„Lizzie Borden siekierę wzięła, matce czterdzieści ciosów zadała. Gdy zobaczyła, co uczyniła, ojcu czterdzieści jeden dołożyła”. Oto rymowanka, wokół której narosło niemal tyle samo mitów co wokół samej Borden – kobiety, którą przed 130 laty uniewinniono w procesie o brutalny mord na ojcu i macosze.
W zależności od tego, kogo spytacie, wierszyk albo jest dziś żelazną klasyką halloweenowych zabaw, albo przepadł wraz z ostatnim dzieckiem, które schowało na strychu kredę i skakankę. W 4. sezonie serialu „Potwory” powraca w rozmaitych konfiguracjach. Zazwyczaj po to, by scementować postać Borden jako odpustowy symbol kobiecej furii.
Podczas gdy w Ameryce trwa głośny proces Lindsay Clancy, która zabiła troje własnych dzieci, Netflix wraca z serialem, w którym domniemana morderczyni staje się ikoną sufrażystek. I nawet jeśli nie jest to najtańszy chwyt marketingowy po tej stronie Drogi Mlecznej, kwaśnego smaku w ustach nie zabije słodycz opowieści o „przejmowaniu kontroli nad własnym życiem”.
Nie deptać Prusa! Recenzujemy kinową „Lalkę”
Biedna mała Lizzie Borden
Sprawa Borden odbija się echem w XX-wiecznej popkulturze z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że uwielbiamy historyczne łamigłówki, a zarówno zeznania oskarżonej, jak i argumentacja obrony okazały się dziurawe jak ser szwajcarski.
Po drugie – kochamy narracje o buncie wobec wiktoriańskiej etykiety, co ma zapewne związek z generalną niechęcią do starych pieniędzy. Ojciec Lizzie, magnat branży pogrzebowej, pochodził z niezwykle zamożnej rodziny. Jej macocha wniosła do małżeństwa niewielki posag, ale szybko nasiąkła atmosferą zbytku i pokochała retorykę nowobogackiej elity.
Wreszcie – lubimy opowieści o skrzywdzonych jednostkach, dających susa poza tradycyjne systemy sprawiedliwości. Oczywiście w słusznej sprawie, którą w przypadku Borden była zemsta za nieludzkie traktowanie.
Scenarzyści serialu również przyjmują tę optykę. Nastoletnią Lizzie poznajemy w scenie przygotowań do potencjalnych oświadczyn. To sen na jawie o miłości aż po grób, księciu z bajki oraz uśmiechniętej, spełnionej życiowo macosze. Kiedy jednak przychodzi co do czego, a we włościach Bordenów pojawia się zalotnik, dziewczyna plami krwią menstruacyjną zabytkową kanapę pani domu, za co zostaje zrugana do nieprzytomności.
Macocha brzydzi się „małą” Lizzie, wyzywa ją od „końskich ryjów”, a gdy wiąże jej gorset, to dla zabawy dźga ją w plecy obcasem. Pogarda owdowiałego ojca ma źródła w sublimacji oraz patriarchalnej niemocy – łeb facetowi pęka od głupich i hałaśliwych kobiet, na domiar złego żadna nie przypomina jego żony-nieboszczki. Oboje poddają bohaterkę serii wyrafinowanych fizycznych i psychologicznych tortur, które w końcu doprowadzą do zbrodni.
W rzeczywistości podwójne morderstwo za pomocą siekiery okazało się wyjątkowo trudne do udowodnienia z powodu poszlakowego charakteru śledztwa. W serialu tymczasem wina bohaterki jest jasna jak słońce. Borden planuje zbrodnię na chłodno, wraz ze swoją nianią, wyzwoloną Irlandką o niemieckich korzeniach, która – jak to kosmopolitka – „liznęła Paryża”. No a przecież wiadomo, jak to jest z Paryżem. Jak raz tam pojedziesz, to wracasz z bagietką, tomikiem poezji oraz przeświadczeniem o tym, że świat to ocean atawizmów przykryty cieniutką warstwą kultury.
Zwycięzca, który nigdy nie żałuje. Co serial Netfliksa mówi o Mourinho?

Kadr z serialu „Potwór: Historia Eda Geina”, 2025, aut. Ryan Murphy, prod. Netflix (fot. materiały prasowe)
Liczy się efekt
Faktów tu niewiele, za to mnóstwo gierek w popkulturowe skojarzenia. Twórcy rozciągają paralelę między Borden, XVII-wieczną węgierską arystokratką Elżbietą Batory oraz pracownicą seksualną i seryjną morderczynią Aileen Wuornos, którą przed laty w filmie „Potwór” (bez żartów) oscarowo zagrała Charlize Theron.
Bajkę o Batory bohaterka czyta do snu. Bajkę o Wuornos poznajemy dzięki zaskakującym wizytom w przyszłości. Jak się okazuje, Aileen ma na punkcie Lizzie obsesję. Odwiedza jej dom, rozmawia z nią w snach, dzieli się ze swoją „poprzedniczką” gustem muzycznym oraz bolesnymi doświadczeniami. W najbardziej kuriozalnej scenie serialu uprawia seks ze swoją partnerką na kanapie należącej niegdyś do macochy Borden. Na tej samej kanapie ducha wyzionął ojciec bohaterki i to z niej niania sprała wybielaczem plamę po miesiączce.
Co łączy te kobiety? W gruncie rzeczy niewiele, choć scenarzyści ewidentnie chcieliby, żeby łączyło je wszystko. Elżbiecie Batory przypisywano kąpiele we krwi wioskowych dziewic, co historycy obalili jako element politycznego spisku. Wuornos zaczęła mordować mężczyzn po tym, jak sama ledwo uszła z życiem w konfrontacji z klientem.
Nie będę mądrzył się na temat kobiecej krzywdy, zwłaszcza w tak ekstremalnym oraz „historycznie zamaszystym” wydaniu. Zdaję sobie również sprawę, że dla wielu kobiet czyny Wuornos pozostają symbolem słusznego rewanżu na bezkarnych mężczyznach. Serial także idzie w podobną narrację, czyniąc z zeznania morderczyni emocjonalne jądro opowieści.
Zapytam natomiast, co tu właściwie robi Batory, której legenda rymuje się raczej z „Drakulą” niż ze współczesnością? Gdzie w tym wszystkim miejsce dla samej Borden, która – o ile w ogóle jesteśmy zainteresowani faktami – została uniewinniona? Na ekranie widzimy jej triumf, to oczywiste. Zachodzę natomiast w głowę, o jakim triumfie właściwie mówimy. O zwycięstwie sprytu i kalkulacji nad „kobiecą” zapalczywością? O zwycięstwie kobiety nad patriarchatem? Jednostki nad robaczywym systemem sprawiedliwości?
Serialowa Wuornos lamentuje nad faktem, że za czyny, które mężczyznom uchodzą na sucho, ona dostała poczwórną karę śmierci. W porządku, ale jak to się ma do Borden, która „oszukała system” i którą uniewinnili męscy ławnicy, bazując na argumentach o znikomej sile fizycznej (kobieta nie podniosłaby siekiery) oraz moralnej czystości (kobieta nie byłaby do tego zdolna)?
„Potwór: Historia Lizzie Borden” – dla kogo jest ten serial?
Pod względem tonu i nastroju serial lata po całej skali – od dramatu inicjacyjnego, przez groteskę i thriller, po czarną komedię. Każdy gra tu w innej produkcji. Niektórzy w baśniowym horrorze, inni w wodewilu, a jeszcze inni w naftalinowym, lesbijskim love story. Ustawiczna „beka” z konwencji true crime sprawia, że jakimś cudem „Potwór” jest obraźliwy i dla aktorów, i dla widza, i dla bohaterek.
Producent Ryan Murphy, czyli facet, który z podobnego, piramidalnego kiczu uczynił swój znak firmowy, nakręci pewnie ze trzy seriale zanim zajdzie słońce. I choć nad zjeżdżającą z jego taśmociągu konfekcją zwykle nie ma sensu się pochylać, „Potwory” są produkcją wyjątkową. W tym sensie, że dotykają niezwykle delikatnej społecznie i dramaturgicznie materii.
Bohaterami poprzednich sezonów byli Jeffrey Dahmer, bracia Lyle i Erik Menendezowie oraz Ed Gein. Dahmer, nekrofil i kanibal, zabił, a następnie poćwiartował siedemnastu mężczyzn i chłopców. Gein został skazany za dwa morderstwa, ale przypisywano mu ich znacznie więcej. Jako że patroszył swoje ofiary, a z ich skór robił meble, stał się na przestrzeni lat pierwowzorem wielu filmowych morderców – od Normana Batesa z „Psychozy”, przez Leatherface’a z „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, po Dzikiego Billa z „Milczenia owiec”.
Menendezowie zamordowali swoich rodziców – być może w odwecie za lata molestowania seksualnego i przemocy domowej (wersja obrony), a może z powodów finansowych (wersja prokuratury). Tak czy owak, ustawianie ich w jednym rzędzie z Geinem i Dahmerem zawsze wydawało mi się moralnie wątpliwe, nawet w ramach efektownej i naskórkowej opowieści o „legendach popkultury”. Podobnie ma się sprawa z Borden.
Murphy’emu najwyraźniej jest wszystko jedno. Liczy się jedynie to, żeby w ramach hollywoodzkiego koniunkturalizmu oraz zaogniania obyczajowej polaryzacji „dostrzec w potworze człowieka”. Sęk w tym, że ten rodzaj bezmyślnego (i zakwitłego na gruncie chciwości) relatywizowania seryjnych zbrodni jest, najzwyczajniej w świecie, szkodliwy.
Mordercy lepsi niż my
Nie trzeba przypominać, że Amerykanie wielokrotnie żałowali takiego podejścia do fenomenu seryjnych morderców. Choćby w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, gdy fascynacja „zwyczajnym złem" zaowocowała tzw. efektem naśladownictwa oraz narodzinami kolejnych zbrodniarzy. Nie wspominając nawet o wtórnej wiktymizacji, symbolicznym wymazywaniu ofiar z przestrzeni publicznej. W tym sensie serial Murphy’ego cofa telewizję w rozwoju o kilka dekad.

Kadr z serialu „Potwory: Historia Lyle'a i Erika Menendezów”, 2024, aut. Ryan Murphy, prod. Netflix (fot. mat.prasowe)
W najlepszej scenie 4. sezonu „Potworów” partnerka Borden obserwuje jej morderstwo jak zaklęta – wprawdzie trzyma drugą siekierę w dłoni, ale jest sparaliżowana. Choć głowę miała pełną frazesów o odradzaniu się z popiołów, nagle zostaje skonfrontowana ze zbrodnią w całej jej moralnej brzydocie.
W dobrym serialu byłby to przyczynek do opowieści o egzystencjalnej wadze takich decyzji. Być może również o ich moralnej słuszności, której prawo nie uwzględnia. Ale przede wszystkim – o wadze.
W serialu, który dostaliśmy, to jedynie fałszywy alarm. Żeby zabijać skutecznie i wywieść bezwolne marionetki systemu w pole, trzeba popracować nad swoimi słabościami. Żeby mi to było ostatni raz!
Influencerzy, motocross i Phil Collins. Pokaz „GTA VI” na Netfliksie wywołał u mnie opad szczęki
I tak Dahmer przemierza nocne miasto niczym antybohater z czarnego kryminału. Menendezowie zadają szyku w klimatach neonowego funku lat 80. Pocieszny dziadzio Gein siedzi w zakładzie psychiatrycznym i zamiast grać w bingo, pomaga profilerom z FBI łapać kolejnych morderców. Borden tymczasem pokonuje czas i przestrzeń, by zatańczyć do rytmu pop-feministycznych szlagierów.
Razem przypominają superbohaterską drużynę ofiar, które odwdzięczyły się oprawcom pięknym za nadobne. Pytanie tylko, czy naprawdę chcemy, by to właśnie oni reprezentowali nasze interesy w popkulturze? Nawet w rzeczywistości określanej przez kult indywidualizmu, język psychoterapii oraz tendencję do relatywizowania najgorszych zbrodni stać nas chyba na więcej.


