Reklama
Reklama
Reklama

Dymisja generała i dron w Redzikowie. Ekspert: Zmarnowaliśmy lata

TYLKO NA
wywiad_darmolinski-jedynka-desktop
Tomasz Darmoliński o dronach (fot. grafika zero.pl / MON/fundacja "Żelazny/KPRP/shutterstock)

– Słuchając jego wystąpień i obserwując podejmowane decyzje, miałem coraz większe wątpliwości, czy obrany kierunek odpowiada temu, czego wymaga dziś rozwój systemów bezzałogowych. Potem było tylko gorzej. Problemy, które mamy dziś w obszarze dronowym, są już powszechnie znane, a mimo to próbuje się przedstawiać pojedyncze sukcesy jako dowód sprawności całego systemu. Po dwóch latach funkcjonowania Inspektoratu straciliśmy bardzo dużo czasu – mówi w rozmowie z Zero.pl, Tomasz Darmoliński, ekspert ds. dronów, Fundacja „Żelazny”.

Michał Bruszewski: Utworzono Inspektorat ds. dronów (Inspektorat Wojsk Bezzałogowych Systemów Uzbrojenia – przyp.red), a na jego czele postawiono gen. Mirosława Bodnara, brata byłego ministra sprawiedliwości – Adama Bodnara. Obecnie już wiadomo, że gen. Bodnar będzie dowodził inspektoratem dronowym zaledwie do końca września. Od początku tej kandydatury mówiono o nominacji politycznej i że gen. Bodnar nawet nie interesuje się dronami. Jak oceniasz tę dymisję?

Tomasz Darmoliński: Po pierwszych trzech miesiącach, słuchając jego wystąpień i obserwując podejmowane decyzje, miałem coraz większe wątpliwości, czy obrany kierunek odpowiada temu, czego wymaga dziś rozwój systemów bezzałogowych. Potem było tylko gorzej. Problemy, które mamy dziś w obszarze dronowym, są już powszechnie znane, a mimo to próbuje się przedstawiać pojedyncze sukcesy jako dowód sprawności całego systemu. Po dwóch latach funkcjonowania Inspektoratu straciliśmy bardzo dużo czasu. Wprowadzanie dronów do Wojska Polskiego sprowadziło się do drobnych, lokalnych sukcesów, które w dużej mierze były zasługą oddolnych inicjatyw młodszych oficerów, a nie systemowych działań Inspektoratu.

Wiele dobrych inicjatyw oddolnych napotykało bariery proceduralne i organizacyjne. Szczególnie widoczne było to w szkoleniu operatorów BSP (bezzałogowe statki powietrzne – przyp.red). Zamiast maksymalnie otworzyć system szkolenia i zwiększać liczbę ludzi mających realne doświadczenie, stworzono model zbyt scentralizowany i zbyt sztywny jak na tempo rozwoju tej technologii. Każdy następny dowódca, który przyjdzie na to stanowisko, będzie miał bardzo trudne zadanie. Bezzałogowce to dziś przede wszystkim szybko rozwijająca się technologia.

Nie wystarczy podejmować decyzje doktrynalne, trzeba rozumieć technologię, która za nimi stoi. W Wojsku Polskim nadal jest niewiele osób, które naprawdę się w tym orientują. Co ciekawe, sporą część osób posiadających rzeczywistą wiedzę i doświadczenie znajdziemy dziś w Wojskach Obrony Terytorialnej. Często łączą służbę z pracą w sektorze cywilnym i dzięki temu mają bezpośredni kontakt z technologią, która zmienia się praktycznie z miesiąca na miesiąc. Nie wystarczy mundur i stopień generalski. Dowódca Inspektoratu musi rozumieć technologię, sposób jej użycia na współczesnym polu walki i ludzi, którzy ją rozwijają.

Czyli doszło do paradoksu. Inspektorat, który miał wdrażać drony w armii, blokował je?

Reklama
Reklama

Nie zrozumiano tempa rozwoju technologii ani istoty systemów bezzałogowych. Armia nie potrafiła nawet jednoznacznie zdefiniować, czym są drony mikro i mini, co doprowadziło do paraliżu decyzyjnego w sprawie zakupów. Mało tego, mówiono, że stawiamy na polskie rozwiązania, a do szkolenia kupiono chińskie drony. Na stanowisku Inspektoratu podczas tegorocznego MSPO prezentowano przecież między innymi drony firmy DJI. Do tego w praktyce to sprowadzono.

Czytaj także: Białoruskie czołgi blisko Przesmyku Suwalskiego. „Sprawdzian gotowości bojowej”

Zapowiedź dymisji następuje w kilka godzin po incydencie z dronem przy bazie w Redzikowie. Co o tym sądzisz?

Nie łączyłbym tych faktów. O odejściu gen. Bodnara mówiło się wcześniej w kuluarach.

W Redzikowie doszło do blamażu?

Największy problem nie polega na tym, że ktoś zadzwonił na 112, tylko na procedurze, która do tego doprowadziła. Jeżeli w bezpośrednim sąsiedztwie strategicznego obiektu wojskowego pojawia się nieuprawniony BSP, musi istnieć jasny łańcuch decyzyjny: kto wykrywa i identyfikuje obiekt, kto podejmuje decyzję o przeciwdziałaniu i jakich środków wolno użyć. Dziś część procedur nadal jest osadzona w realiach czasu pokoju i pozostawia zbyt wiele wątpliwości prawnych. Żołnierz pełniący służbę nie może w takiej sytuacji zastanawiać się, czy ma prawo działać i czy później będzie za to odpowiadał.

Reklama
Reklama

A co z wzorcowym modelem neutralizacji takiego drona? Czytałem jedną z opinii, że nie można było użyć ostrej amunicji, ponieważ w pobliżu mogli być cywile. Ale co z innymi sposobami jego neutralizacji, np. zagłuszenia?

Samo zagłuszanie dronów stało się dużo bardziej skomplikowane niż jeszcze kilka lat temu. Mamy do czynienia z ciągłym wyścigiem środków przeciwdziałania i sposobów ich obchodzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że obiekty o znaczeniu strategicznym powinny posiadać warstwowy system C-UAS, obejmujący detekcję, identyfikację i możliwość kontrolowanego przeciwdziałania. Nie musi to oznaczać użycia broni strzeleckiej. Szczególnie Żandarmeria Wojskowa powinna mieć realną zdolność do przeciwdziałania dronom zagrażającym infrastrukturze wojskowej. Kluczowe jest również jasne umocowanie prawne osób, które mają takich środków używać. Operator czy żołnierz musi mieć pewność, że działając zgodnie z procedurą, nie będzie później odpowiadał za samo podjęcie działania.

Co powinien zrobić nowy dowódca Inspektoratu ds. dronów?

Przede wszystkim odblokować szkolenia, zwiększyć dostęp do technologii i części oraz zmienić filozofię eksploatacji małych dronów w Wojsku Polskim. Szczególnie FPV i tanich platform szkoleniowych nie można traktować jak wieloletniego środka trwałego, który po każdym ćwiczeniu ma wrócić do magazynu w idealnym stanie. Musimy zaakceptować ich zużycie, uszkodzenia i straty w procesie szkolenia. Najważniejsze jest jednak wyszkolenie ludzi, a z tym nadal mamy poważny problem.

Reklama
Reklama

A jak jest obecnie?

Dziś operator, który podczas szkolenia uszkodzi drona, może odpowiadać za szkodę w mieniu. W przypadku małych dronów szkoleniowych, zwłaszcza FPV, takie podejście jest absurdalne. Trzeba zaakceptować, że w czasie intensywnego szkolenia część sprzętu będzie się zużywać, ulegać awariom i rozbijać. Inaczej zaczynamy szkolić ludzi nie po to, żeby dobrze latali, ale przede wszystkim po to, żeby niczego nie uszkodzili.

Czytaj także: Nieoficjalnie: Polska przekaże Ukrainie pociski do systemu Patriot

To jak nauczyć się latać dronami w takiej sytuacji, skoro nie wolno go uszkodzić?

To właśnie ta kwadratura koła. Oczywiście w wojsku ukraińskim czy rosyjskim również istnieje biurokracja, ewidencja sprzętu i konieczność rozliczania dronów. Różnica polega jednak na skali i podejściu do ich zużycia. Tam system został zmuszony przez realia wojny do zaakceptowania, że małe BSP są sprzętem intensywnie eksploatowanym i traconym. U nas nadal zbyt często ważniejsze staje się rozliczenie egzemplarza niż wyszkolenie operatora.

Dziękuję za rozmowę

Źródło: Zero.pl
Reklama
Reklama