Miał wrócić do mieszkania po zakończeniu remontu. Zamiast tego zmarł po kilku miesiącach pobytu w prywatnym domu seniora. To tylko jedna z historii opisanych w reportażu Moniki Krześniak, który odsłania zarzuty dotyczące zaniedbań wobec pensjonariuszy, fałszowania dokumentacji medycznej i wieloletniej bierności państwowych instytucji.

- Prywatny dom seniora w Siewierzu miał działać bez wymaganego wpisu do rejestru. Rodzina pensjonariusza i byli pracownicy opisują liczne nieprawidłowości w funkcjonowaniu placówki.
- Prokuratura Okręgowa w Sosnowcu umorzyła śledztwo po ponad pięciu latach. Rodzina zmarłego pensjonariusza złożyła zażalenie na tę decyzję.
- Według relacji świadków pomoc medyczna miała być wzywana zbyt późno, a decyzje o wezwaniu pogotowia należały do właścicielki ośrodka lub jej córki.
- Rodzina jednego z seniorów twierdzi, że mężczyzna trafił do szpitala dopiero w stanie krytycznym. Zmarł osiem dni po przewiezieniu na SOR.
- W reportażu pojawiają się zarzuty dotyczące fałszowania dokumentacji medycznej.
- Świadkowie twierdzą, że dom seniora zatrudniał osoby bez odpowiednich kwalifikacji, a leki i zastrzyki miały być podawane bez właściwego przygotowania medycznego.
Sprawa prywatnego domu opieki, do którego trafiali schorowani seniorzy, odsłania dramatyczny obraz zaniedbań. Z dokumentów, do których dotarła reporterka Kanału Zero Monika Krześniak, wynika, że w placówce miało dochodzić do sytuacji, w których pomoc medyczna była wzywana zbyt późno, a ciężko chorzy pacjenci umierali na oczach personelu.
– Kiedy zaczęłam zajmować się tą sprawą, nie przypuszczałam, że mogło dojść do wydarzeń tak dramatycznych i tragicznych dla bezbronnych seniorów, którzy trafili do prywatnego domu opieki – mówi dziennikarka.
Z jej ustaleń wynika, że lista nieprawidłowości dotyczących działalności placówki jest długa. Wśród zarzutów pojawia się m.in. kwestia fałszowania dokumentacji medycznej – nawet kilka miesięcy po śmierci jednego z pacjentów. Śledczy mieli również badać wątek nakłaniania świadków do składania nieprawdziwych zeznań przed organami wymiaru sprawiedliwości.
Najpoważniejsze pytania budzi jednak rola instytucji, które miały nadzorować działalność placówki. Jak wynika z materiałów zgromadzonych przez Monikę Krześniak, urzędnicy mieli wiedzieć o sytuacji panującej w domu seniora, ale przez długi czas nie reagowali.
– Wiedzieli. I co zrobili? Nic – mówi Monika Krześniak. Jak podkreśla, mimo skali ujawnionych nieprawidłowości i poważnych wątków sprawy, Prokuratura Okręgowa w Sosnowcu po ponad pięciu latach umorzyła postępowanie.
Miał wrócić do domu po remoncie. Nie doczekał tego dnia
Jedna z historii opisanych w reportażu zaczyna się latem 2020 r., w czasie pandemii koronawirusa. Córka chorego mężczyzny wraz z matką zdecydowały się umieścić go w prywatnym domu opieki w Siewierzu. Miało to być rozwiązanie tymczasowe – na czas remontu mieszkania, które rodzina chciała dostosować do jego potrzeb.
Przed podjęciem decyzji kobieta odwiedziła placówkę.
– Wcześniej byłam tam z mamą, oglądałam salę dla seniorów, oglądałam taką salę ogólną. Te powierzchowne warunki wydawały mi się w porządku. Wszystkie panie, które tam pełniły swoje funkcje – opiekunka i właścicielka – przekonywały mnie i moją mamę, że jest tam wspaniała opieka. Zapewniano nas także, że jest tam lekarz, który na bieżąco opiekuje się seniorami. Było to dla mnie istotne, bo tata mój był niezdolny do samodzielnej egzystencji – opowiada córka mężczyzny.
Rodzina planowała odebrać seniora z placówki ok. 16 grudnia 2020 r., po trzech i pół miesiąca pobytu. Tego dnia zadzwoniła córka właścicielki domu opieki. Przekazała, że mężczyzna jest w bardzo ciężkim stanie. Od ponad tygodnia miał gorączkę, był chory i bardzo źle się czuł. Poziom cukru we krwi przekraczał 500.
Córka seniora natychmiast zapytała, czy ojciec został przebadany pod kątem COVID-19. Trwała wówczas druga fala pandemii, a objawy mogły wskazywać na zakażenie. Usłyszała jednak, że placówka nie ma takiej wiedzy. Otrzymała numer telefonu do szpitala św. Barbary w Sosnowcu, gdzie miała uzyskać więcej informacji.
Lekarz, z którym skontaktowała się rodzina, opisał stan mężczyzny jako krytyczny. Senior był odwodniony, a poziom cukru nadal rósł – najpierw do ok. 600, później nawet do 800. Miał bardzo słabe parametry życiowe i prawdopodobnie czterokończynowy paraliż. Lekarz zapewniał rodzinę, że personel robi wszystko, aby ograniczyć jego cierpienie.
Mężczyzna trafił na SOR 16 grudnia. Przeżył jeszcze osiem dni. Zmarł w Wigilię o godz. 11:04.
– To był najgorszy dzień w moim życiu. To nie jest dla mnie żadne święto – mówi jego córka.
Kobieta powiadomiła sanepid. Jak relacjonuje, usłyszała, że do placówki wcześniej nie był kierowany wymazobus, a ognisko zakażeń nie zostało zgłoszone. Jej zdaniem mogło to oznaczać, że w domu seniora nie przestrzegano obowiązujących w czasie pandemii procedur.
Pytania o zbyt późną pomoc
Jedna z byłych opiekunek prywatnego domu seniora twierdzi, że w placówce dochodziło do sytuacji, w których pomoc dla podopiecznych była wzywana zbyt późno. Jak mówi, część seniorów trafiała tam w stosunkowo dobrym stanie, jednak mimo to ich kondycja szybko się pogarszała.
Kobieta wspomina przypadek pana Konrada. Jak relacjonuje, początkowo mężczyzna samodzielnie jadł, rozmawiał i funkcjonował bez większych problemów. Z czasem jego stan zaczął się jednak wyraźnie pogarszać.
– Tej nocy bardzo spadały mu parametry. Zadzwoniłam do pani Oli (córki właścicielki – red.), że trzeba wezwać pogotowie – mówi była opiekunka.

Reporterka Kanału Zero Monika Krześniak przed zamkniętym prywatnym domem seniora w Siewierzu (fot. Kanał Zero)
Według jej relacji zamiast karetki wezwano lekarza. Kobieta twierdzi, że stan seniora był już bardzo ciężki, a parametrów życiowych nie dało się prawidłowo zmierzyć. Lekarz, który przyjechał na miejsce, miał stwierdzić zgon.
Była pracownica ocenia, że podobnych przypadków mogło być więcej. Twierdzi również, że personel placówki nie mógł samodzielnie wezwać pogotowia, gdy stan podopiecznych się pogarszał. Decyzje w takich sytuacjach miały należeć do właścicielki domu seniora lub jej córki.
– My mogłyśmy tylko zmierzyć parametry i czekać na decyzję szefostwa – mówi. Jak dodaje, zdarzało się, że pogotowie było wzywane, ale jej zdaniem reakcja nie zawsze następowała wystarczająco szybko.
Według relacji byłej pracownicy, właścicielka i jej córka miały również decydować o podawaniu leków podopiecznym. Kobieta twierdzi, że robiły to mimo braku wykształcenia medycznego i bez wcześniejszej konsultacji z lekarzem.
Opieka bez odpowiednich kwalifikacji
Placówką zarządzała matka wraz z córką. Według relacji rozmówców, żadna z nich nie miała wykształcenia ani doświadczenia w zakresie opieki medycznej. Córka właścicielki miała być wówczas studentką pierwszego roku weterynarii i – jak opowiada jedna z byłych pracowniczek domu opieki – miała wykonywać podopiecznym zastrzyki.
Córka zmarłego mężczyzny dodaje, że do pracy w ośrodku miały być dopuszczane osoby bez odpowiednich kwalifikacji.
– Kwalifikacje były tam niepotrzebne, ale zgodnie z ustawą wszystkie opiekunki powinny mieć uprawnienia opiekuna medycznego albo co najmniej kilkuletnie doświadczenie w charakterze opiekuna lub pielęgniarki. Z tego, co wiem, żadna albo prawie żadna z tych pań nie miała takich kwalifikacji – dodaje córka podopiecznego ośrodka.
Kobieta opowiada także, że w placówce często korzystano z teleporad. Twierdzi, że robiono tak nawet w przypadku podopiecznych z otępieniem.
Dokumentacja medyczna była fałszowana po śmierci pacjenta?
To nie koniec listy formułowanych zarzutów. Córka zmarłego w ośrodku mężczyzny twierdzi, że podczas analizy dokumentacji medycznej ojca odkryła nieprawidłowości. Według niej część wpisów miała zostać sporządzona już po jego śmierci i nie odzwierciedlała rzeczywistego leczenia.
– Nie nawadniano go, nie podawano leków. To było wpisane po prostu później, znacznie później, po tym, jak już nie żył – mówi.
Tadeusz Jonczyk, specjalista ds. oprogramowania medycznego, potwierdza, że dokumentacja medyczna podopiecznego domu opieki była modyfikowana już po jego śmierci. Senior zmarł w grudniu 2020 r., a zmiany w dokumentach miały być nanoszone jeszcze kilka miesięcy później – w maju 2021 r.
Według rozmówcy Kanału Zero, zmieniano m.in. daty wizyt, dopisywano wywiady medyczne oraz anulowano recepty. Jak podkreśla, w elektronicznej dokumentacji medycznej każda ingerencja pozostawia ślad, dzięki czemu można ustalić, kto i kiedy dokonał zmian.
W sprawie powołano biegłego sądowego. Nie stwierdził on zmian w dokumentacji medycznej.
Jednak Tadeusz Jonczyk zauważa, że biegły analizował jedynie wydruki i zrzuty ekranu z programu Medica, a nie pełny techniczny zapis historii zmian.
Jak podkreśla, prawidłowa analiza wymaga dostępu do systemowych zapisów elektronicznej dokumentacji medycznej, które pozwalają odtworzyć historię wszystkich modyfikacji – m.in. zmian leków, recept czy wpisów dotyczących pacjenta.
– Zmiana dokumentacji po śmierci pacjenta jest dla mnie bezprawiem. Sprawdziłem te zapisy i różniły się one od dokumentacji przedstawionej przez biegłego. Te zmiany były głębokie i bardzo niepokojące – ocenia.
Urzędnicy wiedzieli o nielegalnej placówce
– Skontaktowałem się ze Śląskim Urzędem Wojewódzkim, żeby sprawdzić, czy placówka działa legalnie. Otrzymałem informację, że nie była wpisana do rejestru placówek zapewniających pomoc osobom niepełnosprawnym i że nie toczyło się nawet żadne postępowanie w sprawie wpisu – mówi bliski rodziny zmarłego pensjonariusza.
Dodaje, że mimo braku wpisu placówka aktywnie reklamowała się w internecie. Miała własną stronę internetową, wizytówkę w Google oraz pozytywne opinie. Po publikacji informacji o tym, że dom seniora miał działać nielegalnie, wizytówka placówki miała zostać usunięta.
Córka podopiecznego twierdzi, że urząd wiedział o nieprawidłowościach, jednak nie podjął skutecznych działań.
– To były całe segregatory korespondencji między Urzędem Wojewódzkim, strażą pożarną, nadzorem budowlanym i prokuraturą. Poza pisaniem tych pism nikt nie reagował – mówi.
Jej zdaniem wojewoda dysponował narzędziami, które pozwalały zamknąć placówkę znacznie wcześniej.
– Gdyby urząd zamknął tę placówkę, nie byłoby tylu pokrzywdzonych. Ona działała jeszcze przez kilka lat, mimo że była nielegalna – ocenia.
Kobieta uważa, że brak skutecznej kontroli sprawił, iż placówki działające poza systemem mogły unikać wymogów obowiązujących legalne ośrodki.
Jej zdaniem część kontroli nie odzwierciedlała rzeczywistej sytuacji panującej w domu seniora. Twierdzi, że podczas wizyt osoby przebywające w placówce miały być ukrywane, a dokumentacja nie oddawała faktycznych warunków. Uważa, że kontrole miały jedynie formalny charakter i nie doprowadziły do właściwej oceny rzeczywistej sytuacji seniorów.

Horror w domu seniora. Pytania, które Kanał Zero wysłał do urzędu miasta (fot. Kanał Zero)
„Ta sprawa może dotknąć każdego”
Córka jednego z podopiecznych przyznaje, że czuje się oszukana zarówno przez właścicielkę placówki, jak i przez instytucje odpowiedzialne za nadzór nad jej działalnością.
– Ta pani miała konkretny interes. Jak się później okazało, był to biznes prowadzony na szeroką skalę. Kontynuowała działalność, nie mając obaw przed organami ścigania, urzędnikami czy kolejnymi kontrolami – mówi.
Jak podkreśla, przez długi czas nie zdawała sobie sprawy ze skali problemu. Z czasem zaczęła jednak dostrzegać kolejne sygnały, które wzbudzały jej niepokój.
– Za każdym razem były te same pytania: czy jest COVID, czy tata ma objawy, czy są inni pacjenci, z kim przebywa w pokoju. Później dowiedziałam się, że tata mieszkał z osobą agresywną, z całkowitym otępieniem, prawdopodobnie chorobą psychiczną. Dla niego, jako osoby potrzebującej spokoju, było to bardzo trudne – relacjonuje.
Jak mówi, największe rozczarowanie budzi dziś w niej sposób działania instytucji odpowiedzialnych za nadzór nad takimi miejscami.
– Czuję się oszukana przez wymiar sprawiedliwości i przez instytucje, które powinny nad tym czuwać. Gdyby nie moje zaangażowanie, ta sprawa prawdopodobnie dawno zostałaby schowana głęboko w archiwach prokuratury. Nikt by się nią nie przejmował – mówi.
Jej zdaniem problem nie dotyczy wyłącznie jednej placówki, lecz całego systemu opieki nad osobami starszymi.
– Ta sprawa może dotknąć każdego. Czasy się zmieniają. Ludzie nie mieszkają już w wielopokoleniowych rodzinach, często nawet nie mieszkają blisko siebie. Każdy może kiedyś znaleźć się w sytuacji, w której zaufa takiemu podmiotowi – podkreśla.
Według niej obecny system kontroli jest niewystarczający.
Prokuratura: materiał dowodowy nie potwierdził przestępstw
Mimo zgromadzenia licznych materiałów w sprawie Prokuratura Okręgowa w Sosnowcu po ponad pięciu latach umorzyła postępowanie dotyczące działalności domu seniora.
Monika Krześniak zapytała o powody umorzenia śledztwa. Jakub Seweryn z zespołu prasowego Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu wyjaśnił, że w dwóch wątkach śledczy stwierdzili brak znamion czynu zabronionego, a w trzech kolejnych – brak danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa.
Prokurator przyznał, że śledczy analizowali znacznie szerszy materiał niż pojedyncze relacje świadków. Jak podkreślił, przesłuchano pracowników i pensjonariuszy domu seniora, zabezpieczono dokumentację medyczną oraz dokumenty dotyczące działalności placówki. To właśnie całość zgromadzonych dowodów miała doprowadzić do decyzji o umorzeniu postępowania.

Jakub Seweryn z zespołu prasowego Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu (fot. Kanał Zero)
Jednocześnie prokurator potwierdził, że właścicielka placówki została prawomocnie skazana w odrębnym postępowaniu za nakłanianie byłych pracownic do składania fałszywych zeznań. Zastrzegł jednak, że – zdaniem prokuratury – sam ten wyrok nie przesądza o odpowiedzialności karnej za pozostałe zarzuty dotyczące funkcjonowania domu seniora.
Rzecznik odniósł się również do kwestii legalności działalności placówki. Potwierdził, że dom seniora nie posiadał wymaganego wpisu do rejestru i działał bez zezwolenia wojewody. Jak zaznaczył, prowadzenie takiej działalności stanowi jednak delikt administracyjny, a nie przestępstwo. Dodał, że odpowiedzialność karna mogłaby wchodzić w grę jedynie wtedy, gdyby śledztwo wykazało bezpośrednie narażenie pensjonariuszy na utratę życia lub ciężki uszczerbek na zdrowiu. Według prokuratury zgromadzony materiał dowodowy nie pozwolił na takie ustalenia.
Prokurator odniósł się także do zarzutów dotyczących dokumentacji medycznej. Potwierdził, że w toku śledztwa biegły z zakresu informatyki śledczej stwierdził fałszowanie dokumentacji medycznej jednego z pokrzywdzonych. Ten wątek został wyłączony do odrębnego postępowania, które zakończyło się prawomocnym skazaniem lekarki wprowadzającej zmiany w dokumentacji.
Monika Krześniak próbowała skontaktować się z kobietami prowadzącymi ośrodek. Ani matka, ani córka nie odebrały jednak telefonu. Placówka już nie funkcjonuje. – Udało nam się ustalić, że pod tym samym adresem, pod którym funkcjonował prywatny dom seniora w Siewierzu została zarejestrowana spółka z „Dom Seniora” w nazwie – mówi bliski rodziny zmarłego pensjonariusza. Rodzina złożyła zażalenie na decyzję prokuratury o umorzeniu postępowania.

