Reklama
Reklama
Reklama

Referendum w sprawie odwołania Trzaskowskiego. Radni nie wierzą w zebranie podpisów

Rafał Trzaskowski
Referendum w sprawie odwołania Trzaskowskiego. Radni nie wierzą w zebranie podpisów. (fot. Anita Walczewska / East News / Reporter)

Organizatorzy referendum w sprawie odwołania władz Warszawy twierdzą, że zebrali 100 tys. podpisów, a potrzebują 132 tys. Czas na zbiórkę mija 28 września. Radni PiS, KO i Lewicy wątpią w sukces akcji, choć z różnych powodów: jedni krytykują jej przygotowanie, inni polityczny cel.

  • Stołeczna Operacja Referendalna ma czas do 28 września na zebranie 132 tys. podpisów, czyli 10 proc. uprawnionych do głosowania. Według organizatorów mają już 100 tys.
  • Radni PiS krytykują termin i sposób przeprowadzenia zbiórki, KO wskazuje na popularność Rafała Trzaskowskiego, a Lewica nazywa akcję prawicową hucpą.
  • Nawet po zebraniu podpisów referendum musiałoby przekroczyć próg ok. 450 tys. głosujących. Jedyne dotąd referendum w sprawie odwołania prezydenta Warszawy, z 2013 r., było nieważne.

Gra o tron w regionie. Silna Polska w G20 potrzebuje Trójmorza

Stołeczna Operacja Referendalna ma czas do 28 września na zebranie 132 tys. ważnych podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania władz Warszawy. Organizatorzy, którzy ruszyli ze zbiórką po wybuchu afery w Szpitalu Południowym, poinformowali niedawno, że mają już 100 tys. podpisów.

Wśród warszawskich radnych, od prawej do lewej strony sceny politycznej, dominuje jednak sceptycyzm. Politycy różnych ugrupowań nie wierzą, że organizator uzbiera wymaganą liczbę podpisów, a tym bardziej doprowadzi do samego głosowania.

Reklama
Reklama

Do zwołania referendum potrzeba głosów 10 proc. warszawskich wyborców, czyli około 132 tys. osób. Do celu brakuje więc, według deklaracji organizatorów, ok. 32 tys. podpisów.

PiS: zbiórka ruszyła w złym momencie

Radny PiS Tomasz Herbich przyznaje, że start zbiórki podpisów w połowie wakacji i finał 28 września zwiększały ryzyko porażki.

– Z jednej strony oczywiście chciałbym, żeby doszło do odwołania Rafała Trzaskowskiego, ale uważam, że tego rodzaju akcje należy przeprowadzać w taki sposób, który daje gwarancję przynajmniej osiągnięcia pierwszego celu, czyli zebrania podpisów – powiedział.

Mimo krytycznej oceny przygotowań Herbich przekonuje, że wszystkim przeciwnikom prezydenta powinno zależeć na sukcesie zbiórki. Jak twierdzi, jej niepowodzenie wzmocni Trzaskowskiego.

Reklama
Reklama

Radny jest też bardzo sceptyczny co do szans samego referendum. Według niego organizatorzy powinni byli zgromadzić oponentów prezydenta od lewa do prawa, zamiast skupiać się na prawej stronie sceny politycznej.

KO i Lewica: polityczna hucpa

Wiceprzewodniczący Rady Warszawy Sławomir Potapowicz (KO) zapewnia, że Koalicja Obywatelska nie lekceważyła inicjatywy, ale zebranie ponad 130 tys. podpisów oceniano jako niezwykle trudne. Przypomina, że Trzaskowski zarówno w 2018, jak i w 2024 r. uzyskał najlepszy wynik już w pierwszej turze, co, jak mówi, świadczy o jego ogromnym kapitale politycznym i społecznym.

Akcje, które jego zdaniem nie służą rzeczywistej ocenie pracy prezydenta, lecz są polityczną hucpą, mają niewielkie szanse na powodzenie. Potapowicz dodał, że organizatorom brakuje politycznej, organizacyjnej i logistycznej siły, by referendum przygotować i przeprowadzić.

Szefowa klubu Lewica, Miasto Jest Nasze i Wspólne Jutro Agata Diduszko-Zyglewska określiła akcję jako prawicową hucpę, mającą rozchwiać spokojne zarządzanie kolejnym miastem.

– Oczywiście, że my jako Lewica mamy mnóstwo zastrzeżeń do sposobu zarządzania miastem przez prezydenta Trzaskowskiego, które wypowiadamy podczas sesji Rady. Tylko nie mam żadnych wątpliwości, że robienie teraz referendum nie jest lekarstwem na te problemy – dodała.

Reklama
Reklama

Wysoka poprzeczka i lekcja z 2013 r.

Zebranie podpisów to dopiero pierwszy krok. Aby referendum było ważne, musi w nim wziąć udział co najmniej trzy piąte liczby osób, które głosowały w ostatnich wyborach samorządowych, czyli około 450 tys. warszawiaków.

W stolicy odbyło się już jedno referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta. W październiku 2013 r. dotyczyło ono Hanny Gronkiewicz-Waltz. Inicjatorzy zarzucali jej m.in. złą organizację komunikacji miejskiej, podwyżki cen biletów, chaos wokół wywozu śmieci oraz opóźnienia w kluczowych inwestycjach, takich jak budowa metra i Mostu Północnego.

Głosowanie okazało się nieważne z powodu zbyt niskiej frekwencji. Do urn poszło 25,66 proc. uprawnionych, podczas gdy ówczesny próg wynosił 30 proc.

Obejrzyj także:

Reklama
Reklama