Reklama

Miliard złotych na in vitro. Kosztowna obietnica czy demograficzny ratunek?

Reklama
TYLKO NA

Program dofinansowania in vitro miał być ratunkiem dla naszej demografii. Czy wprowadzony w 2024 r. program okazał się jedynie kosztowną obietnicą wyborczą, czy realnie zmienił demograficzny krajobraz Polski?

in-vitro-christian-bowen-unsplash
W wyniku rządowego programu dofinansowania procedury in vitro urodziło się już ponad 10 tys. dzieci. (fot. Christian Bowen / Unsplash)
  • W 2025 r. na świat przyszło w Polsce 238 tys. dzieci. To o ponad 40 proc. mniej niż w 2017 r.
  • W ramach rządowego programu finansowania in vitro urodziło się ich już ponad 10 tys. 
  • Program nie odmieni naszej demografii, ale stanowi istotne wsparcie, którego nie należy ignorować.

Reklama

Kryzys demograficzny jest dziś jednym z największych, z którym przyszło nam się zmierzyć. Dzietność w latach 2017-2025 spadła z 1,45 do mniej niż 1,10. Liczba urodzeń w tym okresie zmniejszyła się z ponad 400 tys. do zaledwie 238 tys., czyli o ponad 40 proc. Przeciwdziałać negatywnym trendom miał m.in. wprowadzony w czerwcu 2024 r. rządowy program dofinansowania in vitro w Polsce.

– Dzięki tej inicjatywie zapewniamy parom zmagającym się z niepłodnością równy dostęp do procedury in vitro. Ten projekt to realny wpływ na poprawę sytuacji demograficznej w Polsce, ale przede wszystkim szczęście dla dziesiątek tysięcy rodziców i całych ich rodzin – poinformowała minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda w komunikacie MZ na temat programu.


Reklama

Miliard złotych, ponad 10 tys. dzieci

Rządowy program polityki zdrowotnej „Leczenie niepłodności obejmujące procedury medycznie wspomaganej prokreacji” w ciągu pierwszych 19 miesięcy funkcjonowania pochłonął już ponad 1 mld zł. Według danych Ministerstwa Zdrowia, w 2024 r. rząd wydał na niego 410,8 mln zł, natomiast w 2025 r. kwota ta wzrosła do 589,8 mln zł.


Reklama

W 2024 r. do programu dopuszczono 23,5 tys. par, podczas gdy w 2025 r. liczba ta wyniosła 18,9 tys. Eksperci przyznają, że zarówno na starcie, jak i teraz, program cieszy się dużym zainteresowaniem.

Pierwsze półrocze funkcjonowania programu było dla nas czasem wyjątkowej intensywności. Wielu lekarzy decydowało się na przesunięcie urlopów, by odpowiedzieć na ogromne potrzeby pacjentów. Od początku 2025 r. sytuacja się ustabilizowała, choć zainteresowanie in vitro utrzymuje się na stałym, wyraźnie wyższym poziomie niż przed wdrożeniem rządowego wsparcia – komentuje dr Alicja Gajewska-Kucharek, dyrektor medyczny Gyncentrum Katowice.


Reklama


Reklama

Do stycznia 2026 r. w ramach programu urodziło się 10,6 tys. dzieci, co stanowi realny wskaźnik efektywności procedur.

Kluczowe pozostaje pytanie – jak duży będzie wpływ rządowego programu na demografię w Polsce. Od lipca 2025 r. liczba urodzeń z programu nieprzerwanie przekracza 1000 miesięcznie. Rekordowy był pod tym względem grudzień 2025 r., gdy na świat przyszło aż 1430 dzieci (patrz: infografika).


Reklama

Liczba urodzeń w ramach rządowego programu dofinansowania in vitro. (fot. Zero.pl)


Reklama

Jak deklarują specjaliści z różnych klinik w kraju, program wciąż cieszy się dużą popularnością. Jeżeli przełoży się ona na kolejne urodzenia, to będziemy mówić o poważnym demograficznym wsparciu. Zakładając, że liczba ok.1150 urodzeń miesięcznie będzie utrzymywać się przez najbliższe kilkanaście miesięcy, to w skali roku będziemy mogli mówić o 13,8 tys. urodzeń. Biorąc pod uwagę, że rocznie rodzi się w Polsce 238 tys. dzieci, to znaczący wkład.


Reklama

Trudno jednak mówić o odwróceniu trendów demograficznych. Jeżeli przy 238 tys. urodzeń w 2025 r. osiągnęliśmy dzietność na poziomie ok. 1,08, to dodatkowe 14 tys. dzieci pozwoliłoby na wzrost współczynnika dzietności o 0,06. W naszej sytuacji każde urodzenie jest na wagę złota, ale samo in vitro nie jest czynnikiem, który może odwrócić demograficzne trendy w Polsce. Może jednak wyraźnie złagodzić dynamiczne spadki.


Reklama

Czy rządowy program dofinansowania in vitro istotnie wpłynął na liczbę urodzeń? (fot. Zero.pl)

In vitro nie uratuje nas przed kryzysem demograficznym, ale bez niego byłoby jeszcze gorzej

Dane pokazują jedynie, ile dzieci urodziło się dzięki rządowemu programowi in vitro. Nie ma natomiast pełnych informacji, o ile wzrosła liczba wszystkich urodzeń z tej procedury – refundowanych i tych, za które pacjenci płacą z własnej kieszeni. In vitro przecież istniało w Polsce przed 2024 r. i część par po prostu finansuje udział z własnych funduszy. Warto zatem zadać pytanie – jak dużo dzieci urodziłoby się w ramach procedury in vitro, gdyby nie było rządowego programu?


Reklama

Dane na temat procedur in vitro zbiera Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu i Embriologii (PTMRiE). Jak jednak zaznacza dr n. med. Anna Janicka z PTMRiE, statystyki te zbierane są na zasadzie dobrowolności – ośrodki nie mają obowiązku ich wysyłać oraz nie ma instytucji, która kontrolowałaby ich poprawność. Mimo tych ograniczeń, gromadzone przez PTMRiE dane pozwalają poznać skalę zjawiska urodzeń z procedur in vitro w Polsce.


Reklama

Najnowsze dostępne statystyki obejmują 2022 r. Odnotowano wtedy 8,1 tys. porodów. Oczywiście należy uwzględnić, że część tych porodów dotyczy bliźniaków i trojaczków, więc realnie liczba dzieci była nieco wyższa. W 2021 r. odnotowano 8348 porodów, a w 2020 r. było ich 7443. Można zatem bezpiecznie założyć, że prawdopodobnie bez rządowego wsparcia, w ramach procedury in vitro urodziłoby się w Polsce ok. 7-10 tys. dzieci.


Reklama

– W moim przekonaniu program zwiększył bezwzględną liczbę ciąż. Choć na pewno część pacjentek zdecydowałaby się na in vitro niezależnie od rządowego programu. Zaryzykuję stwierdzenie, że większość z uzyskanych już blisko 11 tys. urodzeń, nie pojawiłoby się bez tego programu. Dużą zaletą jest na pewno dofinansowanie aż sześciu prób leczenia. Wysokie koszty jeszcze niedawno sprawiały, że wiele par rezygnowało po dwóch nieudanych próbach. Każda kolejna procedura to kolejna szansa na uzyskanie ciąży – komentuje dr Gajewska-Kucharek.


Reklama

Podobnego zdania jest także Dorota Białobrzeska-Łukaszuk, prezes zarządu Grupy INVICTA.

Nowy rządowy program to nie tylko zapewnienie lepszego finansowania dla par, które i tak planowały poddać się procedurze in vitro. Przed programem, procedur in vitro było w Polsce mniej niż 20 tys. rocznie. Sam tylko program pozwala na przeprowadzenie dodatkowych 30-40 tys. procedur w skali roku. Dodajmy do tego, że nie wszystkie przeprowadzane dziś procedury są finansowane z rządowych środków. Nadal mamy pary, które zdecydowały się na prywatne finansowanie – dodaje Dorota Białobrzeska-Łukaszuk.


Reklama

Twierdzi także, że program wspiera demografię dwutorowo. Przede wszystkim chodzi oczywiście o większe wsparcie finansowe, w szczególności dla mniej zamożnych par. Drugim ważnym aspektem jest także charakter edukacyjny programu. Jak zdradza w rozmowie z Zero.pl prezes zarządu Grupy INVICTA, było to bardzo dobrze widać na przykładzie rządowego programu z lat 2013-2016. Nawet gdy finansowanie ustało, zainteresowanie leczeniem utrzymało się na znacznie wyższym poziomie niż kilka lat wcześniej. Wynikało to m.in. z lepszej świadomości społecznej na temat takich rozwiązań. Pary zdały sobie sprawę z tego, że zaburzenia płodności to problem, który można skutecznie leczyć.


Reklama

Zgłasza się więcej kobiet po 38. roku życia

Wprowadzenie rządowego programu dofinansowania in vitro w czerwcu 2024 r. znacząco wpłynęło na profil demograficzny pacjentek klinik leczenia niepłodności. Z jednej strony program stał się szansą dla kobiet w wieku późno-reprodukcyjnym, co potwierdza dr n. med. Karolina Wasilow z Kliniki "Genesis" w Bydgoszczy.

Od czerwca 2024 r., czyli początku funkcjonowania programu, zgłasza się do nas więcej kobiet po 38. roku życia. Znaczna część tej grupy to kobiety w wieku powyżej 40 lat, dla których ten program jest prawdopodobnie ostatnią szansą na macierzyństwo. W naszym ośrodku, blisko połowa zgłaszających się pacjentek stanowi właśnie te najstarsze – komentuje dr Wasilow.


Reklama

Równolegle do wzrostu liczby starszych pacjentek, w niektórych placówkach zauważalny jest odwrotny trend. Doktor Alicja Gajewska-Kucharek wskazuje, że z rządowego programu na procedurę in vitro decyduje się więcej młodszych kobiet. Poprosiliśmy także ginekolog o odniesienie się do popularnej w internecie teorii, że in vitro może przyczynić się do… dalszego spadku dzietności. Miałoby tak się dziać przez zachętę do odkładania decyzji o potomstwie, co zwiększyłoby średni wiek rodzenia.


Reklama

– To w moim przekonaniu bardzo szkodliwe stereotypy, ponieważ problemy z płodnością dotyczą także bardzo młodych kobiet. Nasze doświadczenia pokazują jasno – po uruchomieniu rządowego programu, wiek naszych pacjentek nie wzrósł, a spadł. Jeszcze niedawno, rzadko spotykałam się z pacjentkami przed 30. rokiem życia. Dziś to coraz częstszy widok. Z czego to wynika? Bardzo często takie pacjentki słyszały od lekarzy, że jest jeszcze czas, że szkoda wydawać tyle pieniędzy. Bywało tak, że po prostu ich sytuacja finansowa była jeszcze zbyt słaba, aby mogły pozwolić sobie na procedurę in vitro. Dziś, dzięki dofinansowaniu, zgłaszają się do nas nie tylko mniej zamożne, ale także młodsze pacjentki – podsumowuje dr Gajewska-Kucharek.

O komentarz w sprawie średniego wieku poprosiliśmy także Dorotę Białobrzeską-Łukaszuk. Prezes również nie zaobserwowała zmiany struktury wieku klientek. Zaznacza przy tym, że średni wiek kobiet poddających się procedurze in vitro różni się w zależności od miejsca.


Reklama

– Dla przykładu w naszych placówkach w Warszawie jest to 37 lat, zaś w Bydgoszczy to 34 lata. Generalna tendencja jest taka, że im mniejsze miasto, tym średni wiek pacjentek jest niższy – wskazuje.


Reklama

Doktor Karolina Wasilow zauważa, że zapłodnienie pozaustrojowe nie jest metodą pierwszego wyboru, lecz procedurą stosowaną w określonych wskazaniach.

– U kobiet poniżej 35. roku życia, jeśli nie występują bezwzględne wskazania do zastosowania in vitro, w pierwszej kolejności wdraża się postępowanie diagnostyczno-terapeutyczne. Jego celem jest ustalenie przyczyny niepłodności, a następnie zastosowanie leczenia przyczynowego. Natomiast u kobiet powyżej 35. roku życia, ze względu na ograniczający się czas reprodukcyjny oraz wyższą skuteczność zapłodnienia pozaustrojowego w porównaniu z innymi metodami leczenia, procedura in vitro może być rozważana na wcześniejszym etapie postępowania. Na kwalifikację do procedury wpływa wiele czynników klinicznych i indywidualnych, dlatego kluczowe znaczenie ma personalizacja leczenia – tłumaczy ekspertka.


Reklama

Jeżeli średni wiek wynosi zatem 37 lat, to nie oznacza, że dopiero w tym wieku zaczynają one starać się o dziecko. In vitro jest często ostatnim etapem wieloletnich i nieudanych prób.

Mężczyźni także mają problemy

Współczesna diagnostyka niepłodności coraz częściej kładzie nacisk na oboje partnerów, odchodząc od archaicznego postrzegania problemu płodności jako stricte kobiecego. Eksperci wskazują na konieczność równoległego badania mężczyzn, co pozwala na szybszą i bardziej precyzyjną kwalifikację do procedur wspomaganego rozrodu.

– Bardzo często spotykam się z podejściem, że problemy z płodnością utożsamia się wyłącznie z kobietami. Miałam już pary, gdzie pani była przebadana na każdy możliwy sposób, a partner nie zrobił nawet podstawowych badań. To błąd, ponieważ według literatury naukowej, mężczyźni odpowiadają za połowę problemów z płodnością – uważa dr Gajewska-Kucharek.


Reklama

Jak podkreślają eksperci, dziś problemy z płodnością mogą dotyczyć nawet 15-20 proc. par. Trudno wskazać jedną konkretną przyczynę – populacyjnie jest to raczej wypadkowa bardzo wielu czynników. Do najczęstszych przyczyn zalicza się: późniejsze decydowanie się na rodzicielstwo, przewlekły stres, zanieczyszczenie środowiska, otyłość, niewłaściwą dietę czy zaburzenia tarczycy.

Wszystko zatem wskazuje na to, że program refundacji in vitro ma realny i pozytywny wpływ na sytuację demograficzną Polski, ale trudno mówić w tym kontekście, że jest to gamechanger, który samodzielnie pozwoli zasypać lukę w liczbie urodzeń w Polsce.


Reklama