Reklama
Kraj

Studia, których nie ma. Jak marketing wyprzedził prawo

Polska ma problem z niedocenianiem edukacji zawodowej. Zamiast go rozwiązywać, coraz częściej próbujemy przykrywać go atrakcyjniejszym nazewnictwem. Tak jest w przypadku tak zwanych studiów krótkiego cyklu – formy kształcenia przedstawianej jako nowoczesna innowacja edukacyjna, choć w świetle prawa i tradycji akademickiej studiami po prostu nie jest.

Wojciech Dąbrówka
Opinia autorstwa: Wojciech Dąbrówka
Dzisiaj 14:32
12 min
studenci siedzący w rzędach amfiteatralnej sali wykładowej, jedna ze studentek podnosi rękę podczas wykładu, w tle wykładowca przy mównicy
Studenci na wykładzie w sali uniwersyteckiej — to właśnie tak, w świetle prawa, powinny wyglądać prawdziwe studia. (fot. skynesher / Getty Images)
TYLKO NA
  • „Studia krótkiego cyklu" nie istnieją w polskiej ustawie o szkolnictwie wyższym – prawo zna jedynie kształcenie specjalistyczne, prowadzące do świadectwa, a nie dyplomu ukończenia studiów.
  • Nazywanie kształcenia zawodowego „studiami" to inflacja pojęć, która może wprowadzać kandydatów w błąd co do rodzaju otrzymanego dokumentu i poziomu wykształcenia.
  • Taka praktyka marketingowa uczelni zawodowych może budzić pytania z perspektywy prawa konsumenckiego i zainteresowania UOKiK.

Polska ma problem z prestiżem edukacji zawodowej. Zamiast go rozwiązać, próbujemy czasem przykryć go lepiej brzmiącą nazwą. Tak właśnie dzieje się w dyskusji o – trzeba to mocno podkreślić – tak zwanych studiach krótkiego cyklu.

Brzmi nowocześnie. Europejsko. Elastycznie. Trochę jak odpowiedź na rynek pracy, trochę jak edukacyjna innowacja, trochę jak brakujące ogniwo między szkołą średnią a uczelnią. Tylko że pod atrakcyjną nazwą kryje się zasadniczy problem: to nie są studia w klasycznym rozumieniu tego słowa.

Pomieszanie z poplątaniem

Co więcej, to nie są studia także w rozumieniu ustawy. Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce zna studia pierwszego stopnia, studia drugiego stopnia oraz jednolite studia magisterskie. Osobno reguluje kształcenie specjalistyczne. Nie ma w tej konstrukcji „studiów krótkiego cyklu" jako odrębnego rodzaju studiów.

Reklama
Reklama

Zobacz także: Wraca temat egzaminów na studia. Polacy zabrali głos

To jest raczej odpowiednik szkoły policealnej, przeniesiony do uczelni zawodowych, a więc takich, które kształcą wyłącznie do poziomu magistra. Kształcenie specjalistyczne nie jest wprawdzie szkołą policealną w sensie prawnym, ale jest do niej funkcjonalnie podobne: krótkie, praktyczne, pomaturalne, policealne, zawodowe i nieprowadzące do dyplomu ukończenia studiów.

Potrzebujemy precyzji

I właśnie dlatego warto bić na alarm.

Nie chodzi o to, że kształcenie krótkie, praktyczne i zawodowe jest niepotrzebne. Przeciwnie. Jest potrzebne bardzo. Polska gospodarka potrzebuje techników, specjalistów, operatorów, asystentów, pracowników nowych usług, ludzi przygotowanych do konkretnych zadań. Potrzebuje dobrej edukacji zawodowej, dobrze finansowanych szkół branżowych, mocnych szkół policealnych, kursów specjalistycznych, certyfikacji kompetencji i sensownego systemu uczenia się przez całe życie.

Ale właśnie dlatego nie należy udawać, że wszystko to są studia.

Bo jeżeli wszystko zaczniemy nazywać studiami, to słowo „studia" przestanie cokolwiek znaczyć.

Jasne ramy, standardy i zaufanie to podstawa

Piszę to z perspektywy osoby, która na co dzień mówi o sprawach szkolnictwa wyższego i nauki. Uczelnie nie potrzebują sztucznego poszerzania definicji studiów. Potrzebuje jasnych pojęć, stabilnych standardów, dobrego finansowania i zaufania społecznego. A zaufania nie buduje się przez marketingowe przesuwanie granic między różnymi typami kształcenia.

Reklama
Reklama

Studia nie są tylko zajęciami po maturze. Nie są tylko programem kształcenia w budynku uczelni. Nie są tylko zdobywaniem praktycznych kompetencji zawodowych. Studia oznaczają wejście w określony poziom kształcenia akademickiego: wymagający, pogłębiony, powiązany z metodą naukową, krytycznym myśleniem, samodzielnością intelektualną i odpowiedzialnością za wiedzę. Nawet studia praktyczne nie powinny być sprowadzone do szybkiego przeszkolenia do zawodu.

Marketingowy mord na rozumie

Tymczasem „studia krótkiego cyklu" są pojęciem wygodnym marketingowo, ale niebezpiecznym systemowo. Łagodzą napięcie między oczekiwaniami rynku pracy a rzeczywistą kondycją edukacji. Pozwalają uczelniom zawodowym powiedzieć: mamy nową ofertę. Pozwalają kandydatom usłyszeć: będziesz studiować. Pozwalają politykom ogłosić: zwiększamy drożność systemu.

Tylko że w tym wszystkim gubi się prawda podstawowa: krótsza ścieżka zawodowa nie staje się studiami dlatego, że nazwiemy ją studiami.

To jest zwyczajna inflacja pojęć.

A inflacja pojęć w edukacji bywa równie groźna jak inflacja pieniądza. Na początku wydaje się niewinna. Potem wszyscy przyzwyczajają się, że słowa znaczą coraz mniej. Na końcu dyplomy, świadectwa, tytuły i kwalifikacje zaczynają przypominać etykiety, które trzeba dopiero tłumaczyć pracodawcom, studentom i samym absolwentom.

Reklama
Reklama

Ktoś powie: ale przecież chodzi o poziom 5 Polskiej Ramy Kwalifikacji, a więc poziom pomiędzy szkołą średnią a studiami pierwszego stopnia. Właśnie. Pomiędzy. Nie zamiast. Nie jako studia. Nie jako licencjat w wersji light. Nie jako akademicki skrót dla tych, którzy nie chcą albo nie mogą przejść pełnej ścieżki.

Co na to przepisy?

Ustawa mówi tu o kształceniu specjalistycznym. Ma ono trwać nie krócej niż trzy semestry i prowadzić do uzyskania kwalifikacji pełnej na poziomie 5 PRK. Kończy się nie dyplomem ukończenia studiów, ale świadectwem dyplomowanego specjalisty albo dyplomowanego specjalisty technologa. Już sam ten język pokazuje, że ustawodawca odróżnił tę formę od studiów.

Reklama
Reklama

Jeżeli coś znajduje się pomiędzy szkołą średnią a studiami, to nazwijmy to uczciwie: kształceniem specjalistycznym, policealnym, zawodowym, pomostowym, kwalifikacyjnym. Ale nie studiami.

Skończmy z iluzją

Problem nie jest wyłącznie językowy. Język tworzy oczekiwania. Jeżeli mówimy młodemu człowiekowi, że idzie na studia, to on zakłada, że wchodzi w świat szkolnictwa wyższego w sensie właściwym. Jeżeli pracodawca słyszy, że ktoś ukończył studia, to myśli o określonym typie dyplomu i przygotowania. Jeżeli opinia publiczna słyszy, że uczelnie rozwijają studia krótkiego cyklu, to może uznać, że mamy do czynienia z nowym segmentem akademickości.

Może Cię zainteresować: Punkt odzyskany, rok stracony. OKE każą maturzystom czekać do jesieni. Co ze studiami?

A przecież mamy raczej do czynienia z próbą wypełnienia luki, którą od dawna powinny wypełniać dobrze zorganizowane szkoły policealne i nowoczesne kształcenie zawodowe.

Zamiast wzmacniać ten segment edukacji, przebieramy go w uczelnianą togę.

To błąd. Krótki cykl ubrany marketingową szatę jest jak świnka morska, tyle że ani to świnka, ani morska.

Sprawa dla UOKiK?

W tej sprawie nie chodzi wyłącznie o akademicką czystość pojęć. Chodzi także o ochronę kandydatów, którzy podejmują decyzje edukacyjne, finansowe i życiowe na podstawie informacji przedstawianych im przez niektóre uczelnie zawodowe.

Reklama
Reklama

Jeżeli uczelnia reklamuje kształcenie specjalistyczne jako „studia krótkiego cyklu", choć ustawa nie zna takiego rodzaju studiów, pojawia się pytanie nie tylko o precyzję języka, lecz także o standard rzetelnej informacji. Kandydat powinien od początku wiedzieć, czy zapisuje się na studia, czy na inną formę kształcenia prowadzoną przez uczelnię zawodową. Powinien też wiedzieć, jaki dokument otrzyma po zakończeniu nauki: dyplom ukończenia studiów czy świadectwo dyplomowanego specjalisty albo dyplomowanego specjalisty technologa.

To rozróżnienie nie jest detalem w świetle prawa. Dla kandydata może mieć zasadnicze znaczenie. Inaczej brzmi obietnica „studiów", a inaczej informacja o kształceniu specjalistycznym na poziomie 5 PRK. Inaczej odbiera się „studenta", a inaczej uczestnika programu, który nie kończy się uzyskaniem wykształcenia wyższego. Inaczej wreszcie wygląda decyzja o zapłacie czesnego, podpisaniu umowy czy wyborze ścieżki edukacyjnej, jeżeli nazwa programu sugeruje więcej, niż wynika z jego rzeczywistego statusu.

Dlatego takie nazewnictwo może rodzić pytania także z perspektywy prawa konsumenckiego. Odpłatne kształcenie jest usługą edukacyjną, a kandydat nie jest tylko „przyszłym studentem". Jest także konsumentem, który powinien otrzymać jasną, prawdziwą i niewprowadzającą w błąd informację o charakterze oferowanej usługi.

Nie przesądzam, że każda oferta opisana jako „studia krótkiego cyklu" automatycznie narusza prawo. To zależy od całości komunikacji: regulaminu, umowy, materiałów rekrutacyjnych, reklam, strony internetowej i tego, czy uczelnia wyraźnie wyjaśnia, że nie chodzi o studia pierwszego stopnia ani o uzyskanie dyplomu ukończenia studiów. Ale jeżeli w przekazie dominuje słowo „studia", a informacja o kształceniu specjalistycznym, świadectwie i braku wyższego wykształcenia jest ukryta, nieczytelna albo pomijana, to problem przestaje być wyłącznie terminologiczny.

Reklama
Reklama

Wtedy jest to już pytanie o to, czy kandydat nie jest zachęcany do zakupu usługi edukacyjnej pod nazwą, która może tworzyć mylne wyobrażenie o jej rzeczywistym charakterze.

A to jest dokładnie ten moment, w którym marketing edukacyjny powinien spotkać się z zainteresowaniem podmiotów odpowiedzialnych za ochronę konsumentów.

Nieudolna próba leczenia kompleksów

Polska nie potrzebuje udawania, że szkoła policealna jest małą uczelnią. Polska potrzebuje dobrych szkół policealnych. Dobrze wyposażonych, dobrze ocenianych, poważnie traktowanych, powiązanych z pracodawcami, elastycznych, ale też wymagających. Potrzebuje systemu, w którym technik, specjalista, praktyk i absolwent kształcenia zawodowego nie muszą być dowartościowywani przez sztuczne przypisywanie im akademickiej etykiety.

W tym sensie „studia krótkiego cyklu" są objawem głębszego kompleksu. W Polsce wciąż za bardzo wierzymy, że prestiż daje dopiero uczelnia. Że coś staje się poważne dopiero wtedy, gdy znajdzie się przy nim słowo „studia". Że edukacja zawodowa jest gorsza, więc trzeba ją nazwać inaczej, żeby brzmiała lepiej.

Więcej szkody niż pożytku

To myślenie szkodzi wszystkim. Szkodzi uczelniom, bo rozmywa ich misję. Uczelnia nie jest od tego, by każde szkolenie zawodowe przepuszczać przez akademicki język. Może i powinna współpracować z gospodarką, prowadzić studia praktyczne, rozwijać kompetencje, odpowiadać na potrzeby rynku pracy. Ale nie może zatracić różnicy między studiowaniem a szkoleniem.

Reklama
Reklama

Szkodzi szkołom policealnym, bo zamiast je wzmacniać, sugeruje, że ich własna nazwa i własna rola są niewystarczająco dobre. Jakby szkoła policealna musiała przestać być szkołą policealną, żeby ktoś potraktował ją poważnie.

Zobacz również: Zdolni uczniowie zaczynają przeszkadzać. Co dzieje się z edukacją?

Szkodzi kandydatom, bo może budować fałszywe oczekiwania. Młody człowiek ma prawo wiedzieć, czy idzie na studia, czy na kształcenie specjalistyczne. Ma prawo rozumieć, jaki dokument otrzyma, jakie będzie miał uprawnienia, czy będzie to dyplom ukończenia studiów, czy świadectwo dyplomowanego specjalisty. W edukacji nie wolno grać prestiżem słów.

Szkodzi wreszcie całemu systemowi, bo zaciera granice, które powinny być czytelne. Edukacja może być elastyczna, ale nie powinna być niejasna. Może być drożna, ale nie powinna być marketingowo rozmyta. Może oferować różne ścieżki, ale każda z nich musi być uczciwie nazwana.

Formy dostosowane do potrzeb

Nie jestem przeciwny kształceniu specjalistycznemu. Jestem przeciwny nazywaniu go studiami.

To zasadnicza różnica.

Jeżeli absolwent szkoły średniej chce zdobyć konkretną kwalifikację zawodową w krótszym czasie, powinien mieć taką możliwość. Jeżeli osoba dorosła chce się przekwalifikować, system powinien jej to ułatwiać. Jeżeli pracodawcy potrzebują specjalistów szybciej niż po trzech czy pięciu latach, państwo powinno tworzyć odpowiednie instrumenty. Ale odpowiedzią nie może być dewaluacja pojęcia studiów.

Reklama
Reklama

Nie każdy program po szkole średniej musi być studiami. Nie każda forma kształcenia prowadzona przy udziale uczelni musi być studiami. Nie każdy certyfikat, świadectwo czy kwalifikacja musi udawać dyplom uczelni.

Państwo a porządek

To nie jest kwestia snobizmu. To kwestia porządku.

Silne państwo potrzebuje jasnych nazw i czytelnych instytucji. Potrzebuje uniwersytetów, politechnik, akademii, uczelni zawodowych, szkół branżowych, szkół policealnych i kursów kwalifikacyjnych. Każdy z tych elementów może być ważny. Każdy może mieć swoją godność. Ale nie każdy musi być nazywany studiami.

Zobacz także: Nie za nasze pieniądze. Dziewięć krajów UE stawia ultimatum MKOl

Największym błędem byłoby stworzenie wrażenia, że mamy nową, atrakcyjną kategorię studiów, podczas gdy w praktyce powołujemy do życia formę kształcenia bliższą szkole policealnej. To droga do chaosu pojęciowego, a nie do podniesienia jakości edukacji.

Jeżeli chcemy poważnie rozmawiać o przyszłości szkolnictwa wyższego, musimy zacząć od prostego założenia: studia powinny pozostać studiami. Kształcenie zawodowe powinno być kształceniem zawodowym. A szkoła policealna nie stanie się lepsza tylko dlatego, że nazwiemy ją uczelnią w miniaturze.

Pomost ma łączyć brzegi, a nie je udawać

Można oczywiście tworzyć pomosty. Można uznawać efekty uczenia się. Można pozwalać absolwentom kontynuować edukację. Można budować przejścia między poziomami kwalifikacji. To wszystko ma sens. Ale pomost nie jest celem samym w sobie. Pomost łączy dwa brzegi właśnie dlatego, że ich nie udaje.

Reklama
Reklama

Studia krótkiego cyklu są więc złym kierunkiem nie dlatego, że krótkie kształcenie jest złe. Są złym kierunkiem dlatego, że próbują rozwiązać realny problem za pomocą prestiżowej etykiety. A polska edukacja nie potrzebuje kolejnych etykiet. Potrzebuje jakości, uczciwości i odwagi nazywania rzeczy po imieniu.

Jeżeli to jest kształcenie specjalistyczne, nazwijmy je kształceniem specjalistycznym.

Jeżeli to jest odpowiednik szkoły policealnej, nie bójmy się tego powiedzieć.

A jeżeli chcemy odbudować prestiż edukacji zawodowej, zacznijmy od tego, by przestać się jej wstydzić.

Źródło: Zero.pl
Wojciech Dąbrówka
Wojciech DąbrówkaPrawnik, nauczyciel akademicki, rzecznik Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich - autor zewnętrzny