30 lipca rosyjski pocisk manewrujący naruszył polską przestrzeń powietrzną i spadł w rejonie Tarnawy-Kolonii na Lubelszczyźnie. Cały incydent trwał kilka minut, około czwartej nad ranem. W kilka minut można zagotować wodę w czajniku, ale trudniej przeprowadzić administracyjną procedurę masowego ostrzegania mieszkańców siedemnastu powiatów. Alert przygotowywano, lecz go nie wysłano, bo o 3.57 zagrożenie zostało odwołane. I tu zaczyna się prawdziwa komedia administracyjna: zagrożenie zdążyło przylecieć, spaść i się skończyć, zanim system zdecydował, co zrobić. I co tu właściwie powiedzieć obywatelowi?
Nie oznacza to, że ktoś w RCB spał z głową na biurku. Problem jest gorszy, bo system zadziałał mniej więcej tak, jak został zaprojektowany. Alert RCB nie jest wielkim czerwonym guzikiem. Centrum przygotowuje treść, wskazuje teren, operatorzy telekomunikacyjni uruchamiają kampanię, a sieci rozsyłają wiadomości. NIK opisała ten mechanizm bardzo trzeźwo: kilka etapów, kilka podmiotów, różne rozwiązania techniczne, różna przepustowość. Przy dużej liczbie odbiorców SMS-y mogą po prostu stać w kolejce. Innymi słowy: rakieta leci z prędkością rakiety, a państwo ostrzega tempem systemu kolejkowego.
Mieszkańcy woj. lubelskiego odebrali alert RCB. „Atak powietrzny na Ukrainę”
Więcej nie znaczy lepiej
Po 30 lipca najwyraźniej uznano, że lepiej grzeszyć nadmiarem niż niedomiarem. I wtedy wahadło poszło w drugą stronę. Mieszkańcy Lubelskiego i Podkarpackiego zaczęli dostawać alerty związane z rosyjskimi atakami na zachodnią Ukrainę. 20 sierpnia, 30 sierpnia, 5 września, 8 września, 10 września, 12 września, 13 września i dalej. Ostrzeżenie, odwołanie, nowe ostrzeżenie, kolejne odwołanie. Telefon zaczął pełnić funkcję domowego centrum dowodzenia NATO.
Oczywiście nie chodzi o to, by z zagrożeń wojennych robić żarty. Rosyjskie ataki są realne, ryzyko przy granicy również. Ale system alarmowy ma pewien problem: jeśli wszystko brzmi jak alarm najwyższego stopnia, to po pewnym czasie nic już tak nie brzmi. Psychologowie wskazują na zjawisko zmęczenia ostrzeżeniami. Po polsku można powiedzieć prościej: ile razy człowiek może poderwać się z fotela na dźwięk „UWAGA!”, zanim zacznie tylko zerkać na telefon i mruczeć: „znowu”?
Samo RCB najwyraźniej to zauważyło, bo zaczęło różnicować komunikaty. Potrójne „UWAGA! UWAGA! UWAGA!” zastąpiono w części przypadków pojedynczym „UWAGA!”. To krok w dobrym kierunku, choć brzmi jak reforma straży pożarnej polegająca na tym, że zamiast trzech syren włącza się jedną.
Więcej na ten temat: Lubuskie zamiast lubelskiego. Alert RCB trafił na drugi koniec Polski
NIK już wcześniej wskazywała ten sam problem przy powodzi z 2024 r. Alerty trafiały do szerokich obszarów z podobną treścią, mimo że poziom zagrożenia lokalnie bardzo się różnił. To bardzo ważna lekcja: dobry komunikat kryzysowy nie ma jedynie informować, że „coś się dzieje”. Ma odpowiedzieć obywatelowi na trzy pytania: czy to dotyczy mnie, jak poważna jest sytuacja i co mam zrobić teraz. Jeżeli SMS tego nie robi, staje się bardziej komentarzem do rzeczywistości niż narzędziem ochrony.
Wkraczamy w klimat surrealizmu
Wrzesień przyniósł już sytuacje niemal jak z obrazów Salvadora Dalego. RCB samo przyznało, że po przerwaniu jednej kampanii ostrzegawczej i rozpoczęciu kampanii odwołującej zagrożenie część ludzi mogła dostać jedynie wiadomość o zakończeniu alarmu, którego wcześniej w ogóle nie otrzymała. Wyobraźmy sobie telefon o trzeciej nad ranem: „zagrożenie minęło”. Jakie zagrożenie? Kiedy było? Czy coś przegapiłem? Państwo mówi: proszę się uspokoić. Obywatel odpowiada: ale ja nawet nie zdążyłem się przestraszyć.
RCB chce szybszych alertów. Cell Broadcast ma ominąć limity SMS-ów
A potem przyszedł 5 października. I finał godny sceny kabaretowej. Alert przeznaczony dla województwa lubelskiego trafił również do województwa lubuskiego. RCB nie próbowało nawet udawać, że to jakiś skomplikowany fenomen telekomunikacyjny. Przyznało wprost: błąd po stronie Centrum. Lubelskie, lubuskie – dwie litery różnicy, kilkaset kilometrów praktycznej różnicy.
To właśnie w takich chwilach psuje się coś ważniejszego niż pojedynczy SMS. Psuje się odruch zaufania. Alert działa dobrze tylko wtedy, gdy człowiek widzi napis „RCB” i myśli: sprawdzam, reaguję. Jeżeli zaczyna myśleć: ciekawe, czy tym razem chodzi o mnie, czy o sąsiednie województwo, system traci swój największy kapitał.
Alert RCB dla wschodniej Polski. Poderwano myśliwce
Systemowe błędy i zaniechania
Raport Think Tanku PCK pokazuje dodatkowo, że cały krajowy system ostrzegania nadal jest nierówny. Tylko część gmin deklaruje pełne zintegrowanie systemów powiadamiania. W wielu miejscach działają one jedynie częściowo. To oznacza, że Alert RCB nie funkcjonuje w próżni. Obok są syreny, samorządy, centra zarządzania kryzysowego, media lokalne, aplikacje, operatorzy, wojsko i administracja. System przypomina orkiestrę, tyle że czasem każdy muzyk czyta z innej partytury.
Nie potrzebujemy więc więcej SMS-ów. Potrzebujemy lepszych SMS-ów. Szybszych, precyzyjniejszych, lepiej różnicowanych i wysyłanych dokładnie tam, gdzie trzeba. Potrzebujemy nowoczesnych syren, komunikatów głosowych, aplikacji i jasnej hierarchii zagrożeń. Bo w ochronie ludności nie chodzi o to, by obywatel dostał wiadomość. Chodzi o to, by dostał właściwą wiadomość, we właściwym czasie, we właściwym miejscu i od razu wiedział, co ma zrobić.
Na razie jednak można odnieść wrażenie, że „Kabaret RCB” sam pisze sobie scenariusz. I niestety widownią jesteśmy wszyscy.


