O ile w wielu krajach Europy Zachodniej samochody elektryczne wchodzą do głównego nurtu, osiągając ok. 30 proc. łącznej sprzedaży, w Polsce to nadal margines. Wybór samochodu na prąd wciąż bywa postrzegany jako ekscentryczność, a nie chłodna kalkulacja. A co dopiero, gdy ktoś wybiera auto na prąd z segmentu premium? To prawie jak kupno jachtu. Zapraszam na przegląd rynku.

- W Polsce rynek nowych samochodów elektrycznych znacznie skurczył się po wycofaniu dopłat. W pewnym momencie ich udział wynosił 10 proc., a ostatnio spadł do ok. 5 proc.
- Marki popularne wśród nabywców aut elektrycznych są zupełnie inne niż te u klientów na auta spalinowe. Chińczycy są dużo wyżej, marki europejskie – na dole tabeli.
- Kupując samochody elektryczne jeszcze chętniej wybieramy marki premium, na zasadzie „jak już robić coś szalonego, to po całości”. Ile naprawdę kosztują „elektryki” z segmentu premium i co warto kupić – tego dowiecie się z mojego poradnika.
Można spierać się w nieskończoność, czym są marki premium i kto się do nich zalicza, jednak w tym przeglądzie dla ułatwienia uznaję, że w Polsce istnieją tylko cztery: Audi, BMW, Mercedes i Lexus.
Fani Volvo i Tesli mogą teraz zjeść porcję bigosu na uspokojenie, jednak nic to nie zmieni – obecnie prawie każdy producent próbuje pozycjonować się jako premium, więc nie należy specjalnie się przejmować jego deklaracjami, a zamiast tego spojrzeć na to, co ma do zaoferowania. Volvo jest w połowie drogi, bo ich auta są duże i eleganckie, ale nie mają nic luksusowego i żadnego „halo cara”. Tesla oferuje dwa modele: sedana i coś na kształt SUV-a w dość atrakcyjnych cenach, poza technologicznym charakterem nie ma w nich nic specjalnie wyjątkowego. Wszystkie inne marki, które chcą widzieć siebie w segmencie premium, jak Alfa Romeo czy Mazda, są po prostu nietypowe, ale to tyle.
Skoro już to ustaliliśmy i wszyscy są oburzeni, zobaczmy, co można kupić
Zaryzykuję twierdzenie, że jedyną marką premium, która na poważnie podeszła do elektryfikacji, jest BMW. To nie znaczy, że Audi czy Mercedes robią to byle jak i dla żartu, ale jednak BMW ma samochody napędzane prądem praktycznie we wszystkich segmentach, a najnowsze z nich, jak iX3, naprawdę wyznaczają nowy standard. Zaczniemy jednak alfabetycznie, od Audi.
Audi
Zastanawiałem się od pewnego czasu, dlaczego nawet w mojej okolicy – gdzie regularnie nowe modele pojawiają się jako pierwsze – nie widzę nowego elektrycznego A6 Sportback e-tron.
Potem spojrzałem na cenę i zauważyłem, że Audi żąda za ten wóz 300 tys. zł w podstawie, a do tego trzeba jeszcze dołożyć jakieś opcje. Kombi, czy raczej Avant, kosztuje 307 400 zł. Możliwe, że podczas prac nad kalkulacją ceny doszło do jakiejś strasznej katastrofy budowlanej, wskutek której sufit spadł pracownikom na głowę i stąd takie wartości. Ponad 50 tys. różnicy względem spalinowego A6 Avant to trochę nawiązanie do motoryzacji sprzed 10 lat, gdy auta elektryczne faktycznie były znacznie droższe niż spalinowe, ale to na serio już dawno minęło.
To znaczy: nie w Audi.
Katastrofa ekologiczna na Śląsku. Śledczy zajęli się śniętymi rybami
Tym sposobem jedynym autem elektrycznym od Audi wartym obecnie uwagi jest kompaktowy crossover Q4 e-tron. Tych pojazdów rzeczywiście widzę na drodze sporo. Sprawdziłem, za ile można go mieć w wersji gotowej do odbioru i cena wynosi ok. 230 tys. zł. Szkoda tylko, że Audi nie podaje szczegółów zastosowanego akumulatora na stronie opisującej dany egzemplarz ze stocku. Podają zasięg WLTP: od 415 do 554 km. Wygląda na to, że mamy tu do czynienia z najpopularniejszą wersją: 204 KM, akumulator 82 kWh i napęd na tył. Gdybyśmy marzyli o quattro (nieco udawanym, ale jednak dwusilnikowym), trzeba będzie wydać 271 tys. zł.

Q4 Sportback i Q4 e-tron. Oba elektryczne. (fot. TSP / Audi - materiały prasowe)
Reszta modeli elektrycznych Audi ma ceny z oparów absurdu.
BMW
Moje osobiste zapatrywania względem samochodów BMW muszę schować do kieszeni, bo bawarska marka ma najlepszą gamę aut elektrycznych, i to nie tylko w segmencie premium. Ktoś może powiedzieć, że gama nie różni się znacząco od gamy Audi, ale tylko na pierwszy rzut oka, bo BMW ma w ofercie zarówno dużego SUV-a na prąd w znośnej cenie (iX3 za 275 tys. zł), jak i dwa rozsądnie wycenione mniejsze crossovery – iX1 i iX2, a także udane auto osobowe, czyli i4, za mniej niż 250 tys. zł. A Audi tego nie ma.
W BMW na ekranie wyświetla się reklama. BMW twierdzi, że to nie reklama
Spojrzyjmy więc na dwa pojazdy, które wydają mi się tu szczególnie godne polecenia. Pierwszym jest iX3 – to z „wąską nerką”, czyli typ NA5. Prowadziłem ten pojazd i choć nie czułem wielkiej radości z jazdy, czułem jednak podziw wobec jakości jego złożenia. Nawet poczułem to dotknięcie premium. Już podstawowa wersja oznaczona liczbą 40 ma akumulator 82 kW, moc 320 KM i ładowanie z mocą do 300 kW: są to bardzo dobre parametry. A przy cenie 315 tys. zł otrzymujemy: moc 469 KM i akumulator 109 kWh – przejechanie 600 km między ładowaniami to nie jest żaden problem. Tu można osiągnąć nawet 400 kW mocy ładowania, o ile znajdziemy taką ładowarkę. Imponujące parametry.

BMW iX3 50. (fot. Piotr Rodzik / Zero.pl)
Drugi pojazd wart zainteresowania to osobowy i4. Już w bazowej wersji za mniej niż 250 tys. zł mamy 70 kWh energii w akumulatorze i moc chwilową 286 KM, a także przyspieszenie 0-100 km/h w 6 sekund. Wielką zaletą jest – przynajmniej dla mnie – wygląd identyczny z wersją spalinową. Podobnie robią np. Kia i Hyundai, oferując auto elektryczne i spalinowe w tym samym nadwoziu, przez co gdyby nie zielone tablice, nikt nie wiedziałby, że jeździmy „elektrykiem”. BMW i4 wygląda po prostu jak nowoczesne BMW, a do tego jest na prąd. Sprawdziłem samochody dostępne od ręki – nie ma za bardzo ani iX3, ani i4, chyba klienci wykupili. W ogóle im się nie dziwię.

BMW i4. (fot. Fabian Kirchbauer / BMW - materiały prasowe)
Lexus
Japończycy „trochę” odstają od Niemców, jeśli chodzi o wybór modeli. Lexus ma w ofercie dwa auta elektryczne: SUV-a RZ i sedana ES, przy czym tego drugiego nie widziałem jeszcze na żywo w wersji na prąd. Na stronie zapowiedziana jest również premiera bardzo dużego elektrycznego SUV-a TZ z trzema rzędami siedzeń i akumulatorem 95,8 kWh. Nie ma go jednak na razie w cenniku.
W cenniku jest RZ – za 237 800 zł, z leasingiem na 100,1 proc. Są trzy wersje do wyboru, różniące się głównie mocą, choć najtańsza ma napęd tylko na przód – mocniejsze dysponują napędem Direct4, czyli dwoma silnikami. Wszystkie mają ten sam akumulator 77 kWh, czyli można przyjąć zasięg na poziomie 400 km. Nie ma różnicy, jeśli chodzi o maksymalną moc ładowania (150 kW), ale jest znacząca, gdy mowa o osiągach. Najwolniejszy Lexus RZ przyspiesza do 100 km/h w 7,5 sekundy, a najmocniejszy (408-konny) w 4,4 s. Za 10 tys. zł dopłaty możemy mieć znany z telewizyjnej reklamy wolant zamiast kierownicy i to chyba najbardziej rozpoznawalna cecha charakterystyczna RZ-a.

To chyba w Warszawie. (fot. MACIEJ LUBCZYNSKI / Lexus News)
Niemcy wyłączyli tysiące Toyot. Przydatna w zimie funkcja jest nie dość ekologiczna
Sedan ES350e ma tę samą baterię, ale kosztuje minimum 280 tys. zł – niewiele mniej od najdroższego RZ-a, tyle że do setki potrzebuje równe osiem sekund. Nic dziwnego, że do tej pory nie widziałem żadnego na ulicy, po porównaniu parametrów z ceną wychodzi, że to propozycja dla bardzo zaciekłych przeciwników nadwozi typu SUV (którzy z jakiegoś powodu nie kupili Mercedesa CLA...).
Mercedes
Zdecydowaną gwiazdą elektrycznej gamy Mercedesa jest nowe CLA dostępne jako sedan i kombi. Występują aż cztery wersje: CLA 200 (akumulator 58 kWh), CLA 250 (71 kWh), 250+ (85 kWh) i 350 4MATIC (też 85 kWh, ale z napędem na wszystkie koła). Najrozsądniej wypada ten drugi, czyli CLA 250 o mocy 272 KM. Mercedes nie daje prostego cennika, zachęca do samodzielnego skonfigurowania pojazdu albo wybrania czegoś z istniejącego „stocku”. Skorzystałem z tej drugiej opcji i oto mam swojego faworyta: kombi w wersji 250+ za 240 tys. zł.
Nie wiem dlaczego Mercedes podaje dla akumulatora 85 kWh zasięg znacznie ponad 700 km – ja bym powiedział, że można spodziewać się bardziej 550 km latem i 450 zimą, ale to i tak bardzo dużo. Miałem z tym autem krótko do czynienia i robi bardzo dobre wrażenie, włącznie z obecnością całkiem obszernego „frunka”. Do tego na drodze ekspresowej ten samochód zużywa zaledwie 15-16 kWh na sto kilometrów.
Pomijam monstrualnie ciężkie i horrendalnie drogie auta z serii EQS czy EQE. Mercedes życzy sobie znacznie ponad 400 tys. zł za SUV-a EQE, podczas gdy nowy GLC EQ jest krótszy o 2 cm, bateria zmieści tylko o 5 kWh mniej, a cena jest niższa o 120 tys. zł. Nie widzę żadnego sensu dla modelu EQE SUV w gamie.
Chińska i kliencka presja ma sens. W tym wypadku w garść wzięli się w Mercedesie
Widzę za to sporo sensu dla modelu GLB EQ. To duży SUV, ale z lekkim powiewem charakteru minivana. Produkują go na Węgrzech, a nie w żadnych Chinach, ma 473 cm długości i 289 cm rozstawu osi – trudno znaleźć powód, by auto było większe. Cenowo można go nazwać nawet konkurentem Tesli Model Y w bogatszych wersjach. Znalazłem kilka gotowych do odbioru egzemplarzy w cenie poniżej 250 tys. zł, z akumulatorem 71 kWh i mocą 272 KM. Niezła oferta.

Od lewej: GLB, CLA Shooting Brake. (fot. Tibo - The Good Click / Mercedes-Benz)
No i pozostaje jeszcze oczywiście elektryczna klasa G. Nie ma ona żadnego sensu, bo nie jest ani specjalnie terenowa, ani przestronna wewnątrz, ani nie prowadzi się wybitnie, zasadniczo jej sensem jest cena (od 681 300 zł) i to, że wszyscy jej nienawidzą: ekolodzy za bycie wielką terenówką kupowaną do miasta, petrolheadzi za bycie elektrycznym autem nawiązującym wyglądem do klasyka. Ideał.

Idealne to zdjęcie z wiatrakiem, jeszcze brakuje napisu SUSTAINABLE. (fot. ©Mercedes-Benz AG / Mercedes-Benz)
Na koniec takie pytanie
Czy w elektrycznych samochodach w ogóle występuje segment premium? Poza marką nie potrafią one niczym się wyróżnić. Mocne układy napędowe po kilkaset koni znajdziemy nawet w zwykłych samochodach chińskich, np. kompaktowy BYD Atto 3 Evo ma 449 KM, a do setki rozpędza się w 3,9 s.
Materiały w kabinie? Nie odróżnisz, czy to Kia, czy Audi. Gadżety? Chińczycy wiodą prym. To gdzie jest to całe premium? Odpowiedź jest prosta: w ludzkich komentarzach na twój temat. Jak kupisz sobie elektrycznego „chińczyka”, nawet bardzo mocnego i z ogromnym akumulatorem, to sąsiad co najwyżej popuka się w głowę. Jak kupisz Mercedesa o tych samych parametrach, to ten sam sąsiad będzie syczał do żony „patrz na tego złodzieja z naprzeciwka, ciekawe skąd miał pieniążki na taki wóz”. Tak wygląda „segment premium” w roku 2026.

