Reklama
Reklama
Reklama

Pierwsze „dziecko z probówki”. Jak zmienia się myślenie o in vitro

TYLKO NA

Oskarżano ich o „igranie z Bogiem”. Dwóch brytyjskich lekarzy przez lata walczyło o to, by bezpłodność przestała być wyrokiem. 25 lipca 1978 roku, dokładnie 48 lat temu, odnieśli sukces, który zmienił nie tylko medycynę, ale i cały świat.

Just Leave Me Alone!
25 lipca 1978 roku na świat przyszło pierwsze "dziecko z probówki" (fot. Keystone / Getty Images)
  • Patrick Steptoe i Robert Edwards poznali się w 1968 roku. Pierwszy namacalny efekt ich współpracy przyszedł na świat dopiero po dekadzie.
  • Wcześniej, pomimo licznych prób, metoda in vitro nie przynosiła oczekiwanych rezultatów: żadna z kobiet, które się do nich zgłosiły, nie opuściła szpitala z dzieckiem na rękach.
  • Udało się dopiero Lesley Brown: 32-letniej Brytyjce, która przez dziewięć lat bezskutecznie starała się o potomstwo.
  • 25 lipca 1978 roku na świat przyszła jej córka, Louise, pierwsze w historii „dziecko z probówki”.
  • Dziś takich jak Louise są już miliony. Zmienia się myślenie o metodzie in vitro – również w Polsce.

„Normalne dziecko”.

Czasem najprostsze słowa okazują się najpiękniejsze.

Lesley Brown nie mogła mieć dzieci. Starali się z mężem przez dziewięć lat, imali różnych metod, ale z niedrożnymi jajowodami wygrać się nie dało. W 1976 roku, w akcie rozpaczy, zgłosiła się więc do Patricka Steptoe i Roberta Edwardsa: dwóch badaczy, którzy niemal dekadę poświęcili na to, by takim jak ona pomagać.

Reklama
Reklama

Nie obiecywali sukcesu. Mieli na koncie jakieś osiągnięcia, dawali promyk nadziei, ale przed Brown podjęli około stu prób – i żadna nie skończyła się całkowitym powodzeniem.

Czytaj również: Miliard złotych na in vitro. Jak zmieniła się liczba urodzeń?

Koledzy po fachu odsądzali ich od czci i wiary. Księża z ambony krzyczeli, że „bawią się w Bogów” i „igrają z ludzkim życiem”. „Urodzinami dziecka poczętego in vitro możemy otworzyć bramy piekieł!” – grzmiał przed amerykańskim kongresem James Watson, współodkrywca struktury DNA.

„In vitro”, czyli – z łaciny – „w szkle”, w odróżnieniu od procesów zachodzących „in vivo”, czyli wewnątrz żywego organizmu. Wbrew powszechnym przekonaniom, nie chodzi o to, by „wyhodować” dziecko w probówce. W szklanym naczyniu, owszem, dochodzi do połączenia żeńskich jajeczek z męskim nasieniem, ale po zapłodnieniu, w ciągu zaledwie kilku dni, zarodek trafia z powrotem do macicy i tam spędza kolejnych dziewięć miesięcy.

Reklama
Reklama

„Kilku dni”, czyli… Z badań Edwardsa wynikało, że czekać trzeba co najmniej cztery, może nawet pięć dób. No ale skoro tyle razy się nie udawało, skoro przez ponad pięć lat nie urodziło się w ten sposób żadne dziecko, skrócono czas spędzony poza macicą o połowę.

Pani Brown okazała się wielką szczęściarą: już po kilku tygodniach stało się jasne, że ciąża rozwija się prawidłowo.

Na własną rękę

Współpraca między brytyjskim fizjologiem Robertem Edwardsem a ginekologiem Patrickiem Steptoe rozpoczęła się w 1968 roku. Steptoe, pionier laparoskopii (czyli cienkich, minimalnych nacięć kosztem „rozrywania” całego brzucha) w Wielkiej Brytanii, potrafił obserwować jajniki kobiety i pobierać z nich komórki jajowe.

Edwards z kolei od lat pracował nad dojrzewaniem komórek jajowych poza organizmem, kierowany zresztą pierwotnie nie chęcią leczenia niepłodności, lecz badaniem i unikaniem wad chromosomalnych. Dopiero spotkanie ze Steptoe przekonało go, że opracowywana metoda może stać się realną formą terapii dla par bezdzietnych.

Reklama
Reklama

Prace prowadzono w skromnym szpitalu w Oldham. Zespół, powiększony jeszcze o pielęgniarkę i embriolożkę Jean Purdy, nie otrzymał wsparcia finansowego od brytyjskiej Rady ds. Badań Medycznych – przedmiot ich działalności uznano za zbyt kontrowersyjny, poza tym niespecjalnie wierzono, że mogą odnieść sukces. Działali więc na własną rękę, bez środków publicznych, licząc wyłącznie na zdesperowane ochotniczki.

Edwards (z lewej) i Steptoe po pierwszym szczęśliwym rozwiązaniu (fot. Keystone / Getty Images)

A trzeba było naprawdę sporej desperacji. Pionierskie lata leczenia niepłodności w niczym nie przypominały bowiem dzisiejszych eleganckich klinik. Kobiety spędzały po kilka tygodni w blaszanych barakach ustawionych na terenie szpitala w Oldham, gdzieś pod Manchesterem, oddając próbki moczu co trzy godziny – również w środku nocy – aby lekarze mogli skrupulatnie wychwycić gwałtowny skok hormonów sygnalizujący owulację.

Może Cię zainteresować: Pierwsza dama Marta Nawrocka nie chce ograniczać prawa do in vitro

Reklama
Reklama

Dokładnie dwadzieścia sześć godzin później cały zespół medyczny musiał być w gotowości, by przeprowadzić skomplikowaną operację laparoskopową i pobrać komórkę jajową. Po transferze zarodka pacjentkom nakazywano leżeć w specyficznych pozycjach z uniesionymi biodrami, wierząc, że grawitacja ułatwi implantację w macicy.

Normalna Louise

Pomimo niegasnących wątpliwości natury etycznej, sprawa pani Brown rozgrzewała opinię publiczną. Dziennik „Daily Mail” wykupił prawa do relacjonowania tej historii z bliska, a pod kliniką w Oldham – na długo przed rozwiązaniem – kłębił się tłum dziennikarzy i fotoreporterów z całego świata.

Edwards i Steptoe zdawali sobie sprawę z odpowiedzialności. Ciąży od początku towarzyszyła ogromna presja: nie tylko medialna, ale też prawna. Gdyby dziecko urodziło się z jakimikolwiek wadami lub doszłoby do powikłań okołoporodowych, odpowiedzialność spadłaby bezpośrednio na nich i ich eksperymentalną metodę. Gdy więc na dziewięć dni przed terminem u młodej matki wystąpiły drobne problemy z ciśnieniem, woleli nie kusić losu i podjęli odpowiedzialną decyzję o rozwiązaniu przez cesarskie cięcie. Mniej medialną, mniej efektowną, ale pewnie jedyną słuszną.

„Normalne dziecko” – tymi słowami, 25 lipca 1978 roku, dokładnie 48 lat temu, przywitano na świecie Louise Brown, pierwsze dziecko poczęte metodą in vitro. „Pani Lesley Brown i jej córeczka, pierwsze na świecie dziecko z probówki, czują się dobrze” – lakoniczna depesza obiegła świat, trafiając do wszystkich serwisów telewizyjnych i gazet. „Daily Mail” poświęcił małej Louise okładkę i rozkładówkę, nazywając ją „najsłynniejszym dzieckiem na świecie”.

Reklama
Reklama

Gazety na całym świecie oszalały na punkcie Louise (fot. x.com)

Ważyła 2,6 kg, miała silne płuca i zupełnie normalną budowę, rozpraszając mroczne wizje o narodzinach „potworów” czy zdeformowanych dzieci.

„To cud!” – pisano. Dla milionów bezdzietnych par w tunelu wreszcie zaświeciło światło. Niepłodność przestała być wyrokiem.

Mała Louise w towarzystwie rodziców (fot. Michel ARTAULT / Getty Images)

Reklama
Reklama

 

Polska też może

Środowisko medyczne, początkowo niechętne, zderzyło się z faktami. W 1980 roku Steptoe i Edwards otworzyli w Bourn Hall pierwszą na świecie prywatną klinikę leczenia niepłodności. W tym samym roku pierwsze dziecko z in vitro urodziło się w Australii, rok później w Stanach Zjednoczonych. W latach 80. na świat przychodziły kolejne maluchy – w tym młodsza siostra Louise, Natalie, która stała się dziesiątym dzieckiem z in vitro na świecie.

Medycyna rozwijała się w błyskawicznym tempie. Miejsce bolesnych i inwazyjnych laparoskopii zajęło nieinwazyjne pobieranie jajeczek przezpochwowo pod kontrolą USG. Opracowano metody zamrażania zarodków, a później samych komórek jajowych (witryfikacja). W latach 90. nadszedł przełom pod postacią mikromanipulacji ICSI – wstrzykiwania pojedynczego plemnika wprost do cytoplazmy komórki jajowej, co umożliwiło leczenie ciężkich postaci niepłodności męskiej.

Zapłodnienie pozaustrojowe przestało być skandalizującym eksperymentem; stało się standardowym procesem medycznym, za który Robert Edwards w 2010 roku otrzymał wreszcie w pełni zasłużoną Nagrodę Nobla. Dziś na świecie dzięki tej metodzie żyje już ponad 10–12 milionów ludzi.

Reklama
Reklama

Co ciekawe, metoda całkiem szybko – biorąc pod uwagę warunki bloku wschodniego – dotarła do Polski. Zaledwie dziewięć lat po narodzinach Louise, w Instytucie Położnictwa i Chorób Kobiecych Akademii Medycznej w Białymstoku, dzięki pracy zespołu pod kierownictwem prof. Mariana Szamatowicza, na świat przyszła malutka Magdalena Kołodziej.

In vitro nie takie straszne

O ile na Zachodzie zapłodnienie pozaustrojowe z dekady na dekadę „powszedniało”, stając się dla kobiet normalną, zdrową i bezpieczną alternatywą, o tyle w Polsce utknęło pośrodku ideologicznego sporu. Również ze względu na pieniądze: procedura jest dość droga, a jeszcze w latach 70. czy 80. kosztowała niemal tyle, co średnie roczne (!) zarobki przeciętnego obywatela. Potrzebne były więc dopłaty państwowe, a dyskusja o nich prowadziła z kolei do ogólnokrajowych debat.

Czytaj również: Polska demografia. Czy żłobki i in vitro nas uratują? Eksperci wyjaśniają

Przez ćwierć wieku nad Wisłą brakowało uregulowań prawnych, a przeciwnicy metody – na czele z Kościołem i środowiskami konserwatywnymi – bez zawahania mówili w przestrzeni publicznej o „szatańskim wymyśle”, eugenice i uśmiercaniu zarodków. Jako rzekomą alternatywę promowano „kalendarzyk” (mniej potocznie: naprotechnologię), czyli uważną obserwację cyklu kobiety. „Rzekomą”, bo przy uszkodzonych jajowodach czy nieruchliwości plemników metoda ta nie ma żadnego sensu.

Reklama
Reklama

Badania CBOS prowadzone od 1995 roku pokazywały trwałe poparcie dla umożliwienia niepłodnym małżeństwom korzystania z in vitro. W 2015 roku opowiadało się za tym 77 proc. badanych. Trzy czwarte uważało również, że państwo powinno przynajmniej częściowo finansować procedurę: 42 procent chciało pełnej refundacji, a 33 procent – częściowej.

Pomimo tego, pomimo twardych danych przemawiających na korzyść skoordynowanych rozwiązań systemowych, pierwszy rządowy program refundacji in vitro uruchomiono dopiero w 2013 roku. Dzięki niemu, w ciągu trzech lat przyszło na świat ponad 20 tys. dzieci. Gdy do władzy doszło Prawo i Sprawiedliwość – program skasowano, zastępując go Narodowym Programem Prokreacyjnym (opartym na… naprotechnologii). Ten, choć zainwestowano w niego miliony, przyniósł liczbę urodzeń na tyle znikomą, że partia niespecjalnie się nią chwali. A ciężar pomocy niepłodnym spadł na samorządy: oddolne inicjatywy podejmowano m.in. w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu czy Łodzi.

Wielki zwrot nastąpił w 2024 roku, gdy z inicjatywy obywatelskiej przywrócono pełną refundację in vitro z budżetu państwa, przeznaczając na ten cel pół miliarda złotych rocznie. Chętnych było tak wielu, że program natychmiast stał się ofiarą własnego sukcesu – osiem lat „pauzy” stworzyło ogromny, skumulowany popyt, a roczne budżety klinik wyczerpywały się w zaledwie kilka miesięcy.

Czytaj też: Szpital Południowy. Błąd przy procedurze in vitro. Media informują o aferze

Reklama
Reklama

Według najnowszych danych Ministerstwa Zdrowia do programu zakwalifikowano 52 915 par, uzyskano 30 971 ciąż klinicznych, a na świat przyszło 15 781 dzieci. Ponad dwa tysiące osób zamroziło też komórki rozrodcze przed leczeniem mogącym zniszczyć płodność, przede wszystkim terapią onkologiczną.

Zmiana była na tyle duża, że w Europejskim Atlasie Polityk Leczenia Niepłodności Polska awansowała z 41. na 19. miejsce. To pokazało, jak zmienia się myślenie, również w krajach, które złośliwie nazywa się „zaściankowymi”: in vitro nie jest już nieetyczną fanaberią, lecz realnym, potrzebnym i ważnym rozwiązaniem dla tych, których zawiodły naturalne metody.

A Louise Brown? Kończy dziś 48 lat, ma dwóch synów – obu poczętych naturalnie! – dom, męża, pracę i wiedzie zupełnie normalne życie. Tylko i aż tyle.

Louise Brown do dziś stanowi żywe świadectwo skuteczności in vitro (fot. LEON NEAL / Getty Images)

Reklama
Reklama