- Partie lewicowe zasadniczo zwalczają prywatną motoryzację – ma to bardzo różną postać, od głoszenia konieczności „większego wyboru” do odrzucania koncepcji prywatnego transportu w całości.
- Politycy partii lewicowych to jednak też normalni ludzie i czasem muszą gdzieś dojechać. Dlatego zwykle mają samochody.
- Niestety, w moim odczuciu jest to sytuacja nie do obrony. Gdyby weganina przyłapano na jedzeniu kabanosów, przestałby być weganinem.
Posiadanie prywatnego samochodu w Polsce trudno nazwać wyznacznikiem statusu społecznego, bo większość osób, które potrzebują samochodu, dawno go ma, nawet jeśli jego utrzymanie to spory punkt w ich wydatkach. A ci, którzy nie mają – zazwyczaj czynią tak intencjonalnie, uznając, że bez samochodu można świetnie sobie poradzić, jeżdżąc komunikacją zbiorową czy na hulajnodze elektrycznej. Zresztą jest to grupa osób, które najbardziej podziwiam za niezłomność, bo samemu nie potrafię sobie poradzić całkowicie bez samochodu, chociaż używam go względnie mało.
Politycy lewicowi prawie zawsze mają problem z motoryzacją
Moim ulubionym zabiegiem jest dehumanizacja użytkowników samochodów poprzez przeciwstawienie ich „ludziom”. „Miasto jest dla ludzi, a nie dla kierowców” – ta znana i lubiana prawda często bywa uzupełniana przez różne dodatkowe slogany, jak „samochodami powinni jeździć tylko ci, którzy muszą” albo „dość zawłaszczania miasta przez blachosmrodziarzy”. W okresie przedwyborczym te hasła ulegają pewnemu złagodzeniu albo są wręcz chowane pod stół, a politycy lewicy (Lewicy i Razem) pokazują się nawet w samochodach. Ostatnio za kierownicą widziano właśnie wspomnianą Aleksandrę Owcę. Jechała – lub też siedziała – w małym, miejskim samochodzie, jakim jest Lancia Ypsilon. Szanuję ten oryginalny wybór pojazdu, ogólnie szanuję każdego, kto z własnej woli jeździ niecodziennym samochodem. Zwłaszcza jeśli jest stary, a auto pani Aleksandry ma ponoć piętnaście lat. To chyba już dużo.
Volkswagen pozbędzie się popularnej europejskiej marki. Nie płaczcie za FSO
Trudno mi nadążyć za panią Aleksandrą
Z jednej strony jeździ samochodem, ponieważ krakowski transport publiczny jest słaby, ma wiele „białych plam”, a autobusy czy tramwaje jeżdżą rzadko. Z drugiej strony opowiada się za znaczącym zwężeniem kluczowej ulicy w Krakowie. Mowa tu o przebudowie ulicy Starowiślnej, która miałaby stać się jednokierunkowa (pisaliśmy o tym).
Z jednej strony wstrzymała się od głosu w sprawie strefy czystego transportu, ale z drugiej – kierowców nazywa „brumbrumiarzami”, co jest również charakterystyczne dla lewicy. Nazywają oni właścicieli samochodów w sposób zdziecinniały – autkarzami, brumbrumkami itp. – co ma sugerować, że posiadanie samochodu jest dziecinne, a poważni ludzie czekają na autobus. W jej programie widzę dużo marchewki dla osób bezsamochodowych, a stosunkowo mało kija na samochodziarzy. Jednak kij na samochodziarzy jest łatwiejszy do wprowadzenia i mogę się obawiać, że w tę stronę by to poszło – masz się przesiąść na tramwaj z własnego wyboru, a ten wybór ci ułatwimy, zwężając ulice i likwidując miejsca parkingowe. Mogę się tego obawiać, bo mieszkam w Warszawie, gdzie ten projekt jest właśnie realizowany na niesłychaną skalę.
Chcą się pozbyć Trzaskowskiego z ratusza. Tyle podpisów już zebrali
Oczywiście nie oczekuję od żadnego polityka całkowitej spójności poglądowej, wręcz wydaje mi się ludzką cechą, aby być trochę niespójnym – gdybym trafił na takiego spójnego, może bym nawet na niego zagłosował (o tym w dalszym akapicie).
Oczekuję jednak od polityków lewicy, żeby żyli życiem ludzi wykluczonych
Nie mówię, że moje oczekiwania są właściwe, być może są znacznie na wyrost. Mówię jedynie, że politycy lewicy wywołują u mnie konotację: reprezentujemy biedną część społeczeństwa, wywodzimy się z niej (wiem, że to najczęściej od dawna nieprawda), jeździmy tramwajem jak wy wszyscy. Na tym tle pozytywnie wypada Adrian Zandberg, którego na serio możemy spotkać w komunikacji publicznej czy Piotr Ikonowicz. Jeśli polityk lewicowy jeździ samochodem, staje się częścią problemu, który sam zwalcza.
Każdą zmianę – w moim mniemaniu – trzeba zacząć od siebie. Jeśli chcesz, żeby mniej osób jeździło samochodami, pozbądź się auta i wskocz na rower. Pamiętam dość nieudaną kandydatkę na prezydentkę Warszawy, Joannę Erbel. Ona faktycznie jeździła na czerwonym rowerze, i to w szpilkach, również na spotkania wyborcze. Było to całkiem niezłe posunięcie i choć pani Erbel wyborów nie wygrała, to przynajmniej z tego ją zapamiętałem. Coś nas łączyło, ja też jeżdżę więcej po mieście rowerem niż samochodem.
Przestańcie zamawiać to jedzenie. Nie da się już jeździć na rowerze
„Ograniczenie ruchu samochodowego to naturalny kolejny krok, który musimy podjąć, żeby w mieście po prostu łatwiej się oddychało”, mówi pani Aleksandra Owca. Wygląda na to, że Lancia musi zniknąć albo ustąpić miejsca czemuś na prąd. Dygresja: jaki właściwie jest problem z samochodami elektrycznymi w mieście? Ani nie emitują spalin, ani nie hałasują. Nie ma ich za bardzo za co nienawidzić, aktywistom pozostaje zarzut, że „zajmują miejsce”, tak jakby to miejsce należało do nich.
Co to za wegetarianin, co zajada schabowe?
Politycy lewicy mający własne samochody kojarzą mi się z propagatorami weganizmu, którzy raz na jakiś czas – no przecież nie codziennie – zjedzą sobie schabowego albo zagryzą piwo kabanosem. Nie ma w tym nic złego i nie jest to w ogóle dziwne, ale to przestaje być weganizm. Tłumaczenie, że raz na kilka dni trzeba użyć samochodu, bo istnieją sytuacje życiowe, gdy występuje konieczność, by załatwić coś szybko, brzmi śmiesznie. Są wszak ludzie, którzy nie mają prawa jazdy, a utrzymanie samochodu nadmiernie nadszarpnęłoby ich budżet domowy. Co mają oni zrobić, gdy przychodzi czas, by „załatwić coś szybko”? Pewnie wziąć kredyt, zrobić prawko i kupić furę. Gdyby polityk lewicy zasugerował coś takiego, od razu mógłby zapisać się do Konfederacji i powstałoby Konfederazem.
Kierowca autobusu przyszedł do pracy w spódnicy. ZTM go ukarał
Równie zabawne jest hasło, że samochodami powinni jeździć tylko ci, którzy muszą
Zdradzę wam niezwykły sekret. Tak już jest teraz: ludzie jeżdżą samochodem, bo muszą. A wiecie dlaczego muszą? Możecie zajrzeć do programu wyborczego Aleksandry Owcy, tam jest napisane: „w 2026 roku wciąż są miejsca, do których autobus dojeżdża raz na godzinę. A czasem wcale. Cięte są kursy autobusów i tramwajów, a bilety drożeją. Miasto rezygnuje z obiecanych inwestycji w linie tramwajowe”.
To wprawdzie o Krakowie, ale można to odnieść do innych miast w Polsce. W Warszawie także spada liczba pasażerów komunikacji zbiorowej. Powód jest prosty: z wyjątkiem niektórych połączeń w obrębie linii metra czas dojazdu wypada tragicznie w porównaniu z samochodem. A jednak w godzinach szczytu tramwaje i autobusy są wypełnione po brzegi, co pokazuje, że naprawdę nie wszyscy jeżdżą samochodami. Jeżdżą tylko ci, którzy muszą, bo nie stać ich na stratę np. dodatkowej godziny dziennie.
Wiele osób pisze: ale auto pani Owcy jest małe i spełnia zasady krakowskiej SCT
Ja dodam: nawet gdyby nie spełniało, to też nie problem, bo krakowianie mają bezterminowe zwolnienia dla aut, które nabyli przed wejściem w życie uchwały o SCT. Ponadto w swojej wypowiedzi pani Aleksandra podważała zasadność zwolnienia z SCT dla mieszkańców Krakowa, uznając, że ich wyłączenie zniweluje potencjalne skutki środowiskowe strefy. Czyli w pewnym sensie uznała projekt Miszalskiego za zbyt mało radykalny.
Próbuję na to patrzeć z punktu widzenia zdrowego rozsądku (o ile taki posiadam)
Nie jestem zdziwiony, że są osoby o lewicowych poglądach, które używają prywatnych samochodów spalinowych. Rezygnacja z własnego auta to rodzaj manifestacji ideowej, na którą wiele osób nie może sobie pozwolić, mając rodzinę i pracę. Jednak między „lewicowymi poglądami” a „startuję na prezydenta drugiego największego miasta w Polsce” jest wielka różnica. Jeśli nazywa się kierowców śmieszno-pogardliwymi określeniami, a samemu korzysta się z samochodu, to nadal nie ma w tym absolutnie nic złego poza utratą wiarygodności przekładającą się na wynik wyborczy. Mam wrażenie, że w czasach, gdy na każdym kroku napotykamy na braki wiarygodności u polityków, nie jest to specjalnie dziwne. Dziwny byłby polityk naprawdę spójny i wiarygodny. Politycy PiS i Koalicji Obywatelskiej należą do tych o najniższym stopniu spójności między poglądami a życiem. Ale to już nie o motoryzacji.
Podsumowując
Moim zdaniem nie da się połączyć reprezentowania lewicowych ideałów na szczeblu dużej polityki z posiadaniem prywatnego samochodu. Albo jedno, albo drugie. Nie odbieram w ten sposób prawa do jazdy autem dowolnemu politykowi i polityczce z lewej strony, po prostu nie czuję się komfortowo, gdy samochodziarze strofują mnie za to, że jestem samochodziarzem. Nie można mieć auta i nie być samochodziarzem. Pani Aleksandro, jest pani samochodziarą, miło mi widzieć panią w naszym zacnym gronie. Proszę się rozgościć, miejsc parkingowych jest dość dla wszystkich.
Jako ciekawostkę dodam, że druga lewicowa kandydatka na urząd prezydentki Krakowa, Daria Gosek-Popiołek z Lewicy w oświadczeniu majątkowym nie zadeklarowała posiadania samochodu o wartości powyżej 10 tys. zł. Mam nadzieję, że jeździ gratem za 5 tysięcy. Pani Daria w programie wyborczym deklaruje zmniejszenie SCT do granic strefy płatnego parkowania.
Jest tylko jedna śmieszniejsza rzecz od polityka lewicy jeżdżącego własnym autem. To polityk prawicy bez prawa jazdy i samochodu.


