
O podrywaniu polskich dyżurnych samolotów bojowych w czasie rosyjskich nalotów na Ukrainie, o lotnictwie przyszłości, brakach w polskiej obronie powietrznej i sposobie na rosyjskie drony rozmawiamy z pilotem, pułkownikiem rezerwy, Krystianem Zięciem z Fundacji „Alioth”. – Samoloty co do zasady nie są przeznaczone do tego, żeby poszukiwać małych celów – mówi w rozmowie z Zero.pl.
Michał Bruszewski: Jak pan, panie pułkowniku, czyta komunikaty, że są podrywane dyżurne myśliwce w czasie rosyjskich nalotów na Ukrainę, to co sobie myśli? Misje wykonują dobrze panu znane F-16.
Były pilot F-16, pułkownik rez. Krystian Zięć: Myślę, że nie mamy innego wyjścia. Nie zbudowaliśmy przez trzydzieści lat spójnego systemu obrony powietrznej, który bazowałby na różnych zdolnościach, oddziałujących na kilka warstw, na których mogą nas zaatakować różne środki napadu powietrznego. My budowaliśmy, tak na dobrą sprawę, system obrony powietrznej głównie w oparciu o systemy bazujące na ziemi, które opierają się o efektory rakietowe. Mówię głównie o systemie Wisła, czyli bateriach Patriot. I one sprawdzają się w walce z rakietami balistycznymi przeciwnika, ale nie dronami. Ekonomicznie to się nie opłaca.
Z czego wynika to zaniedbanie?
Nazywam to 30-leciem międzywojennym, między końcem Zimnej Wojny, a frontalną wojną na Ukrainie. Nie było żadnej refleksji na temat tego, że ten system nie do końca będzie pasował do nadchodzących zagrożeń. Oczywiście było dużo dyskusji na ten temat, ale korporacje, biznes szły w obranym kierunku. Cała Europa Zachodnia i Stany Zjednoczone budowały systemy obrony w ten sposób. Bazując na systemach rakietowych zapomniano totalnie o czymś takim jak artyleria lufowa AAA – Anti-Aircraft Artillery.
Powrót do podstaw?
Do lat 90. artyleria lufowa w obronie powietrznej znajdowała się na wyposażeniu każdego zgrupowania wojskowego, czy to obrony baz lotniczych, czy zgrupowań wojsk zmechanizowanych. Były tzw. Szyłki (ZSU-23-4 – przyp. red.) pamiętające wojnę w Wietnamie. My o tym zapomnieliśmy, bo nie było wojen symetrycznych, były asymetryczne. Do końca Zimnej Wojny było dwóch oponentów: ZSRR i USA.
Obecnie mamy symetryczne siły: Federacji Rosyjskiej, Chińskiej Republiki Ludowej i USA. I w momencie, kiedy znowu ten świat wrócił do układu global competition pomiędzy dużymi mocarstwami, trzeba budować system obrony powietrznej, który ma wiele zdolności, a nie tylko jedną zdolność.
Nasza obecna zdolność to właśnie F-16. Czy to optymalny scenariusz, że polski pilot F-16 poluje na rosyjskie drony?
Oczywiste, że nie jest to samolot przeznaczony do wykonywania tego typu misji. Samolot F-16, ten, który my dzisiaj znamy, który powstał na początku lat dziewięćdziesiątych, tzw. heavy block, to samolot wielozadaniowy, który potrafi wykonywać trochę zadań lotnictwa myśliwskiego i potrafi wspierać walczące na lądzie wojska.
To jest hybryda, która powstała właśnie na potrzeby trzydziestolecia międzywojennego, w myśl, że skoro nie ma symetrycznych wojen, zróbmy jeden samolot, który jest dobry do wszystkiego. No i nagle mamy wejście z powrotem w wojnę symetryczną i okazuje się, że samolot, który jest do wszystkiego, nie do końca zdaje egzamin.
To może FA-50 powinien zwalczać drony?
Jestem lotnikiem starej generacji, w związku z tym pamiętam jeszcze, jak wykonywałem loty samolotem MiG-21, a jeszcze wcześniej TS-11 Iskra. Mając tamte samoloty wykonywaliśmy loty w poszukiwaniu celu, by go strącić. Jest to to niezwykle trudne. Samoloty co do zasady nie są przeznaczone do tego, żeby poszukiwać małych celów. Do tego samolot FA-50 porusza się z prędkościami maksymalnymi Mach 1,2 – 1470 km/h, a drony śmigłowe do 200 km/h. Sama różnica w prędkości jest problematyczna, bo bardzo trudno jest operować samolotem, który porusza się z tak dużą prędkością i niszczyć cel wolno lecący.
A uzbrojenie?
FA-50 w wersji PL mają być uzbrojone w pociski AIM-120 AMRAM-y i AIM-9 Sidewindery. Mamy ten sam efekt do kosztu, ponieważ to uzbrojenie F-16. Ktokolwiek mówi, że zwalczanie setek albo tysięcy dronów za pomocą samolotów takich jak F-16 czy FA-50 ma sens, to jednocześnie podaje receptę na bankructwo. Jeden AMRAM kosztuje milion dolarów, a rosyjski dron ma równowartość między 10 a 100 tys. dolarów. A koszt PAC-3 MSE do Patriotów jest jeszcze potężniejszy, to ok. 5 mln dolarów. I to nie jest jedyny problem.
Czego nam jeszcze brakuje?
Tak jak wspomniałem, wbrew temu, co piszą media, F-16 nie jest myśliwcem. W polskim lotnictwie wojskowym mieliśmy do lat 90. podział na lotnictwo myśliwskie i lotnictwo wsparcia pola walki. I to miało swoje motywy. Ten ścisły podział był jak najbardziej uzasadniony. Potwierdziła to wojna w Ukrainie. W Polsce powinniśmy czerpać z tych doświadczeń i już teraz przygotowywać się do podobnych zagrożeń. Istotne jest zwalczanie celów powietrznych na dużym dystansie, zanim przeciwnik użyje uzbrojenia przeciwko miastom i infrastrukturze.
Ukraińcy używają F-16. Jak sprawdzają się one na wojnie?
Nie sprawdzają się, ponieważ F-16 nie jest samolotem, który może zwalczać zagrożenia jak robi to samolot myśliwski. Nieprzypadkowo, Ukraina, zabiega o pociski MBDA Meteor i samoloty, które mogą je przenosić. Chodzi o wypchnięcie rosyjskiego lotnictwa bombowego, czego nie zrobi F-16, bo jest samolotem wielozadaniowym, a nie myśliwskim. Rosyjskie bombowce podlatują na bliskie rubieże i zrzucają dużą liczbę bomb szybujących. Bomba jest tańsza od rakiety balistycznej i generalnie innych ładunków odpalanych z ziemi. Tylko w czerwcu, z tego co mi wiadomo, zostało zrzuconych na ukraińskie umocnienia około 8 tys. bomb.
I mówimy o liczbie bomb zrzuconych w jednym miesiącu. Zmienia to sposób prowadzenia działań wojennych na linii styczności wojsk, bo jeżeli Siły Zbrojne Ukrainy są cały czas zasypywane tysiącami bomb, to po prostu nie są w stanie skutecznie prowadzić obrony za pomocą większych grupowań. Uważam, że lotnictwo ukraińskie nie jest w tej chwili modelowym przykładem dla Polski.
A jak jest na Zachodzie?
Lotnictwo myśliwskie istnieje. Stanowią o nim samoloty, które potrafią latać wystarczająco wysoko i szybko. Są to trzy myśliwce: samolot F-22 wykorzystywany tylko przez Siły Zbrojne USA i on nie jest do nabycia przez inne państwa. Drugim samolotem, który jest bardzo szeroko stosowany na świecie, jest również amerykański, F-15. To podstawowy samolot lotnictwa przewagi powietrznej USA. Jest też użytkowany za granicą, m.in. w Japonii i Izraelu. W Europie takim samolotem jest głównie Eurofighter Typhoon, bo używają go Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania i Włochy.
We Francji generalnie, w związku z tym, że Francuzi nie są w stanie sobie pozwolić dzisiaj na posiadanie dwóch różnych samolotów, poszli w kierunku jednego samolotu Rafael, który tak na dobrą sprawę nie wypełnia definicji samolotu przewagi powietrznej. Na rynku są dostępne dwa myśliwce: F-15 i Eurofighter Typhoon – i one by zmieniły wojnę powietrzną nad Ukrainą. F-16 i F-35 to samoloty wielozadaniowe, projektowane w pierwszej kolejności do misji uderzeniowych i wsparcia wojsk lądowych. Eurofighter czy F-15 dodają to, co jest podstawowym zadaniem: walkę o przewagę w powietrzu.
Czyli pan jest zwolennikiem pomysłu, by z dronami walczyła przeciwlotnicza artyleria lufowa?
Dzieląc warstwy na różne poziomy, to do pułapu 10 tys. stóp jest to tańszy sposób. Obecne możliwości technologiczne pozwalają, by lufowa artyleria strzelała jeszcze wyżej. Z analiz Fundacji Alioth wynika, że jest ona tańsza, bo pocisk kosztuje maksymalnie setki euro, a dla artylerii 76 mm kierowanej radarem zdolnej niszczyć cele manewrujące na wysokościach do 30 tys. stóp kilkadziesiąt tysięcy euro, a nie miliony. Rozsądnym ekonomicznie jest zatem stosować artylerię lufową większego kalibru, powiedzmy 76 mm, którą można razić w cele nawet w warstwie pomiędzy 10 tys. a 30 tys. stóp. Mamy inną technologię niż w latach 80., możemy stosować artylerię lufową właśnie w takim kalibrze, która skutecznie jest w stanie razić cele takie jak samoloty, pociski manewrujące lub droższe drony w wyższych warstwach. W systemie kierowania radarowego (beam-riding guidance system) można sobie wyobrazić sterowany pocisk 76 mm wystrzeliwany z artylerii lufowej. Takie systemy są wykorzystywane w marynarkach wojennych państw europejskich, ale jest pomysł, by tę technologię umasowić na lądzie.
Czytaj także: Polskie czołgi K2 na straży strategicznego odcinka granicy z Rosją. Co z usterkami?
Wróćmy do lotnictwa. Czy projekt loyal wingmana, czyli drona-myśliwca, wspierającego załogowy samolot, to definitywna przyszłość?
My już teraz wiemy, jak ta przyszłość lotnictwa wojskowego będzie wyglądała za 20, 30 lat. Stany Zjednoczone budują nowy samolot przewagi powietrznej, podobnie Europa z projektem Brytyjczyków, Włochów i Japończyków. By wyszkolić pilota potrzeba setek godzin, do autonomicznego drona zostaną po prostu wgrane dane. Oczywiście, brzmi to banalnie, ale nie jest proste. Bo jest masa firm, która obiecuje produkty. Zbudować kadłub i silnik to nie problem. Kluczem jest software, by algorytm był w stanie skutecznie wesprzeć m;isję pilota. A to akurat potrafi niewiele państw świata.
Może zainteresuje cię także

