
W 1998 r. ruszyła rubryka, która na lata zmieniła sposób opowiadania o polskiej polityce. „Z życia koalicji, z życia opozycji” Roberta Mazurka i Igora Zalewskiego była jednocześnie kroniką sejmowych kuluarów, satyrą na klasę polityczną i miejscem, gdzie po raz pierwszy pojawiały się historie, o których inni bali się pisać. Publikujemy fragment książki „Prawie Zachód. Historie polskiej transformacji” Michała Przeperskiego (Wydawnictwo Port).
Wiosna 1998 roku. Właśnie rozpoczyna swój żywot rubryka „Z życia koalicji, z życia opozycji”.
„To była jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły zawodowo. Naprawdę. I nie tylko zawodowo – to dawało ogromną frajdę” – wspomina Robert Mazurek.
Chociaż wszystko rozpoczęło się na łamach tygodnika „Nowe Państwo”, to nie tam rubryka zyskała największy rozgłos. Cała praca Mazurka w tym piśmie była zresztą jednym wielkim przygotowywaniem nowego tygodnika i szukaniem inwestora. Wytrwał tam ponad trzy lata.
Wreszcie okazało się, że dotychczasowy tygodnik miał zostać miesięcznikiem. Stało się jasne, że to koniec Mazurka w tej redakcji. To była końcówka 2001 roku.
Czytaj także: Legenda polskiego kina w nowej roli. Zanussi pojawi się w Gdyni
„Skończyło się tak, że ja z Igorem Zalewskim trafiliśmy na jakiś czas do miesięcznika «Film», na etaty. Ale nie chcieliśmy rezygnować z naszej rubryki. Zadzwoniłem do Piotra Gabryela”.
Gabryel był wieloletnim wicenaczelnym tygodnika „Wprost”, ówcześnie jednego z kluczowych pism opinii w naszym kraju. „Prawicowi” dziennikarze dzwonili jednak do gazety, którą kierował Marek Król, w ostatnich miesiącach istnienia PZPR-u sekretarz Komitetu Centralnego.
„A jakie inne pismo mogło nas wtedy przygarnąć?” – zastanawia się Mazurek. „Polityka” miała własną stajnię autorów, polska edycja „Newsweeka” dopiero startowała. Co szkodzi zadzwonić?
„Sytuacja była zabawna. Oni byli przekonani, że chcemy etat, ale my ich szybko sprowadziliśmy na ziemię: wcale nie chcemy pracy. Możemy im co najwyżej dać rubrykę”.
Mogli sprzedawać teksty jako autorzy zewnętrzni. Raz w tygodniu. Za całkiem niezłe pieniądze.
„I dogadaliśmy się. Także na to, że teksty są nietykalne – że nikt ich nie redaguje”.
Sprawdź również: Pogrzeb Jana Frycza. Na Powązkach Wojskowych pożegnano wybitnego aktora
W ten sposób, na osiem kolejnych lat, aż do 2010 roku, Mazurek i Zalewski zakotwiczyli w tygodniku „Wprost”.
Jak wyglądała wówczas swoboda dziennikarzy w Polsce? Scenka z życia, rok 2002:
„Najpierw drobiazg: jedna zmiana w tym, co napisałem do rubryki. Dzwonię do Piotra: «Co to jest?». «Nie zwracaj uwagi, to pomyłka». Jakoś mnie rozmiękczył. Potem zmiana u Igora. W końcu przychodzi numer, w którym wycinają mi całą notkę. Na to Igor mówi: «Słuchaj, tak się dalej nie da». Idziemy do naczelnego. Mówimy: «Przyszliśmy się pożegnać». «Jak to? Co się stało?» «Zmieniacie teksty. Nie taka była umowa». «Nie, nie, spróbujmy jeszcze raz…» «Nie. My nie przyszliśmy negocjować. Przyszliśmy się pożegnać». I to był ostatni raz, kiedy «Wprost» coś zmienił bez naszej zgody”.
Może Cię zainteresować: Nawrocki o sile literatury. „Przenosi polskość przez pokolenia”
Stanęło na tym, że Mazurek i Zalewski zostają w tygodniku.
„Oni pierwsi odpuścili. Obiecali, że to się więcej nie powtórzy. A my powiedzieliśmy wprost: każda następna zmiana to koniec. Bez rozmów, bez tłumaczeń. Nawet «przypadkowo». Nie zmieniacie ani słowa. I oni to przyjęli”.
Nie znaczy to jednak, że nie było porozumiewawczych mrugnięć czy pełnych nadziei uśmiechów.
„Bywały takie telefony. «Słuchaj, jedziecie po polityku X, a my mamy z nim w tym numerze duży wywiad – możemy tę notkę przesunąć o tydzień?». «No dobra – ale w przyszłym tygodniu idzie». Albo: «To jest za grube, nie możemy tego puścić». Zaproponowałem wtedy taki nieformalny układ: co drugi raz się zgadzam, co drugi nie. I to działało”.
Kiedy tę rubrykę czyta się po latach, to wydaje się ona znakomitym przykładem dziennikarstwa przedinternetowego. Sprawia wrażenie, jakby to się pisało przy stoliku, w knajpie, w dobrze rozumiejącym się towarzystwie.
„Siedzieliśmy w Sejmie – i dokładnie tak to wyglądało. Siedzisz, rozmawiasz, czegoś się dowiadujesz. Ktoś coś mówi, ktoś coś podpowiada. I to spisujesz. Na początku pisałem jedną część, Igor drugą, ale co jakiś czas zamienialiśmy się dla higieny psychicznej”.
Sama nazwa była bardziej przemyślana, niż mogłoby się wydawać.
„Zastanawialiśmy się, czy nie zrobić «Z życia prawicy» i «Z życia lewicy». Ale zaraz przyszła myśl: «A Unia Wolności gdzie?». To nie miało sensu”.
Nagle można było pewne rzeczy napisać wprost. Bez owijania. Kawa na ławę. W osiągnięciu tego celu pomagała kpiarska formuła.
„Myśmy pilnowali jednej granicy – żeby nie wejść w czyste plotki. Chcieliśmy, żeby nie było tam rzeczy z czapy, pisanych tylko po to, żeby komuś dowalić. Założenie było proste: piszemy o tym, co się naprawdę wydarzyło. Czasem o czymś, o czym wszyscy wiedzieli – tylko dodajemy złośliwy komentarz. Czasem wyciągamy coś mniej oczywistego”.
Znaczące były reakcje polityków. Na początku udawali, że ich to strasznie denerwuje, a potem zaczęli sami podrzucać różne historyjki z własnego życia.
„Kazimierz Michał Ujazdowski przyszedł kiedyś i opowiadał, że był z synem na koncercie rockowym. Strasznie chciał ocieplić swój wizerunek. Wcześniej miał ksywę «Budyń», a po doktoracie zmieniła się na «Doktorant»”.
Z perspektywy rubryka wygląda jak zapowiedź dzisiejszego, autorskiego sposobu uprawiania dziennikarstwa. Kpiarstwo, złośliwości i trochę prawdy – mniej lub bardziej zawoalowanej. Ze złośliwościami można zresztą było przesadzić.
Polecamy także: W obronie wieku średniego. Ktoś musi to wreszcie powiedzieć
„Regularnie co drugi tydzień miałem poczucie, że przesadziliśmy. Ale patrząc na to dzisiaj, to wcale nie wydaje się aż tak ostre. W porównaniu z tym, co teraz się mówi i pisze, byliśmy grzeczni”.
Byli grzeczni, ale jako pierwsi w polskiej prasie opisali aferę Rywina:
„Mamy nieprawdopodobną historię! Jak Państwo wiedzą, rząd wysmażył ustawę, przez którą «Gazeta Wyborcza» nie będzie mogła kupić Polsatu. W tej sprawie do Wandy Rapaczyńskiej, szefowej Agory, przyszedł znany producent filmowy Lew Rywin. Zaproponował jej, że załatwi, iż rząd zmięknie, ale w zamian on ma zostać szefem Polsatu, Agora kupi jego firmę producencką i sypnie groszem dla SLD, a «Wyborcza» nie będzie atakować rządu. Niezłe, nie?
Ale to nie koniec! Rapaczyńska wszystko spisała i poszła do Adama Michnika. Ten zadzwonił najpierw do Szymczychy, Janika i Koźmińskiego, a potem do Millera. Premier spotkał się z Michnikiem i zaprzeczył, że wysyłał kogokolwiek jako mediatora. Przyznał jedynie, że mediować chciał szef TVP Brunatny Robert (Kwiatkowski). Na to Michnik wyciągnął zza pazuchy notatkę Rapaczyńskiej. Miller posiwiał.
Ale i to nie koniec! Rywin zadzwonił do Rapaczyńskiej, a ta spuściła go do Michnika. Naczelny «GW» rozmowę z Rywinem nagrał na dwa magnetofony (jeden miał za książkami, drugi w marynarce). Potem panowie spotkali się w trójkę: Miller, Michnik i Rywin. Zakłopotany Lew zwalił winę na Brunatnego Roberta, ale ten się wszystkiego wyparł. Morał: nie gadać z Michnikiem, bo nagrywa. I ważne dla bezrobotnych: za jakiś czas do wzięcia posada szefa Polsatu. Oczywiście, całą historię opowiedzieli nam prowokatorzy i my się od niej odcinamy, bo to na pewno nieprawda, przecież politycy zachowują się zupełnie inaczej!”
„Dziennikarz nie może pewnych rzeczy napisać. Tak jak my nie mogliśmy napisać o aferze Rywina. Napisaliśmy to w formie notek, że to jakieś plotki – oczywiście z sarkazmem. Byłem przekonany, że po tych aluzjach Lew Rywin natychmiast wytoczy nam proces”.
I nie wytoczył.
„A tymczasem myśmy to napisali wprost, po nazwisku. I potem się okazało, że całe śledztwo «Gazety Wyborczej» nie doszło do niczego więcej niż te trzy notki. Byłem pewien, że będzie proces – nie było”.
Ale niczego nie było, ani procesu, ani potwierdzeń, ani zaprzeczeń. Sprawa zdechła. Luiza Zalewska coś próbowała napisać w „Rzeczpospolitej”, a Janina Paradowska w „Polityce”. Rzeczą interesował się Tomasz Lis. Krótko po publikacji we „Wprost” pod ostrzał pytań Moniki Olejnik trafił Grzegorz Kurczuk – ówczesny minister sprawiedliwości. „Oczywiście się sprawą zainteresuję” – powiedział wówczas. Ale zapadła wielka cisza. Aż do chwili, kiedy 27 grudnia 2002 roku w „Gazecie Wyborczej” opublikowany został tekst, który stał się zapalnikiem najgłośniejszej afery III RP.
„To były takie czasy, kiedy dziennikarz miał podejrzenia, a nawet wiedzę – i nie mógł jej użyć”.

