Możliwość oddawania energii do sieci z akumulatorów samochodów elektrycznych to coś, co Japończycy stosowali na szeroką skalę już w roku 2013. Dziwne, że polski minister spraw zagranicznych dopiero dziś dowiedział się o takiej funkcji.

- Zadziwiające pytanie zadał na X minister Radosław Sikorski. Chciałby wiedzieć, czy samochody elektryczne mogą być magazynami energii.
- Minister zdaje się sądzić, że ta funkcja to wyróżnik samochodów z Chin.
- To tylko potwierdza, jak doskonali w marketingu są Chińczycy (a jak słabo wypada na ich tle Europa).
Za rok minie 20 lat od pierwszej udanej próby przekazania energii z samochodu elektrycznego do sieci. W 2007 r. dokonali tego Amerykanie, wykorzystując do tego pojazd Scion xB przerobiony na napęd elektryczny. Uznano, że wyniki są obiecujące i że podpinanie aut elektrycznych pod sieć mogłoby pozwolić ją stabilizować w momencie zwiększania zapotrzebowania na energię.
Prawdziwa rewolucja nadeszła jednak nieco ponad cztery lata później, wraz z premierą elektrycznego Nissana Leaf – pierwszego powszechnie dostępnego auta na prąd. O V2G czyli Vehicle-to-Grid zaczęło być głośno przy okazji wielkiej awarii elektrowni w Fukushimie. Po katastrofie wiele gospodarstw domowych w Japonii było pozbawionych prądu lub cierpiało z powodu przewlekłych przerw w dostawie prądu. Sprawa była głośna i powszechnie znana, to właśnie wtedy po raz pierwszy używano Leafów jako wspomagających magazynów energii. Od tego momentu prace nad V2G i V2L (vehicle to load) podjęło kilku innych producentów samochodów i wkrótce te funkcje stały się (niemal) standardem w autach elektrycznych.
Pod jednym względem minister Sikorski idzie w słusznym kierunku
To rzeczywiście Chińczycy jako pierwsi zastosowali na komercyjną skalę funkcję V2L, czyli samochód jako przewoźny bank energii do zasilania akcesoriów zewnętrznych. Różnica w stosunku do V2G jest taka, że nie potrzeba żadnej sieci, w którą się wpinasz, możesz po prostu podłączyć coś, co potrzebuje zasilania do swojego samochodu i gotowe. Było to jednak już 11 lat temu i pojawiło się w aucie marki BYD. Od tego czasu V2L i V2G spotykano również w samochodach japońskich czy europejskich. Ford, Mercedes czy Hyundai – to niektóre marki, które albo tę technologię już stosują, albo twierdzą, że ich samochody są „BD Ready” (bi-directional, czyli przepływ dwukierunkowy).
Chiński samochód za pół miliona złotych jest już z nami w pokoju. Istne szaleństwo
Trzeba tu wspomnieć o jeszcze jednym skrócie, tj. V2H – Vehicle to home, czyli zasilanie całego domu z samochodu. To „więcej” niż V2L, ale „mniej” niż V2G. Łącznie te wszystkie skróty opisuje się akronimem V2X – Vehicle to everything. Dostosowanie auta do V2X wymaga sporo technologii (a nie tylko oprogramowania, jak twierdzi minister), potrzebny jest na przykład dodatkowy inwerter przekształcający prąd stały na zmienny. Moc wyjściowa to zwykle od 3 do 4 kW, co pozwala na zasilenie choćby domu jednorodzinnego w trybie „awaryjnym”, czyli światło w jednym pokoju i lodówka. W przypadku V2G samochody elektryczne mogą być istotnym stabilizatorem sieci, jeśli jest ona oparta na odnawialnych źródłach energii, charakteryzujących się nieprzewidywalnością.
Ja jednak pytam ministra Sikorskiego
Panie ministrze, czy mieszka Pan w jaskini? Te technologie są znane od lat, a wykorzystywane nie tylko przez chińskich producentów. Publiczne pytanie o to jest zadziwiające, lepiej było chyba zapytać jakiegoś doradcę, żeby zorientował się w temacie. Wyjście do „ludu” w tym przypadku obnaża po pierwsze bardzo niski poziom wiedzy w kwestii samochodów elektrycznych, po drugie zaś pokazuje, że nawet wśród polityków z najwyższych kręgów powszechne jest mniemanie „to, co nowoczesne, przybywa do nas z Chin”. Trochę mnie martwi automatyzm tego podejścia: nowoczesność = Chiny, bo pokazuje niezwykłą skuteczność chińskiego marketingu, gdzie znane od lat rozwiązania pokazywane są jako coś zupełnie przełomowego, ubranego w nową nazwę, połączonego z szokującymi danymi technicznymi (w rodzaju 1000 KM mocy). To wszystko sprawia, że klienci również w Europie są gotowi uwierzyć, że chińskie samochody przywożą do Europy zupełnie nową jakość.
Wojsko nie wpuszcza na swój teren chińskich aut. W wojsku nie wiedzą, czym są chińskie auta
Na szczęście w komentarzach ludzie objaśniają świat wicepremierowi
Odpowiedzi są względnie sensowne, ale potem minister odpływa dalej, pisząc, że zastanawia się, czy taka funkcjonalność nie powinna być obowiązkowa. Jasne, dokładajmy dalej obowiązkowe elementy wyposażenia pojazdów, najlepiej jak najdroższe, żeby samochody elektryczne były wciąż droższe od spalinowych. Brzmi jak wspaniały pomysł (to sarkazm). Oczywiście pojawiają się też absurdalne pomysły od użytkowników X, jak pokrywanie samochodów elektrycznych panelami fotowoltaicznymi. Jeśli ktoś potrzebuje auta z V2X, bo ma dom, fotowoltaikę i może w określonych warunkach oddawać prąd zgromadzony w akumulatorach do sieci – to wspaniale, ale to dotyczy garstki ludzi. Natomiast niepokoi mnie, o co wicepremier Sikorski zapyta w następnej kolejności. Może na przykład zauważyć, że Chińczycy mają takie technologie, które pozwalają zlokalizować dany samochód w czasie rzeczywistym, a nawet go wyłączyć.
