Reklama
Reklama
Reklama

Nawrocki pokrzyżował plany Tuska? Politolog kreśli cztery możliwe scenariusze

TYLKO NA
sklejki-kasjana-14
Politolog Sergiusz Trzeciak kreśli scenariusze ws. Trybunału Konstytucyjnego (fot. Marcin Obara / PAP)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Przejęcie kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym w okresie świątecznym miało ułatwić operację koalicji, jednak reakcja opozycji zaskoczyła autorów planu – twierdzi dr Sergiusz Trzeciak. Politolog wyjaśnia na Zero.pl, dlaczego spór prawny zastąpiły emocjonalne obrazy z nocnych zajść i jak zwołane przez Pałac Prezydencki konsultacje wpłyną na układ sił na scenie politycznej.

Śledź naszą relację live z wydarzeń w Trybunale Konstytucyjnym. 

Kasjan Owsianko, dziennikarz Zero.pl: Dlaczego właśnie teraz koalicja rządząca zdecydowała się na przejęcie Trybunału Konstytucyjnego?

Dr Sergiusz Trzeciak, ekspert marketingu politycznego i autor książek, m.in. „Drzewo kampanii wyborczej 2.0, czyli jak wygrać wybory”:  Termin został bardzo precyzyjnie wybrany. To nie był przypadek. Z punktu widzenia kalendarza politycznego, dla rządu był to moment niemal podręcznikowy: okres Wszystkich Świętych, w kraju dzieje się mniej, uwaga opinii publicznej jest rozproszona, a prezydent leciał do Senegalu. Takie twarde przesilenia instytucjonalne najczęściej przeprowadza się właśnie w podobnych oknach czasowych.

Z jednej strony moment wydaje się przemyślany, bo Wszystkich Świętych odciąga uwagę, ale z drugiej – to czas, kiedy ludzie spotykają się i mają możliwość, żeby rozmawiać o tym, co się dzieje.

Reklama
Reklama

To prawda. Tyle że w sztabach przy takich operacjach zawsze zakłada się wariant dla siebie optymistyczny. W korzystnym dla władzy scenariuszu chodziło o pokazanie twardemu elektoratowi, że rząd wreszcie bezkompromisowo przywraca legalność działania Trybunału Konstytucyjnego i nie cofa się przed skutecznymi metodami. Wielu wyborcom Koalicji Obywatelskiej te zdecydowane kroki bardzo się spodobały.

Niedoszacowano jednak skali oporu – tego, że nie tylko Prawo i Sprawiedliwość natychmiast wyjdzie z twardym protestem, ale że zjednoczą się wszyscy liderzy prawicowej opozycji. Przede wszystkim nie przewidziano, że prezydent podejmie decyzję o natychmiastowym powrocie do kraju. Prawdopodobieństwo takiego obrotu spraw uznano zapewne za niskie.

Zaskoczeniem była też dynamika protestów oraz to, jak błyskawicznie sprawa zdominowała media społecznościowe, stając się tematem numer jeden w kanałach informacyjnych i w sieci.

Mam wrażenie, że w tej chwili to już nie jest spór merytoryczny, tylko licytacja na czyste emocje społeczne.

Od dłuższego czasu argumenty jurydyczne nie mają większego znaczenia, bo nie budzą w społeczeństwie takich emocji jak obrazy i symbole, które zobaczyliśmy w nocy przed gmachem Trybunału. Te kadry pracują dziś silniej na korzyść prawej strony – po stronie koalicyjnej nie było tak nośnego wizualnie przekazu.

Widać to w sieci.

Reklama
Reklama

Znamienne jest, jak to samo wydarzenie jest skrajnie odmiennie interpretowane przez obie bańki. Weźmy chociażby nocną szarpaninę z udziałem prezydenta: dla zwolenników prawicy to skandal, w którym pierwszy strażnik konstytucji, chcący podjąć rozmowy w gmachu Trybunału, jest fizycznie zatrzymywany i niewpuszczany do środka. Dla drugiej strony ta sama scena wyglądała zupełnie odwrotnie – jako niedopuszczalne zachowanie głowy państwa, atakowanie kobiety, szarpanina i próba siłowego wtargnięcia.

Żyjemy w dwóch równoległych rzeczywistościach informacyjnych i ten sam fakt jest odczytywany w zależności od politycznych barw odbiorcy.

Czy to nie cementuje podziału sceny politycznej według nowej linii – nie tej parlamentarnej, a rządowo-prezydenckiej?

Pamiętajmy, że podział na zwolenników i przeciwników prezydenta w ogromnej mierze pokrywa się z dotychczasowym podziałem na umowną prawicę i obecny obóz władzy. Te elektoraty w znacznej mierze się przenikają. Natomiast prezydent bezsprzecznie wyrasta dziś na naturalnego lidera całej tej strony sporu.

Mało w tym wszystkim Donalda Tuska.

Donald Tusk w bardzo przemyślany sposób nieco usunął się na chwilę w cień – obserwuje rozwój sytuacji i kalkuluje. Jeśli operacja okaże się komunikacyjną porażką, premier nie będzie chciał być jej bezpośrednią twarzą; jeśli uzna, że bilans polityczny jest dodatni, zacznie mocniej wychodzić do przodu.

Reklama
Reklama

To przejaw wielkiego doświadczenia i zmysłu politycznego Tuska. On doskonale zdawał sobie sprawę, że ten krok wywoła protesty – mógł niedoszacować ich natężenia, ale sam opór był w to wkalkulowany.

I ta kalkulacja nadal była dla rządu opłacalna?

Taka gwałtowna polaryzacja jest Tuskowi na rękę: stawia jego własnych koalicjantów pod ścianą i zmusza ich do bezwzględnej lojalności. W takich warunkach nie ma już przestrzeni na żadne niuansowanie. W ten sposób premier cementuje rząd, utwardza własną bazę i pokazuje realizację obietnicy „zrobienia porządku z Trybunałem”.

Dodatkowo w pierwotnej kalkulacji zapewne zakładano, że pod nieobecność prezydenta główną twarzą sprzeciwu po drugiej stronie będzie Jarosław Kaczyński – a w bezpośrednim starciu z Kaczyńskim Tusk czuje się politycznie najpewniej. Sytuacja skomplikowała się w momencie, gdy zjednoczony obóz prawicy zyskał patrona w osobie Karola Nawrockiego, a pozostałe partie opozycyjne zaczęły mówić wspólnym głosem.

Te wydarzenia mogą być nowym mitem założycielskim dla obu stron. Pomóc im w konsolidacji przed przyszłorocznymi wyborami.

Tak, z tym że po stronie Donalda Tuska leży znacznie prostsze zadanie: jemu o wiele łatwiej będzie stworzyć jedną wspólną listę lub maksymalnie dwa bloki, niż prawicy zjednoczyć się w jednym komitecie. Po stronie opozycyjnej jedna lista jest mrzonką, a nawet dwie będą niezwykle trudne do skonstruowania – najbardziej prawdopodobny scenariusz to wciąż cztery listy, w wariancie optymistycznym trzy. Przy ordynacji z metodą d’Hondta to gigantyczny atut koalicji rządzącej.

Co w tym wszystkim czeka Trybunał Konstytucyjny? Jakie scenariusze rozwoju tego sporu leżą na stole?

Reklama
Reklama

W perspektywie najbliższych dni zobaczymy zwołane przez prezydenta konsultacje polityczne, które nie przyniosą przełomu, lecz staną się paliwem do dalszej eskalacji i wojny komunikacyjnej. Prezydent spróbuje wokół hasła obrony konstytucji scementować szeroki front opozycyjny, traktując to jako fundament pod przyszły wspólny blok w wyborach do Senatu. Oś konfliktu definitywnie przeniesie się na bezpośrednią linię: Pałac Prezydencki kontra rząd.

A w dłuższej perspektywie?

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest długotrwały dualizm w samym Trybunale. Obie strony utrzymują własną interpretację sytuacji prawnej. Jedna strona uznaje zwierzchnictwo sędzi Anny Korwin-Piotrowskiej, druga strona – Bogdana Święczkowskiego. W praktyce oznacza to paraliżujący dualizm prawno-instytucjonalny.

Równie prawdopodobnym scenariuszem jest dalsza eskalacja polityczna. Kolejne demonstracje uliczne, mobilizacja środowisk prawicowych, nadzwyczajne posiedzenia organów i instytucji państwa oraz postępująca, głęboka turbopolaryzacja społeczeństwa.

Możliwy jest jeszcze scenariusz rozstrzygnięcia siłowego przez większość rządową. Chodzi o wariant definitywnego przejęcia kontroli nad gmachem i strukturą Trybunału Konstytucyjnego, postawienia kropki nad „i”. Prawdopodobieństwo zaistnienia takiego wariantu również uważam za w pełni realne.

Reklama
Reklama

Z tym wszystkim wiąże się ostatni scenariusz, czyli długotrwały, strukturalny kryzys konstytucyjny. To sytuacja, w której prezydent kategorycznie odmawia uznania legalności władz Trybunału wyłonionych przez większość sejmową – co zresztą już się dzieje – a wokół tego klinczu toczy się dalsza, permanentna walka polityczna paraliżująca proces legislacyjny i funkcjonowanie państwa.

Nie ma szans na deeskalację i reset konstytucyjny?

Wielu Polaków by sobie tego życzyło, ale to scenariusz najmniej prawdopodobny. Chociaż – jak zawsze powtarzam – w polityce należy rozważać wszelkie warianty, więc i taki scenariusz również teoretycznie istnieje.

Może zainteresuje Cię również:

Reklama
Reklama