Na początek szybka przypominajka: w sobotni wieczór w Krakowie doszło do tragicznego wypadku. 26-letni Hubert B. stracił panowanie nad autem i zjechał na chodnik, gdzie uderzył w małżeństwo prowadzące wózek z kilkumiesięcznym dzieckiem. Oboje rodzice zmarli w szpitalu, a niemowlę jest w stanie ciężkim. Jak ustaliły szybko media, B. odebrał samochód z salonu zaledwie miesiąc wcześniej, to sportowe auto o mocy 333 KM. Volkswagen Golf R.
Takich wypadków będzie więcej
Nie mam zamiaru w tym tekście ani znęcać się nad lekkomyślnością kierowcy, który prawdopodobnie rażąco przekroczył prędkość. Tym zajmie się sąd. Mnie po tym wszystkim zaczęły bardziej zastanawiać inne okoliczności wypadku. Nazwijmy je „technicznymi”.
Otóż Volkswagen, którym podróżował Hubert B., wcale nie jest jakimś szczególnie mocnym samochodem. Brzmi szokująco? Pewnie tak, bo mówimy o samochodzie o mocy przekraczającej 300 koni mechanicznych, który „robi setkę” w mniej niż pięć sekund, a z salonu można (nie trzeba) nim wyjechać na oponach, które de facto są semi-slickami.
Czytaj: może i nieziemsko „kleją” na suchym asfalcie, ale jak tylko spadnie deszcz, robi się nieciekawie.
Prawda jest też taka, że nic nie zastąpi ludzkiego rozumu. Najszybszym autem można jechać bezpiecznie i najwolniejszym można doprowadzić do dramatycznego wypadku. Najbardziej zawodnym elementem w tym systemie nie jest samochód, tylko człowiek.
Ale moc ośmiela, nie udawajmy, że jest inaczej. Tymczasem rynek idzie w takim kierunku, że temu człowiekowi coraz chętniej oddaje się coraz mocniejsze samochody. Prym w tym wiodą Chińczycy.
Dzisiaj w cenie Passata można mieć samochód szybszy niż nowe Porsche
Naprawdę. Przykład pierwszy z brzegu – BYD Atto 3 Evo. Miejski crossover, który kosztuje ok. 180 tys. zł. Elektryczny, mocny. A dokładniej: 449 KM i przyspieszenie do 100 km/h w 3,9 sekundy.
To samochód, który jest na prostej szybszy od bazowego Porsche 911 Carrera. Możecie go zresztą zobaczyć w Kanale Zero, gdzie razem ze Złomnikiem porównywaliśmy go do Skody Elroq:
Dalej – Chery Tiggo 9 PHEV. Ten wielki SUV, który promuje Robert Lewandowski.
To nawet nie elektryk, chociaż silniki elektryczne grają tu pierwsze skrzypce, ale w każdym razie: to ważący ponad dwie tony, mierzący niemal pięć metrów kloc, który ma 428 koni mechanicznych, a do 100 km/h przyspiesza w 5,4 sekundy. Wszystko, co niezbędne, w aucie rodzinnym.
To ironia, jakby co.
O tym samochodzie możecie sobie zobaczyć więcej w innym filmie w Kanale Zero – gdzie porównujemy go z Mercedesem GLE:
Dlaczego skupiam się głównie na chińskich autach? Bo one się w tym wszystkim wyróżniają z kilku względów.
Po pierwsze: chociaż zachodnie auta, zwłaszcza te elektryczne, także stają się coraz mocniejsze, Chińczykom w materii pakowania potężnych silników do naprawdę tanich aut kompletnie nikt nie dorównuje.
Elektryczne auto premium: co kupić, żeby wszyscy zobaczyli twój sukces? Oto nasz poradnik [ZŁOMNIK]
Po drugie, i co jest szczególnie istotne w przypadku właśnie chińskich aut, producentom z Państwa Środka zupełnie obce jest takie ważne w motoryzacji słowo: równowaga. Mówi o tym zresztą w filmie wyżej (tym o BYD) Tymon: Chińczycy chętnie pakują do swoich aut potężne silniki, które rozpędzają te auta do nieprzepisowych prędkości dosłownie w ułamku sekundy. Ale to jednocześnie bardzo często auta, które się fatalnie prowadzą. Które w zakrętach przechylają się tak, że dosłownie podpierają się lusterkami. Które nie hamują. Które mają tak miękkie zawieszenia, że byle dziura wprowadza w niepewne ruchy całe nadwozie. Które przy gwałtownym hamowaniu gwałtownie nurkują maską do asfaltu i po prostu stają się niepewne w prowadzeniu.
Naprawdę – ryzykowne manewry w takich autach są jeszcze trudniejsze niż w przeciętnym aucie.
Jeszcze raz: to nie samochód zabija, ten czy inny, chiński czy niemiecki, tylko człowiek. Ale nad takim autem jest naprawdę łatwo stracić kontrolę. Dużo łatwiej niż nad tym feralnym Golfem R, który jest w jakiś sposób przygotowany do wyczynowej jazdy. Oczywiście pojawia się drugie pytanie – czy takie auta, które wręcz prowokują do przekraczania prędkości, a do tego są w zasięgu przeciętnego Kowalskiego, w ogóle powinny być sprzedawane. Ale nie o tym jest ten tekst. Ale oczywiście „przygotowanie techniczne” nie może być żadnym usprawiedliwieniem dla ryzyka na drodze publicznej.
Za postępem technicznym nie wyrabia się ani człowiek, ani prawo
W starciu z coraz szybszymi samochodami szczególnie właśnie piesi są bezbronni. Kierowca z jakiegoś kolejnego wypadku – bo to kwestia czasu – może się jeszcze jakoś wyliże, ale pieszy jest właściwie zawsze bez szans w przypadku takiej sytuacji, jak w Krakowie.
W tym układzie najbardziej zawodny jest człowiek. Powiedzmy sobie szczerze – dzisiaj osoba, która uczy się jeździć, nie jest w żaden sposób przygotowywana do tego, że wsiada do 400-konnego elektryka. Prawo jazdy zdaje się na miejskim hatchbacku, który rozpędza się do 100 km/h przez godzinę. Ilu z tych kursantów dostanie od rodziców w nagrodę nowe auto? Które jest teraz szybsze niż kiedykolwiek?
Nie wyrabia się również ustawodawca. Te problemy widzimy wszędzie – od batalii o elektryczne hulajnogi, przez problemy z elektrycznymi motocyklami, aż po coraz szybsze samochody. Nieuchronność kary za przewinienia nie jest dziś żadnym straszakiem. Zbyt często słyszymy o kierowcach z zakazami prowadzenia aut, którzy powodują wypadki.
Może cię zainteresować także:


