
– Nie startuję po to, żeby zrobić jakieś dziwne fikołki, wchodzić w układy, ale żeby znaleźć jak najlepsze rozwiązanie dla Krakowa – deklaruje w rozmowie z Zero.pl Aleksandra Owca. Kandydatka Partii Razem na prezydenta miasta ostro atakuje premiera Donalda Tuska, a także swoją kontrkandydatkę wspieraną przez KO. – Monika Piątkowska jest betonową reprezentantką dworu Jacka Majchrowskiego – grzmi.
Piotr Białczyk, Zero.pl: Czy Aleksandra Owca chce zaorać Kraków i kontrkandydatów?
Aleksandra Owca, kandydatka na prezydenta miasta Krakowa, Partia Razem: To jest moje miasto i zrobiłabym wszystko, żeby mogło zacząć rozkwitać. Są pewne elementy, które trzeba trochę, metaforycznie rzecz biorąc, przekopać – na przykład kolesiostwo, wieloletni niedasizm, postawienie na interesy lobbystów, deweloperów czy branży turystycznej kosztem mieszkańców. To nie jest zaoranie, to zrobienie porządku po to, żeby Kraków mógł się wreszcie lepiej rozwijać.
A tak naprawdę dlaczego są te przedterminowe wybory? Jak to się w zasadzie stało, że niespełna dwa lata po wyborach samorządowych mieszkańcy wystawili prezydentowi czerwoną kartkę, odwołując go w referendum?
To było nagromadzenie kilku istotnych powodów, na czele na pewno była ogromna buta, z jaką Koalicja Obywatelska objęła władzę.
Koalicji Obywatelskiej po prostu sodówka uderzyła do głowy i wkurzyli wszystkich naprawdę bezczelną polityką kadrową, wkurzyli wszystkich wprowadzając trudne zmiany w sposób kompletnie nieprzygotowany, nie szanując głosu mieszkańców, pozorując dialog.
Z drugiej strony mieli zmotywowanych ludzi, którzy uważali, że Aleksander Miszalski nie powinien był wygrać w 2024 r. Suma tej wielkiej buty, kolesiostwa i niedocenienia lokalnych uwarunkowań doprowadziła do odwołania Aleksandra Miszalskiego.
Może Kraków to nie jest miasto dla młodych ludzi? W końcu dwoje pretendentów w tych wyborach ma łącznie jakieś 100 lat?
Nie zgodzę się, w tych wyborach będziemy mieli całkiem sporo młodych ludzi, chociażby kandydat PiS (Michał Drewnicki) jest ode mnie ledwie dwa lata starszy. Za to wyraźnie widać, co się dzieje z Koalicją Obywatelską, która najwyraźniej uznała, że główną wadą Aleksandra Miszalskiego nie była buta i arogancja, tylko wizerunkowa „młodzieżowość”.
Wystawili Monikę Piątkowską, która jest betonową reprezentantką dworu Jacka Majchrowskiego. Z drugiej strony wskazali na pełniącego funkcję prezydenta miasta Stanisława Kracika, który – trzeba to sobie otwarcie powiedzieć – rządzi w sposób nieprzystający do XXI wieku i do nowoczesnego europejskiego miasta.
Przecież Kracik pozwala sobie na szczerość – skoro mówi, że metra się nie zbuduje za 20 lat to chyba nie mija się z prawdą?
Nie wiem, czy to jest szczerość, bo nie ma żadnych danych, które wskazywałyby na istnienie innego harmonogramu. Ale jego wypowiedź jest na pewno przejawem stylu polityki Koalicji Obywatelskiej, do którego w Krakowie i nie tylko przywykliśmy. Jak coś jest w interesie ludzi – nie da się. Władza poddaje się na starcie, zamiast szukać rozwiązań. To jest lenistwo, a nie szczerość. Bo tam gdzie pojawiają się interesy lobbystów, deweloperów czy wielkiego biznesu jakoś zawsze się da.
I z tym musimy skończyć. Są całe środowiska polityczne, które w sentencji „nie ma i nie będzie” widzą wartość. Ta logika przez lata dawała im wygodną wymówkę żeby pobierać pensje za zwykłe nieróbstwo. Ale tak nie powinno wyglądać zarządzanie miastem.
Obok pani w tych wyborach startują także dwie inne kobiety: wspomniana senator KO oraz Daria Gosek-Popiołek. To są tylko trzy kobiety, czy aż trzy kobiety?
Jest to więcej kobiet niż w poprzednich wyborach, bo w 2024 r. nie było żadnej kandydatki w wyborach prezydenckich. Natomiast tutaj sprawa jest dosyć oczywista. Daria Gosek-Popiołek i Monika Piątkowska to są kandydatki opcji rządzącej w Krakowie. To nie są wybory o płci, tylko o tym, czy Kraków poradzi sobie z drastycznymi zmianami na rynku pracy, czy pokona kryzys mieszkaniowy, czy będzie wygodnym miastem do życia. Takiego Krakowa nie zbudowały rządzące od dekad partie wspomnianych kandydatek, a o taki Kraków walczy Razem – to nas fundamentalnie dzieli.
Czyli solidarności kobiet raczej w tym wyścigu nie będzie. A nie czuje się pani trochę taką chuliganką? Nawiązuję do tej debaty w „Super Expressie”, gdzie złamała pani pakt antysprzętowy i postawiła białe krzesło przed pulpitem Moniki Piątkowskiej. Widać było, że senator była wyraźnie niezadowolona z tego happeningu.
Nie dziwię się, że jej się nie spodobało, mówiłam przecież o epidemii kolesiostwa, a senator Piątkowska ma takie podejście typu „wprowadzę tych wszystkich reprezentantów różnych firm do magistratu, ale to dlatego, że to są eksperci”. To problem Krakowa od dekad, a ona próbuje to przedstawić jako swój atut. I to jest spójne z tym, co prezentował w swojej polityce Jacek Majchrowski.
Z drugiej strony jest Michał Drewnicki, przedstawiający się jako kandydat zmiany. Pan radny niedawno trzepał nawet dywan przed magistratem, żeby pokazać, że wyczyści miasto z układów. Ale to jest jakaś absolutna bujda. Wiemy co było, kiedy Prawo i Sprawiedliwość miało dostęp do wygodnych publicznych pensji za nic. Zaledwie kilka lat temu media opisywały, że Drewnicki (za czasów rządów PiS w Polsce – red.) zasiadał w Radzie Nadzorczej Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej Tychy. Dla ekipy zaplecza radnego z PiS znaczenia nie ma epidemia kolesiostwa tylko to, że dziś posady dostają kolesie z inną legitymacją partyjną.
Jest też Daria Gosek-Popiołek, która w swoich gazetkach wyborczych zapowiada przewietrzenie urzędu miasta. Tylko że ona odeszła z Partii Razem, żeby dołączyć do tego układu. Dokładnie po to, żeby móc działać w wygodnej, rządowej Nowej Lewicy, która jest w te układy umoczona dosłownie po uszy i która jeszcze przed samym referendum, w szczycie buty ostentacyjnie zrywała kworum Rady Miasta.
Jej partyjni szefowie poszli w koalicji z Jackiem Majchrowskim i z Koalicją Obywatelską w wyborach w 2018 r., w koalicji z Miszalskim w 2024 r. Teraz zgodzili się najwyraźniej, żeby pochowała ich logo, ale za ich pieniądze i w ich interesie opowiadała jak to trzeba z nich samych przewietrzyć magistrat.
Wracając do pytania o bycie chuliganką – jestem gotowa pokazać symbole, które są dla kogoś niewygodne, jeżeli to oznacza, że więcej osób zada sobie pytanie, co ci kandydaci reprezentują, jaka jest różnica pomiędzy tym, co ktoś mówi, a co ktoś zrobi. Bo w kampanii bardzo łatwo się opowiada bajki, ale ja bym bardzo chciała, żeby nasze miasto w końcu wybrało prawdziwą zmianę, a nie farbowane lisy.
Słowa, podpisy i zerwany pakt antysprzętowy. Wyborczy Kraków dał lekcję demokracji
Zmiana w przypadku kandydata na prezydenta zaczyna się od programu wyborczego. Przyjrzałem się pani propozycjom i – proszę się nie obrazić – one są z jednej strony przewidywalne, a z drugiej bardzo maksymalistyczne. Wyobraźmy sobie hipotetycznie, że zostaje pani prezydentem Krakowa: jakie trzy rzeczy realnie, od ręki, Aleksandra Owca wprowadza w Krakowie?
Nie będzie to oryginalne, ale potrzebny jest audyt, potrzebna jest weryfikacja polityki kadrowej, w tym zwolnienie osób, które zostały zatrudnione do tego, żeby zbijać bąki i mieć wygodny stołeczek.
Audyt chwilę potrwa, mi chodzi o decyzje natychmiastowe, które odczują mieszkańcy.
Mój program ma jeszcze jedną cechę, on jest dość krótki. Nie obiecuję gruszek na wierzbie. Mówię o kierunku, który trzeba wyznaczyć, ścieżce, którą trzeba przygotować.
Bo też kadencja będzie krótka, raptem dwa lata i kolejna kampania.
Na pewno nie będzie wyrzucania do śmieci planów poprzedników bez względu na to, czy to jest Aleksander Miszalski czy Jacek Majchrowski. Pierwsza zmiana usprawniająca realnie życie ludzi w mieście, którą można byłoby wprowadzić, to wspólny bilet na transport miejski, na kolej.
Druga sprawa to są mieszkania: musimy uregulować ten absolutnie dziki rynek najmu. Trzeba powołać biuro działające wewnątrz urzędu miasta – Krakowskie Centrum Bezpiecznego Najmu – które zastępowałoby pośredników.
Nie może być tak, że student przyjeżdżający na naukę musi na starcie wykładać 10 tys. zł na kaucję, pierwszy czynsz oraz stawkę pośrednika. To też nie są pieniądze dla młodego pracownika, który zarabia na przykład pięć tysięcy czy sześć tysięcy złotych.
Zostaje jeszcze trzecia kwestia – kwestia pracy. Przez dekady Jacek Majchrowski fotografował się z prezesami oddziałów międzynarodowych korporacji, chwalił się, że tutaj ściąga nowe miejsca pracy. Teraz te miejsca pracy masowo znikają.
To dramat wielu młodych ludzi – wkrótce mogą zniknąć całe kompleksy korporacji przy Kapelance czy Rondzie Mogilskim. Zagranicznym firmom łatwiej teraz przenieść swoje oddziały do Indii niż dopłacać za miejsca pracy w Krakowie.
Zgłaszają się do mnie kolejne zwalniane osoby, ostatnio też rozmawiałam z dyrektorem Grodzkiego Urzędu Pracy i oczywiście nie jest tak, że mamy na to panaceum i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ten problem zniknie. Natomiast miasto ma narzędzia, które mogą naprawić tę sytuację – miasto ma możliwości negocjacyjne, których nie mają pojedynczy pracownicy.
Musimy zadbać o to, żeby ten rynek pracy był zrównoważony, różnorodny, a nie był oparty wyłącznie o turystykę czy obsługę biznesu. Istnieje wiele metod na wspieranie lokalnych przedsiębiorców. Chcemy obniżyć ceny najmu miejskich lokali dla lokalnych biznesów. To po pierwsze da lokalnym przedsiębiorcom szansę na start, ale po drugie poprawi jakość życia w poszczególnych miejscach. Bo przecież każdy z nas potrzebuje mieć na swoim osiedlu miejsce, gdzie może naprawić telefon czy oddać marynarkę do prania. Miasto ma w swoim zasobie dziesiątki pustych lokali, które wystarczy tylko wyremontować i dobrze zagospodarować.
Naprawy wymaga chyba także ogólnie pojęty transport – Kraków jest być może miastem, gdzie jeździ się najgorzej samochodem, a opóźnienia komunikacji miejskiej są codziennością. Wracamy zatem do pytania podstawowego: co z tym metrem?
Metra nie zbudujemy ze środków miejskich, to jest za duża inwestycja, a Kraków ma duże zadłużenie. To musimy sobie powiedzieć otwarcie, bo ten plan, nie może blokować mniejszych inwestycji, które potrzebne są tu i teraz: zaplanowanych linii tramwajowych, modernizacji, uszczelnienia siatki transportu,
Ale przecież jeszcze niedawno premier stojący przed Centrum Kongresowym obiecał, że będzie, tylko Kraków musi ogarnąć całą „papierologię”.
Nie wiem jak delikatnie powiedzieć, jak bardzo nie ufam słowom premiera Donalda Tuska, ale nie ufam wcale. Nie jestem w stanie uwierzyć w żadną jego zapowiedź, dopóki nie zostanie zrealizowana i wydaje mi się, że to jest coś, co podziela jednak wraz ze mną wiele osób, nawet tych głosujących 15 października na całą koalicję.
Miało być 100 konkretów, jest jedna wielka klapa, więc cóż kosztuje go sto pierwszy „konkret”.
Ale akurat prawdą jest to, że do realizacji inwestycji z zewnętrznych środków trzeba mieć plany, studium wykonalności, decyzje środowiskowe, konsultacje społeczne, różne postępowania administracyjne. To musimy jako miasto przygotować i tego na pewno nie zaniedbam.
Czyli kiedy wbijemy pierwszą łopatę pod budowę metra w Krakowie?
Bez finansowania nie da się wbić łopaty. Nowy prezydent lub prezydentka mają wielkie wyzwanie, aby nie zaniedbać tego planowania – muszą wziąć plany poprzedników, zobaczyć ile z nich ma sens i zbadać, jakie są potrzebne metody realizacji.
A co z ruchem samochodowym? I spróbujmy się popatrzeć na to szerzej, w kontekście ostatniego tragicznego wypadku przy ul. Solnej, gdzie rodzice niemowlaka zostali zmieceni przez młodego kierowcę podrasowanego VW. Co zrobić, żeby w końcu było bezpiecznie na ulicach, a działania miasta nie były tylko pozorowane i reaktywne?
Potrzebujemy porządnego audytu bezpieczeństwa drogowego. To nie jest tylko przypadek Solnej, gdzie w pobliżu amatorzy głośnej jazdy urządzają sobie pojedynki rodem z „Szybkich i Wściekłych”. Miasto to nie jest tor wyścigowy ani studio dla kaskaderów. Musimy znaleźć takie rozwiązania, aby uniknąć takich tragedii w całym mieście.
Liczę, że uda nam się postawić na szybki, wygodny i bezpieczny transport. W drugim co do wielkości mieście w Polsce powinien być porządny transport publiczny, dlatego tak uparcie trzymam się kolei, która w Krakowie może radykalnie zwiększyć możliwość przemieszczania się. Wspólny bilet mieszkańca na kolej i transport miejski to coś, co chcę wprowadzić do końca tej skróconej kadencji. Mój program integruje kolej z miejskim transportem – to są w gruncie rzeczy rozwiązania proste i przetestowane w innych aglomeracjach. Po prostu wymagają wzięcia się do roboty, co naszą klasę polityczną nieco przerasta.
Transport musi być bezpieczny, przewidywalny w sensie punktualny, ale też powinien być czysty. Co ze strefą czystego transportu?
Tutaj chyba nikogo nie zaskoczę.
Do kosza, wszystko?
Nie, ta strefa została bardzo źle wprowadzona, ja nie głosowałam za nią, ale ma przecież konkretny cel. Uważam, że wprowadzenie druku tej wagi pod głosowanie dwa dni po zakończeniu konsultacji społecznych jest po prostu niepoważne. Takich zmian nie wprowadza się też z półrocznym wyprzedzeniem, bez właściwego systemu informacyjnego, bez odpowiedniego komunikowania zmian.
Dlatego też pod Wawelem mieliśmy referendum, a stanowisko stracił prezydent miasta. Nie dało się pójść na łatwiznę i ograniczyć strefę czystego transportu np. wyłącznie do Plant?
Moim zdaniem takie działania są po prostu głupie. To znaczy, jeżeli uważamy, że coś jest niepotrzebne, to powinniśmy walczyć, żeby tego nie wprowadzać. Jeśli chcemy poprawić jakość powietrza w Krakowie – a moim zdaniem powinniśmy, bo na tym cierpią zawsze najsłabsi, nasze babcie, ludzie z chorobami przewlekłymi, nasze dzieci, kobiety w ciąży – to znajdźmy i wprowadźmy skuteczne rozwiązania.
Jeśli bym wygrała wybory, to tej strefy nie zmniejszę, ani nie wyrzucę do śmieci, ale na pewno dostosuję ją do transportu publicznego i to nie tylko do park and ride'ów, ale też do przystanków kolei, przystanków autobusowych, tramwajowych, tak, żeby zrewidować granice w ten sposób, żeby każdy wiedział dokładnie, gdzie może przyjechać samochodem, gdzie ten samochód może zostawić i przesiąść się na transport publiczny.
Czyli druga obwodnica?
Nie, nie zmniejszenie do drugiej obwodnicy, ale rewizja granic w ten sposób, żeby dało się dojechać na przykład do transportu publicznego.
Sama powiedziała pani: „jeśli bym wygrała”. Ale sondaże nie do końca dają szansę na awans do drugiej tury.
Od rejestracji kandydatów nie było żadnego sondażu. A już sama rejestracja przyniosła przecież wiele niespodzianek – kandydat Konfederacji, ze strukturami tak słabymi, że nie umieją ogarnąć zbiórki 3 tysięcy podpisów w niemal milionowym mieście. Z drugiej strony lider sondaży złożył do komisji tysiące niesprawdzonych podpisów z jakimiś głupimi wadami.
Ja na razie mam w kampanii bardzo pozytywne odpowiedzi od mieszkańców. Nasi wolontariusze są na ulicach, rozmawiają z ludźmi, codziennie pukają do drzwi mieszkańców, rozwieszają plakaty, jeżdżą po mieście i zachęcają do głosowania. Nie mamy wielkich sponsorów, firm eventowych i innych fajerwerków. Ale energia setek osób zaangażowanych w kampanię jest prawdziwa. To dzięki niej zebraliśmy podpisy na długo przed kandydatami zamożnych partii.
Zostały nam jeszcze te trzy tygodnie i wydaje mi się, widzę to bardzo wyraźnie, że ta siła po prostu rośnie taką trochę kulą śniegową. Jestem więc dobrej myśli i mam ogromną nadzieję, że może się udać.
A jaki kierunek obierze pani po 27 września, jeśli jednak nie uda się awansować do II tury. Czy właśnie kończę rozmawiać z przyszłą wiceprezydentką przy Łukaszu Gibale?
Walczę o to, żeby po 27 września przygotowywać się do walki w drugiej turze.
Nie startuję po to, żeby zrobić jakieś dziwne fikołki, wchodzić w jakieś dziwne układy. Startuję po to, żeby znaleźć jak najlepsze rozwiązanie dla Krakowa.
To nie jest sekret, że Partia Razem miała koalicję wyborczą w 2024 r. z Łukaszem Gibałą. Przez pewien czas byliśmy w jednym klubie w Radzie Miasta Krakowa. Mamy pewne punkty wspólne. Teraz na pewno dalej bylibyśmy w stanie się w konkretnych sprawach dogadać, choć jest wiele rzeczy, które nas różnią.
Ale Razem jest w Krakowie – tak jak w innych największych miastach w Polsce – solidną, sprawdzoną siłą polityczną. Mamy setki członków w strukturach, setki nowych wolontariuszy, doświadczony sztab i zaangażowanych wyborców, których w zeszłym roku ponad 10 proc. oddało głos na Adriana Zandberga, a którzy dziś wieszają moje banery na swoich balkonach.
Mamy własny program, wartości i kierunek. I właśnie do nich będę przekonywać mieszkanki i mieszkańców przez te najbliższe tygodnie kampanii.
Zobacz również:

