
Miejska spółka buduje nowy blok TBS, a mieszkańcy sąsiedniej kamienicy patrzą, jak w ich mieszkaniach pękają ściany. Od miesięcy toczą batalię z urzędnikami, domagają się usunięcia szkód i twierdzą, że miasto odcina się od odpowiedzialności. Do takiej sytuacji doszło w Świdnicy. Wiceprezes miejskiej spółki przyznaje, że szkody powstały, ale poza tym sprawę widzi inaczej niż mieszkańcy.
- Świdnica, poprzez gminną spółkę, buduje kolejne bloki TBS. Jedną z inwestycji realizuje tuż obok zabytkowej kamienicy. Powstają tam 44 wykończone „pod klucz” mieszkania.
- Gdy prace ruszyły, w kamienicy zaczęły pękać ściany. Mieszkańcy zaalarmowali władze miasta i inwestora. To rozpoczęło trwającą wiele miesięcy batalię o naprawę szkód.
- Według mieszkańców, po przeszło roku szkody zostały jedynie zamaskowane, a nie usunięte. Skarżą się, że miasto im nie pomaga, a miejska spółka zrzuca odpowiedzialność na wykonawcę.
- „Doszło do wypadku, którego nikt nie mógł przewidzieć” – potwierdza wiceprezes miejskiej spółki. Przyznaje, że szkody w kamienicy są, ale stwierdza, że to wspólnota nie chce współpracować.
Budowa nowego bloku TBS w Świdnicy ruszyła na początku 2025 r. Prezydent miasta Beata Moskal-Słaniewska ogłosiła, że „wymarzone mieszkanie” znajdzie tam kilkadziesiąt świdnickich rodzin. Miejska inwestycja, realizowana przez spółkę Świdnickie Towarzystwo Budownictwa Społecznego, to 44 wykończone „pod klucz” lokale i podziemny parking. Koszt? Blisko 26 mln zł, z czego ponad 16 mln zł to dotacja z Rządowego Funduszu Rozwoju Mieszkalnictwa. Pierwsi lokatorzy mieli wprowadzić się w połowie 2026 r.
Problem jednak w tym, że budynek powstaje tuż obok ponad stuletniej kamienicy.
– Sąsiad opowiadał, że rozległ się huk i zaczęły pękać ściany. Pani, która wynajmuje lokal użytkowy, wybiegła i krzyczała do robotników, żeby wstrzymali prace – relacjonuje Piotr Płaza, mieszkaniec i członek zarządu wspólnoty. Jak dodaje, roboty na kilka dni wstrzymano, ale później ściany znów zaczęły pękać. Wtedy wykonawca miał stwierdzić, że prace nie będą prowadzone aż do „ustalenia bezpieczniejszej technologii”. To trwało kolejne kilkanaście dni, po czym roboty znów ruszyły. Wraz z batalią o to, kto i za czyje pieniądze naprawi szkody.
Wypadek, którego „nie dało się przewidzieć”
Nikt nie ma wątpliwości co do tego, że szkody powstały. Wiceprezes ŚTBS Tomasz Chojnowski przyznaje, że podczas prac pod budynkiem rozlał się betonowy iniekt (masa wtryskiwana pod ciśnieniem do gruntu), który miał „utrzymać palisadę wzmacniającą fundamenty budynku wspólnoty”. „Wtłaczany iniekt dostał się do niezinwentaryzowanej kanalizacji pod budynkiem oraz przewarstwień z piasku i od spodu podbił jego ściany. Spowodowało to zarysowania i pęknięcia na ścianach kamienicy. To był jedyny powód wystąpienia najpoważniejszych szkód w kamienicy” – tłumaczy. „Ani ŚTBS, ani generalny wykonawca nie podważają zdarzenia i wystąpienia szkód. Doszło do wypadku, którego nikt nie mógł przewidzieć” – zaznacza.
Tu jednak kończą się punkty wspólne między wersją wspólnoty i miejskiej spółki.
Piotr Płaza opowiada, że o dokumenty, które pozwalały zweryfikować działania wykonawcy i inwestora, walczyli miesiącami. Dzięki temu dowiedzieli się, że montaż zabezpieczeń kamienicy ukończono… 76 dni po pierwszych udokumentowanych uszkodzeniach. – Pierwszy pomiar przemieszczeń budynku, jaki otrzymaliśmy, wykonano sześć dni po uszkodzeniach. Problem w tym, że za punkt „zero” przyjęto położenie kamienicy już po wystąpieniu pierwszych uszkodzeń. Później zapewniano, że przemieszczenia budynku mieściły się w założeniach projektowych – twierdzi Płaza. Jak ocenia, prace rozpoczęto zarówno bez odpowiednich zabezpieczeń kamienicy, jak i rozpoznania, co znajduje się pod ziemią.
Co więcej, według przedstawiciela wspólnoty wykonawca inwestycji wskazywał rozwiązanie, które miało nie oddziaływać na kamienicę. Zakładało ono odsunięcie robót o ponad 2 metry od budynku, co jednak spowodowałoby zmniejszenie powierzchni garażu podziemnego. Ostatecznie wybrano wariant, w którym prace prowadzono zaledwie 90 centymetrów od kamienicy.
Miejska spółka odpiera zarzuty
Początkowo wszystko wskazywało na to, że koszty napraw pokryje inwestor, czyli miejska spółka. Takie ustalenia wynikają z podpisanego w marcu 2025 r. porozumienia pomiędzy zarządem świdnickiego TBS i wspólnotą. Mieszkańcy twierdzą jednak, że deklaracje pozostały na papierze, a spółka napraw nie przeprowadzała. Jak mówi prezes wspólnoty, ponad rok później, w maju 2026 r., dowiedzieli się, że ŚTBS nie będzie rozpatrywać wniosków dotyczących szkód, bo tym zajmować się będzie generalny wykonawca i jego ubezpieczyciel. Wspólnota twierdzi, że to niezgodne z porozumieniem.
Wiceprezes ŚTBS Tomasz Chojnowski zapewnia jednak, że spółka od odpowiedzialności się nie odcina, a obecnie jest na etapie pisemnego przyjmowania zestawień szkód z poszczególnych lokali. Następnie szkody mają potwierdzić rzeczoznawcy, a potem w „procedurze ubezpieczeniowej” mieszkańcy będą mogli liczyć na odszkodowania bądź remonty. „Zarząd wspólnoty jako szkody oficjalnie zgłosił dotąd zaledwie uszkodzenie rynny, niedomykanie drzwi wejściowych do budynku oraz szkody w przejeździe budynku” – informuje wiceprezes. Ocenia także, że wspólnota jest „świadoma uszkodzeń”, ale nie współpracuje z generalnym wykonawcą i spółką, tylko „domaga się (...) wypłat odszkodowań lub realizacji robót naprawczych z kasy ŚTBS”.
„Zarząd ŚTBS nie rozumie i nie akceptuje takiego podejścia wspólnoty, posiadając polisę ubezpieczeniową generalnego wykonawcy, opiewającą na 30 mln zł na pokrycie wyrządzonych szkód” – oświadcza Chojnowski. „Nie będą wypłacane żadne pieniądze z kasy ŚTBS, jak chciałby zarząd wspólnoty, powołując się na zapis porozumienia dotyczący kosztów naprawy szkód obciążających spółkę” – podkreśla. I dodaje, że zarząd wspólnoty „pozostaje w sporze prawnym” z ubezpieczycielem, generalnym wykonawcą i ŚTBS o wypłatę odszkodowania.
Dla jednych budują, drugim uszkadzają
Tu znów Piotr Płaza ze wspólnoty mieszkaniowej widzi sprawę zupełnie inaczej. Jak tłumaczy, wspólnota, zarządca budynku oraz poszczególni mieszkańcy regularnie zgłaszają szkody. – Tylko dlaczego teraz mamy zgłaszać te same szkody do ubezpieczyciela firmy, którą ŚTBS samo wybrało do budowy swojego budynku? – pyta przedstawiciel wspólnoty. – Zależy nam na harmonogramie napraw naszego budynku, prowadzonym przez profesjonalne ekipy budowlane, konstruktorów i inżynierów. Chcemy, by pracownicy ŚTBS przestali pisać o ubezpieczycielu i wzięli odpowiedzialność za szkody, tak jak się zobowiązali w momencie, kiedy chcieli kontynuować swoje roboty – stwierdza.
– Dla nas to nie jest ważne, skąd ŚTBS będzie pozyskiwało pieniądze na naprawy. Nam zależy na naprawieniu szkód, odzyskaniu spokoju i zapomnieniu o tym koszmarze. Chcemy, by spółka miejska, finansowana z pieniędzy podatników, w której zapewnienia wierzyliśmy, dotrzymała słowa i naprawiła uszkodzenia, jakie spowodowała budowa ich inwestycji. Nie może być tak, że gdy dla jednych buduje się mieszkania, innym się je uszkadza – kontynuuje Płaza.
I zauważa, że miejska spółka mogłaby wykonać naprawy, a następnie dochodzić zwrotu kosztów z polisy wykonawcy.
Czytaj też: Staw dla deweloperów? Właściciele działek wściekli na urzędników. „Jesteśmy zapleczem”
Płaza podkreśla też, że twierdzenia wiceprezesa spółki o sporze prawnym są „nieprecyzyjne”, bo żaden proces się nie toczy, a mieszkańcy złożyli tylko wniosek o przedsądowe zabezpieczenie dowodu. – Przez prawie dwa lata nie możemy robić remontu we własnym mieszkaniu, zwyczajnie musimy się jakoś zabezpieczyć. Nie znaczy to, że toczy się proces, ale jeśli sprawa będzie musiała trafić do sądu, to trafi – wyjaśnia.
Prac naprawczych brak, bo wejścia nie ma?
Punktem spornym pozostaje nawet to, w jakim stanie technicznym kamienica była przed rozpoczęciem prac. Wiceprezes ŚTBS powołuje się na opinię konstruktora, w której pada stwierdzenie, że liczba spękań w częściach wspólnych „nie uległa zmianie”, a tylko część tych istniejących się powiększyła. Podkreśla, że dokumentacja sprzed rozpoczęcia budowy wskazuje na „liczne uszkodzenia, zarysowania i pęknięcia elewacji”. „(...) wynikające prawdopodobnie z wieku budynku oraz braku (na przestrzeni lat) inwestycji zabezpieczających zabytkową kamienicę przez właścicieli” – zaznacza Chojnowski.
Wiceprezes miejskiej spółki zwraca również uwagę, że prace naprawcze zostały częściowo wykonane, a spółka „w ramach dobrosąsiedzkiej współpracy” zobowiązała się do kapitalnego remontu nawierzchni podwórza kamienicy. Zapewnia też, że spółka pomaga w przyjmowaniu zgłoszeń szkód, a dokumentację przekazuje ubezpieczycielowi. I dodaje, że drobne szkody mają być naprawiane „na bieżąco”, o ile ekipy remontowe będą miały dostęp do tych miejsc. „Obecnie zarząd wspólnoty zabronił ekipom generalnego wykonawcy wstępu na teren nieruchomości wspólnoty i wykonywania jakichkolwiek prac” – stwierdza.
„Nieustająco oczekujemy na zgłoszenie kompletu szkód z części wspólnych budynku, licząc na udaną i efektywną współpracę z zarządem wspólnoty, aby jak najszybciej określić zakres i sposób prac naprawczych do wykonania” – zapewnia wiceprezes Chojnowski.
Wspólnota chce walczyć o swoje
Przedstawiciel wspólnoty stwierdza jednak, że w budynku nie ma „drobnych szkód”, lecz są „poważne uszkodzenia budowlane”.
– Nie ma naszej zgody na to, aby ściana nośna podtrzymująca strop przejazdu, z którego codziennie korzystają mieszkańcy, została uznana za naprawioną jedynie na podstawie pokrycia jej z jednej strony tynkiem. Mówimy o ścianie przewierconej podczas montażu stalowych ściągów, z uszkodzeniami w miejscach ich mocowania, licznymi spękaniami konstrukcyjnymi i zawilgoceniem – mówi. – Nie rozumiemy, jak spółka miejska mogła to uznać za właściwy sposób napraw – dodaje.
Jak mówi Płaza, wspólnota zakazuje wstępu pracownikom budowy na swój teren, bo porozumienie o jego zajęciu wygasło. Opowiada również, że na początku października wspólnota została poinformowana przez ŚTBS o kolejnych pracach, a ekipy weszły na jej teren jeszcze tego samego dnia. Bez pozwolenia od wspólnoty. – Osoby zastane na miejscu nie przedstawiły nam dokumentacji wyjaśniającej zakres i sposób prowadzenia prac, nie wskazały osoby za nie odpowiedzialnej. Usłyszeliśmy, że „wożą beton”. Nikt nie uzgodnił z nami, jaki dokładnie materiał ma zostać zastosowany, w którym miejscu i w jakim celu – relacjonuje,
Czytaj też: Deweloperka w sercu Mazur, czyli sołtys kontra inwestor. „To śmiertelne zagrożenie”
– Spółka miejska podpisała z nami porozumienie, w którym zobowiązała się zrobić od nowa nawierzchnię całego podwórza. A tymczasem wożono beton w jedno miejsce. Po co? Żeby zabetonować jakiś fragment, co może utrudniać prace w przyszłości? Czy ktoś zgodziłby się na coś takiego przy własnym domu? Odmówiliśmy wstępu właśnie po takich działaniach. Ekipy budowlane mimo wszystko były dalej wysyłane. Nie mieliśmy wyboru, musieliśmy zgłaszać te incydenty na policję – stwierdza.
Na przestrzeni ostatnich miesięcy mieszkańcy słali skargi do powiatowego oraz wojewódzkiego inspektoratu budowlanego, informowali o sprawie miejskich radnych i prezydent Świdnicy. Inspektoraty budowlane nie dostrzegły nieprawidłowości, jednak mieszkańcy mówią, że w swojej kamienicy nie czują się bezpiecznie. Jak stwierdza prezes wspólnoty, mieszkańcy wciąż nie wiedzą, czy po przeprowadzonych pracach kamienica stoi na stabilnym gruncie. I obawiają się kolejnych szkód, potrzeby napraw konstrukcyjnych, a być może nawet wzmocnienia fundamentów.
– Oficjalną wersję znamy na pamięć: kamienica jest bezpieczna, a prace wykonywano „z najwyższą starannością”. Tyle że zestawienie oficjalnych odpowiedzi rodzi kolejne pytania. W maju spółka pisała, że „połączenie budynków wykonano zgodnie z projektem budowlanym”, a już w lipcu, że „w dokumentacji projektowej nie było szczegółu dotyczącego sposobu połączenia budynków” – zauważa Płaza. – Chcemy współpracować, ale tylko i wyłącznie w sposób profesjonalny, z odpowiednią dokumentacją i z osobami uprawnionymi do wykonywania danych napraw. Nie poddamy się, dopóki nasza kamienica nie zostanie naprawiona.
Z pytaniami zwróciliśmy się również do prezydent Świdnicy, jednak do dnia publikacji tekstu nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

