmniejszać będzie się liczba potencjalnych matek, ale ich skłonność do posiadania potomstwa może rosnąć. Jeśli ona będzie rosła szybciej niż spadek, to przez jakiś czas jesteśmy w stanie rekompensować niekorzystne zmiany w zakresie liczby i struktury kobiet w wieku rozrodczym tym, że kobiety chętniej rodzą dzieci – mówi prof. Szukalski.

Reklama
Reklama

Negatywne skutki niżu demograficznego „Na mur beton”

Badacz z Uniwersytetu Łódzkiego nie ma jednak pozytywnych, demograficznych prognoz. – Musimy sobie zdawać sprawę, że niezależnie od krótkofalowych fluktuacji, długofalowo liczba urodzeń jest zależna od liczby kobiet w wieku rozrodczym a pamiętajmy, ona będzie jeszcze przez wiele lat się obniżać – mówi. 

Zdaniem demografa, dostrzeganie korzyści niskiej dzietności jest krótkowzroczne. – My na razie cieszymy się poniekąd benefitami z tego, że liczba urodzeń w ostatnich latach się zmniejszała. Kolejki do lekarzy ginekologów i pediatrów się zmniejszyły. We wszystkich dużych miastach nie ma problemu z zapisaniem dziecka do żłobka. Braki kadrowe wśród nauczycieli może nie będą tak straszne przy kurczących się klasach i rocznikach szkolnych. Na początku może się wydawać, że ta niska liczba urodzeń jest nawet korzystna – mówi prof. Szukalski.

– Gdy mało liczne roczniki zaczną wchodzić na rynek pracy, nagle może się okazać, że nowo wchodzących pracowników jest za mało, a niezależnie od zmian technologicznych, na pewno będzie zbyt mało płatników podatków i składek na ubezpieczenia społeczne. Na mur beton możemy już dzisiaj powiedzieć, patrząc na to, że już mieliśmy 7-8 lat takiego szybkiego spadku, że za 12-13 lat zaczniemy odczuwać prawdziwe ekonomiczne skutki szybko obniżającej się liczby urodzeń – podsumowuje demograf. 

Źródło: Zero.pl
Reklama
Reklama