Większość gwiazd dawnego internetu rozbłysła na krótko. Te, które zostały na niebie, świecą blaskiem odbitym w lustrze pastiszu. Niby pozują na szaraków spod bloku, ale trochę za dobrze im to wychodzi, wydają się podejrzani. Jak okiem sięgnąć profesjonalny sprzęt, zasięgi, monetyzacja, reklamy jogurtu.
Kto nam teraz udowodni, że wynalezienie kamery było katastrofą z opóźnionym zapłonem? Kto przypomni o tym, że „kontrkulturą” naszą powszednią, alternatywą dla pastelowego świata z telewizji mogą być wkurzony sąsiad, pani z warzywniaka, albo osiedlowy cwaniak? Kto wyjrzy przez okno i dostrzeże „buzię w tym tęczu”?
Kamer(k)a… Akcja! Jak youtuberzy zmieniają współczesne kino
Skąd pochodzisz, Polaku?
„Uratuję krainę w jeden księżyc” – obiecywał Stachu Jones, czyli Stanisław Jerzy Michna, w kultowych „Magnatach i Czarodziejach”. To „zerobudżetowy” epos fantasy, który zawstydził „Harry’ego Pottera”, zdetronizował „Władcę Pierścieni” i odwołał „Grę o tron”.
Facet dotrzymał słowa. Uratował naszą krainę dokładnie wtedy, gdy tego potrzebowaliśmy. W szczycie pandemii wyszarpnął nas z objęć paraliżującej nudy. Film powstawał przez dekadę, ale nie rozczarował (czy scena, w której ścieżka zakreślana na mapie przez chwacką drużynę śmiałków ma kształt przyrodzenia, może być rozczarowująca?). Stachu z kolei zadał kłam matematyce i obalił wzór na polskość. Talent + ciężka praca + odrobina szczęścia = g…o? Nie tym razem.
Media odnotowały wiadomość o jego śmierci z takim samym afektem, z jakim wcześniej składały życzenia urodzinowe 40-letniemu Kamilowi Tumulcowi. To znamienne, że przez lata obaj urośli do rangi legend rodzimego internetu. Ten pierwszy walnął w ekran młotkiem, a przez pęknięcia wylały się na ulicę kultowe powiedzonka („Jesteśmy zgubieni!”). Ten drugi złożył na dowodzie osobistym podpis, którym uhonorował najdroższą Legiunię Warszawę, a przy okazji ograł system: TUMU(L)EC. Tożsamość kibica? Tożsamość Polaka? Why not both?
Rozciąga się pomiędzy nimi żywa historia polskiego internetu, a raczej coś, co nazywamy dziś jego „prahistorią”. Magma obrazów, skrawków codzienności, moralnie wątpliwych decyzji i najzwyklejszej durnoty. Wspomnienie czasów, w których wszystko było nieuczesane, niebezpieczne i głupie, ale też bezpretensjonalne, pozbawione elementów cynicznej gry o naszą uwagę i pieniądze.
To bezdenny kuferek z dennymi skarbami: facetem polującym na „forfitera”; okrzykiem „ale urwał!” niosącym się echem po szczecińskim blokowisku, wyrażającym jednocześnie dziecięcą ekscytację oraz satysfakcję z cudzego nieszczęścia; małym Leopoldem rozwalającym klawiaturę, Luntkiem na grzybach i Bóg wie czym jeszcze. To Polska w rozdzielczości 360p, kolektywne wyobrażenie o bliźnich skompresowane do rozmiarów okienka na YouTube.
Pandora Gate. Sąd zdecydował ws. Stuu
Na imprezie jest czarodziej, dwóch alfonsów, drobny złodziej
Nie mam pojęcia dlaczego, ale gdy próbuję osadzić te klasyki na linii czasu, ląduję gdzieś na przełomie wieków, w erze neostrady, studenckiej kultury divx-ów oraz Gadu-Gadu. To oczywiście iluzja, ponieważ YouTube jest nieco młodszy – wystartował w Walentynki 2005 r. Myślę natomiast, że esencją internetu jako zjawiska kulturowego jest szczególny rodzaj kompresji czasu; upłynnienie granic pomiędzy dekadami, trendami i zjawiskami. A także między tym, co autentyczne i fałszywe, spreparowane i uchwycone na gorąco, łatwe i trudne w moralnej ocenie.
To właśnie z tego powodu nie napiszę nic o Pawle „Jumperze”, którego słynny kaskaderski wyczyn doczekał się ponurego przypisu – w 2016 r., przy próbie jego powtórzenia, zmarł nastolatek z Dębowej Kłody. Ani o Krzysztofie Kononowiczu, którego tragiczne losy stały się ilustracją opowieści o rozproszonej odpowiedzialności w sieci. Ani nawet o „moherowej babci” Grażynie Żarko, w którą wcielała się aktorka Anna Lisak i która okazała się jednym z pierwszych wytworów „samoświadomego” YouTube’a.
Casus Żarko i do pewnego stopnia Klocucha (czyli wymyślonego przez anonimowego youtubera „dzieciaka" recenzującego gry wideo, potrawy oraz najróżniejsze aspekty życia) uświadamia, jak istotną i zarazem fantomową walutą jest w internecie „autentyczność”. Dziś myślimy o niej raczej w kategoriach zaprojektowanej odgórnie konwencji, projektu artystycznego, nabijającego kabzę performansu.
Stachu Jones, wyborny francuski raper Lech Roch Pawlak oraz ten chłopak, który, jak co roku, „bedzie grau w gre”, raczej nie planowali zostać gwiazdami. Zostali wystrzeleni na firmament przypadkiem. Nie musieli być świadomi medialnych mechanizmów, profesjonalni ani nawet utalentowani. Wystarczyło, że będą dziwni, ekspresyjni, a ich sensory żenady pozostaną rozładowane.
Internauci zamieniali ich w legendy „ciasnej, ale własnej” popkultury według sprawdzonego schematu. Najpierw były komentarze, z których destylowano cytaty. Te z kolei stawały się pożywką dla parodii i memów. Memosfera zaś pracowała na szóstym biegu, by nikt o herosach zbiorowej wyobraźni nie zapomniał.
Nie szło na tym zarabiać, ale dało się budować wspólnotę. A ponieważ kamery stawały się wszechobecne, każdy z nas mógł być kolejnym Pawlakiem albo „doktorem nauk” życzącym Janowi Rodzeniowi, prezesowi Klubu Księgarza, upadku na „głupi ryj”. Wystarczyło mieć odrobinę gorszy dzień albo nieco lepszy humor niż zazwyczaj.
Testoviron, choroba zakaźna
Droga, którą od amatorskiego twórcy, przez viralową sensację, po „klasycznego” celebrytę pokonał Gracjan Roztocki, uświadamia, jak na tym fenomenie żerowały media. Roztocki, cukiernik z krakowskiego hipermarketu, robił w internecie wszystko: malował, śpiewał, mądrzył się, a nawet rozbierał. Dekadę później odbierał Fryderyka w imieniu rapera Maty, miał na koncie kilka dokumentów i programów telewizyjnych (jako bohater), a także segmenty komediowe w programie Szymona Majewskiego (jako twórca).
W telewizji oraz w społeczeństwie dominowało przeświadczenie, że podobne kariery należy traktować w kategorii akcesu do „pierwszej ligi”; że YouTube jest z jednej strony dziwowiskiem i cyrkiem, a z drugiej – szkółką talentów. Tym, czego nikt z nas nie mógł przewidzieć, było tempo, z jakim platforma zastąpi telewizję w charakterze biernej rozrywki; jak szybko przejmie funkcję codziennego strumienia narracji. Oto zwykli ludzie uchwyceni w codziennych sytuacjach stali się dla nas nie tylko lustrem, ale i metodą selekcjonowania treści, porządkowania internetowego chaosu. Symbolizowali „You” w YouTube.
Z czasem oczywiście te skrawki życia, znajome twarze, cedzone przez zęby przekleństwa albo świadectwa znikomej inteligencji złożyły się na finansową strukturę i ktoś zaczął na nich zarabiać. Zanim jednak do tego doszło, polski YouTube dołożył swoją cegiełkę do budowy międzynarodowej kultury trollingu. Dzięki Łukaszowi Stanisławowskiemu poznaliśmy Testovirona – legendarnego krytyka „polskości” utożsamianej z wielkimi ekonomicznymi dysproporcjami. Faceta, który nadawał z „Jułesej”, słuchał techno, złorzeczył Bogu, strzelał z gumki w majtkach Calvina Kleina, a na przegubach miał kilka roleksów.
Popularni youtuberzy z zarzutami UOKiK. Grając w Minecrafta reklamowali własne produkty
„Uważa się, że Testoviron jest najwybitniejszym polskim trollem. Tak wcale nie jest. Przeciętny troll wywołuje u innych ból dupy, by zaspokoić swoje chore żądze. Testoviron jest jednak patriotą, który w kontrowersyjny i szokujący sposób chce zachęcić Polaków do efektywnej pracy, dbania o zdrowie i szanowania Żydów. Twórczość Testovirona jest więc niczym innym jak satyrą o polskich przywarach” – przekonuje Nonsensopedia, kolejny relikt zapomnianych czasów.
Dalej jest coś o Herkulesie i Chrystusie, więc z grubsza wszystko się zgadza. Testoviron faktycznie był w naszym kraju i Herkulesem, i Chrystusem. Z tym pierwszym połączyła go praca w stajni Augiasza, jaką jest internet. Z tym drugim – troska o owieczki, które chciał zagonić do krainy wiecznego bogactwa. Zanim dało się to spieniężyć, zrozumiał, że najważniejszą umiejętnością w internecie jest zarządzanie oburzeniem. O cóż innego chodzi w nim dziś, jeśli nie o kapitalizowanie gniewu?
Mity polskie
Powstało wokół tych postaci coś na kształt nowej ludowej mitologii. Prześcigaliśmy się w domysłach na temat tożsamości Klocucha, jakby chodziło o Homera. Mówiliśmy frazą z „Magnatów i Czarodziei”, żeby ocalić ją od zapomnienia. Dyskutowaliśmy na forach o tym, czy Testoviron został stworzony w sekretnym laboratorium amerykańskiej Polonii, czy może kitra się gdzieś w Przysiece Starej.
Archeologiczna robota pozwalała tak skutecznie zabijać czas, że było go trochę za mało na najważniejsze pytanie: czy rozmaite formy przemocy psychicznej, od ośmieszania po werbalną agresję, są odpowiednią ceną za prawdziwie „demokratyczne” medium? Cyfrowy folklor, który narodził się dzięki naszym bohaterom w internecie, miał przecież swoją mroczną stronę. Odbierał im anonimowość, doprowadzał do utraty kontroli nad własnym życiem, zaś w makroskali okazał się nawozem pod patostreamy.
Asekuracyjna ironia, z jaką piszę ten tekst, pozostaje najlepszym dowodem na to, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Wiem natomiast, że każda opowieść o końcu niewinności jest wartościowa i pozwala spojrzeć na teraźniejszość z krytycznym dystansem. Stachu Jones mógł być kiepskim aktorem, a Lech Roch Pawlak marnym raperem. Ale gdy nawijał, cytuję, „Żeli Papą fasamik tonem a selewi”, wiedziałem mniej więcej, o co mu chodzi. To było coś o Polsce. Tyle że po francusku.


