Od lat średni wiek samochodów w Europie rośnie i Polska nie jest tu wyjątkiem. Koncerny samochodowe muszą przejść z marchewki na kij, a pomogą im w tym władze krajowe i samorządowe.

- Raport Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wskazuje, że samochody w Polsce mają średnio ok. 16 lat.
- W Unii Europejskiej średni wiek to 12 lat.
- Producenci będą stosować różne metody nacisku, żeby skłonić ludzi do kupowania nowych aut.
Rozbudowany raport Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego o rynku motoryzacyjnym w Polsce zaczyna się smutnym zdaniem o tym, że powolna transformacja w stronę elektromobilności jest „dużym zmartwieniem” dla całej branży.
Mowa jest o dotkliwych, wielomilionowych karach dla producentów samochodów, które mogą wywołać „poważne problemy dla całego sektora”. Wygląda na to, że trzeba będzie te kary na kogoś przerzucić.
W czasach PRL, gdy samochodów było bardzo mało, stare auta należały do rzadkości. Średni wiek samochodów był bardzo niski, tak jak niska była ich trwałość. Jazda autem 10-letnim uważana była za sport ekstremalny, trzeba było mieć ze sobą bagażnik części, narzędzi, wiedzy i cierpliwości, a jeździło się głównie nie z punktu A do B, tylko od jednej awarii do drugiej.
Wraz ze zmianą ustroju pojawiła się możliwość zakupu i importu samochodów dużo lepszych i trwalszych, takich, które żwawo jeździły nawet mając 10-15 lat. Dziś żadnym wyzwaniem jest jazda samochodem 20-letnim, tj. z 2006 r. – spełnia on normę Euro 4, zapewne ma też już normalne wyposażenie z dziedziny bezpieczeństwa (ABS, poduszki powietrzne) czy komfortu.
Od lat brakuje istotnego bodźca, który skłoniłby społeczeństwo do gremialnego kupowania nowych aut. Powolne upowszechnianie się pojazdów elektrycznych takim bodźcem raczej nie jest, bo mimo ich szybkiego rozwoju nadal ustępują pojazdom spalinowym wszechstronnością i brakiem zdolności szybkiego pokonywania tras międzymiastowych.
Raport PZPM realistycznie ocenia liczbę aut w Polsce
W dokumencie podano, że łączna liczba samochodów osobowych w naszym kraju wynosi ok. 20,5 mln sztuk. To znacznie bliższa prawdzie wartość niż podawane jeszcze – zupełnie bezwstydnie – kilka lat temu wymysły o 26 czy nawet 27 mln samochodów.
Wreszcie zaczęto mówić wprost o pojazdach zarchiwizowanych w Centralnej Ewidencji Kierowców, czyli takich, gdzie nie odnotowano żadnej aktywności przez ponad 10 lat. Przyjmując liczbę ludności Polski na poziomie 37,3 mln, otrzymujemy wskaźnik 550 aut na 1000 mieszkańców. To nieznacznie mniej niż średnia dla Unii Europejskiej wynosząca 560/1000.
Oczywiście PZPM narzeka na średnią wieku aut w naszym kraju
I to jest kluczowa część. Średni wiek samochodu w naszym kraju to już ok. 16 lat i rośnie nadal. Jest to jednak proces, który postępuje i w całej Unii, i w Stanach Zjednoczonych. Średnia dla całej Unii Europejskiej właśnie przebija 12 lat, jest to też przypadkowo przeciętny wiek auta sprowadzonego.
Następuje więc sytuacja, w której auta importowane do Polski odmładzają nasz park samochodowy, a nie go postarzają. Bardzo ciekawą opinię w tej sprawie napisał w swoim czasie Jerzy Waśkiewicz z Instytutu Transportu Samochodowego – samochody importowane do Polski z zachodu zastępują jeszcze starsze i bardziej wyeksploatowane pojazdy i stanowią dla ich nabywców istotną zmianę jakościową.
Polacy kupują używane, bo na takie ich stać. O wzroście cen nowych aut w ostatnich 6-7 latach nawet nie będę się rozpisywał, przypomnę tylko, że jeszcze całkiem niedawno z salonu wyjeżdżało się nowym autem za ok. 30 tys. zł, a teraz najmniejszy model Dacii – elektryczny Spring z Chin – kosztuje od 73 500 zł.

Dacia Spring: wciąż lepsza niż czekanie na autobus.
Z punktu widzenia przeciętnego użytkownika samochodu rosnący średni wiek aut nie ma żadnego znaczenia. Ludzie po prostu trzymają dłużej swoje auta, niechętnie wymieniają je na nowe – sam jestem przykładem tej sytuacji.
Mój 12-letni samochód sprawuje się znakomicie, w zeszłym roku zainwestowałem w zabezpieczenie antykorozyjne podwozia i nowe opony. Nie odczuwam najmniejszej potrzeby zmiany na inny, ponieważ nie występują żadne poważne usterki ani niedogodności. Wjeżdża nawet bezpłatnie do obu stref czystego transportu w Polsce.
Producenci aut chcą, żebyś je co chwilę zmieniał
Dla producentów jest to istotny problem, ponieważ według ich biznesplanu powinienem był w tym czasie kupić trzy nowe auta: jedno w 2014 r., po czterech latach pozbyć się go i wziąć leasing albo kredyt na nowy, powtórzyć tę operację w 2022 r. i teraz w 2026 – po raz kolejny.
Wtedy wszystko by się zgadzało, oczywiście poza stanem mojego portfela. W tej samej sytuacji są setki tysięcy osób w Polsce i miliony w całej Europie. Producenci samochodów od lat narzekają na zbyt niski popyt na nowe auta na naszym kontynencie – można im się o tyle nie dziwić, że jeszcze w 2019 r. w Europie sprzedawało się 16 mln aut rocznie, teraz to raczej między 10 a 12 mln i to bliżej tej pierwszej wartości.
Ich inwestycje w fabryki, w innowacje, w elektryfikację – nie znajdują dość nabywców. „Stare” samochody okazały się zbyt udane i niezawodne, zwłaszcza benzynowe i hybrydowe.

Stara, 13-letnia Skoda Octavia raczej nie wygląda na swój wiek.
Producenci muszą coś zrobić, żeby ratować popyt, a że marchewka im trochę kończy się, to przychodzi czas kija. Samochody powinny być złomowane szybciej, a klienci zamiast wybierać używane mają kupować auta nowe i płacić comiesięczną ratę na rzecz leasingodawcy lub banku powiązanego z producentem auta. To sytuacja idealna, która wprawdzie generuje potworną liczbę niepotrzebnych, 10-letnich aut, ale wreszcie tabelki w Excelach koncernów motoryzacyjnych zaczęłyby się zgadzać. Jak to osiągnąć? Oto kilka metod.
Metoda pierwsza: strefy czystego transportu w dużych miastach
Na razie są względnie łagodne, chociaż przykład Krakowa pokazuje, w kogo tak naprawdę celują. Do dawnej stolicy zabroniono za darmo wjeżdżać dieslami starszymi niż 12 lat przy średnim wieku 16 lat, czyli poziom wykluczenia jest naprawdę wysoki – i dotyka w dużej mierze przedsiębiorców, zwłaszcza drobnych, korzystających z samochodów typu bus/van.
To oni będą musieli kupić nowsze auto, żeby móc świadczyć swoje usługi dalej. Jest to nic innego niż wymuszanie popytu przez nacisk na władzę.
Metoda druga: upowszechnienie samochodów elektrycznych
To prosta droga do załamania rynku wtórnego. Naturalna degradacja akumulatora sprawia, że 10-letni samochód elektryczny jest już zauważalnie gorszy niż nowy. Oczywiście to bardzo zależy od jego konstrukcji, można śmiało kupować 10-letnią Teslę – ale monitoruję ten rynek od dłuższego czasu i widzę, jak dramatycznie degradują najtańsze auta na prąd, a przede wszystkim w jakim tempie spadają ich ceny.
Już teraz używane auto elektryczne jest tańsze niż spalinowe z tego samego rocznika – mowa o pojazdach w wieku 6-10 lat. Po prostu nikt ich nie chce. Ta sytuacja też jest na korzyść producentów.
Metoda trzecia: skomplikowana konstrukcja pojazdów i konieczność spełniania przez nie wyśrubowanych norm
Połączenie tych czynników sprawia, że po paru latach wszystko nie ma prawa już działać tak idealnie jak wtedy, gdy było nowe. Nie bez powodu najdłuższe gwarancje obejmują siedem lat – po tym już producent przyznaje, że samochód nie będzie już „jak nowy”.
Nie bez powodu też normy Euro ważne przy homologacji powinny być spełniane przez maksymalnie 10 lat – co pojazd emituje później, nie zależy już od jego normy Euro, a od stanu technicznego i wcześniejszej eksploatacji. Dziś już nikt nie odróżni Euro 1 od Euro 2. Przy odpowiednio rygorystycznych badaniach technicznych nawet kilkuletnie samochody nie otrzymają dopuszczenia do ruchu, co miało miejsce nawet ostatnio w Szwajcarii.
Właściciele prawie nowych aut z przerażeniem dowiadywali się, że ich świeże auta, typu rok produkcji 2016, to już trująco-śmierdzące trupy i bez ogromnych inwestycji jeździć dalej nie mogą. Zresztą badania sprzed paru lat pokazały, że dane homologacyjne a emisje w prawdziwym życiu to dwie różne rzeczy.
To tylko niektóre z metod. Innych jeszcze na szeroką skalę nie wprowadzono, ale można je sobie łatwo wyobrazić, na przykład radykalne podniesienie cen ubezpieczenia dla starszych pojazdów. Bo czemu nie?
Podsumowanie
To, że samochody w Polsce (i w UE) się starzeją, to nie jest żaden problem. W polskich miastach powietrze zauważalnie się poprawia, liczba zabitych w wypadkach spada z roku na rok. Jest to problem tylko dla prezesów koncernów motoryzacyjnych, którzy pewnie będą musieli kupić sobie mniejszy jacht, a media przedstawiają to jako realne społeczne zagrożenie.
Nie może być przecież tak – ironia, gdyby ktoś nie zauważył – że klienci mogą sobie kupować co chcą i rozporządzać swoimi pieniędzmi wedle uznania. Trzeba się z nimi co miesiąc dzielić z korporacją.
