Reklama
Wojsko

Czy najlepszy sojusznik może nam wyłączyć obronę? Lekcja z Ukrainy i NATO

Informacje o ograniczeniu części ukraińskich zdolności opartych na systemach Starlink i Starshield ponownie postawiły pytanie o granice sojuszniczego wsparcia. Historia pokazuje, że państwa sprzymierzone potrafią jednocześnie pomagać sobie nawzajem, ale też ograniczać wsparcie, jeśli uznają, że dochodzi do konfliktu interesów między sojusznikami. Dla Polski to cenna lekcja o tym, czym naprawdę jest zależność od sojuszników.

Sławomir Dębski
Opinia autorstwa: Sławomir Dębski
Dzisiaj 08:56
15 min
Ograniczenie Ukrainie dostępu do satelitarnej łączności Starshield pokazało, jak bardzo obrona państwa może zależeć od decyzji sojusznika (fot. Getty Images)
TYLKO NA

W ubiegłym tygodniu pisałem o teorii zwycięstwa NATO w ewentualnym konflikcie z Rosją, przedstawionej w Warszawie przez naczelnego dowódcę sił sojuszniczych w Europie, generała Alexusa Grynkewicha. Zwróciłem uwagę, że każdy sojusz jest żywym organizmem politycznym. Każdy sojusz nakłada ograniczenia. Wspólny cel nie oznacza wspólnej teorii zwycięstwa ani zgody co do środków jego osiągnięcia. Sojusznicy muszą stale uzgadniać metody i środki prowadzące do zwycięstwa.

 Gdy czytelnicy zapoznawali się z tamtym tekstem, doszło do kolejnego sporu między administracjami Donalda Trumpa i Wołodymyra Zełenskiego o sposób zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej. Pojawiły się informacje o ograniczeniu dostępu Ukrainy do Starlinka, cywilnej usługi łączności satelitarnej SpaceX, oraz jego wojskowej wersji, Starshield, zarządzanej bezpośrednio przez Pentagon. Uderzało to między innymi w ukraińskie zdolności do przechwytywania rosyjskich dronów. Prezydent Zełenski publicznie obarczał odpowiedzialnością administrację Trumpa. Amerykanie zaprzeczali, choć trzeba przyznać, że często mało przekonująco. Polityczna intencja ograniczeń pozostaje przedmiotem sporu. Sama zależność Ukrainy od Ameryki jest jednak bezsporna.

Prawdziwe Gwiezdne Wojny. Polski satelita, ograniczony Starlink i rosyjski front

Kolejny zgrzyt

W sojuszniczej relacji między Waszyngtonem i Kijowem po raz kolejny zazgrzytało. Tym bardziej że prezydent Trump podjął decyzję o ograniczeniu lub też zawieszeniu części sankcji nałożonych na Rosję jako agresora, państwo łamiące Kartę Narodów Zjednoczonych. Dlaczego to akurat jest ważne, za chwilę.

Reklama
Reklama

Uprzedzając protesty: „Ale, ale... Ukraina nie jest ani amerykańskim, ani naszym sojusznikiem”, wyjaśniam, że posługuję się tym pojęciem funkcjonalnie. Chodzi o współpracę autonomicznych uczestników polityki międzynarodowej w dążeniu do wspólnego celu. Taki sojusz może, ale nie musi być sformalizowany. To lekcja z teorii sojuszy. Warto teorie znać, aby rozumieć, co się mówi w polityce międzynarodowej.

Dr Andrzej Dybczyński, najlepszy polski specjalista od sojuszy i teorii ich działania, w książce „Sojusze międzynarodowe” za istotę takiego związku uznaje łączenie zasobów autonomicznych aktorów, zwiększające ich potencjał militarny. Podstawą tej współpracy jest zaś wspólny interes i przewidywania dotyczące rzeczywistości międzynarodowej przed i po zakończeniu konfliktu.

Polska nie jest gotowa na rój Shahedów. Wojna w Ukrainie pokazuje dlaczego

Z tego punktu widzenia współpraca Ukrainy ze Stanami Zjednoczonymi, Polską i innymi państwami wspierającymi jej obronę ma charakter sojuszniczy. Ukraina, broniąc własnej niepodległości i integralności terytorialnej, dostarcza siły potrzebnej do obrony ustanowionego w Karcie Narodów Zjednoczonych zakazu agresji. Przepis pozbawiony egzekucji zamienia się w polityczny postulat. Żadne z cywilizowanych państw nie jest zainteresowane powrotem wojny jako podstawowego narzędzia rozwiązywania sporów międzynarodowych. Ukraiński opór nadaje tej normie rzeczywistą treść i jest pierwszą linią obrony uniwersalnej normy. Wspólnym interesem Ukrainy i państw ją wspierających jest niedopuszczenie do powrotu do świata sprzed paktu Brianda-Kellogga z 1928 r., w którym podbój stanowił akceptowany sposób zmieniania granic.

Reklama
Reklama

Państwa te starają się, akceptowalnym dla siebie kosztem, podnosić cenę rosyjskiej napaści. Można domagać się większej pomocy i krytykować niewystarczający zakres sankcji na Rosję, ale faktem jest, że Ukraina i wspierające ją państwa połączyły swoje zasoby i świadczą sobie nawzajem usługi sojusznicze, dążąc do obrony ważnej dla siebie normy: agresja zbrojna jest złem i należy ją eliminować. My dostarczamy broń i pieniądze. Ukraińcy własną krwią zatrzymują armię, która mogłaby zagrozić także nam.

Ewakuują rannych latającymi dronami. Kolejna rewolucja technologiczna w Ukrainie

Wojna o zysk

Ubiegając się o drugą kadencję, Trump uczynił kończenie wojen i zaprowadzanie pokoju swoim znakiem firmowym. Od jego powrotu do Białego Domu minęło 21 miesięcy, a wojna rosyjsko-ukraińska trwa. Prezydent znowu oskarża Zełenskiego o sabotowanie wysiłków pokojowych. Putina próbuje natomiast przekonywać wizją zysków, jakie przyniosłyby zakończenie wojny, zniesienie sankcji i wznowienie interesów z Rosją.

Za takim podejściem kryje się przekonanie, że wojna toczy się przede wszystkim o zysk: surowce, porty, handel, infrastrukturę i żyzne ziemie. Tymczasem przedmiotem rosyjskiego ataku jest samo istnienie Ukrainy niezależnej od Moskwy. Dla Rosji wojna ma charakter systemowy. Zniszczenie ukraińskiej państwowości uwiarygodniłoby groźby pod adresem kolejnych państw europejskich, także Polski. Wiarygodna groźba pozwala zaś żądać haraczu: ustępstw, podporządkowania, uznania strefy wpływów w zamian za rezygnację z wywołania wojny. Czysty rosyjski rekiet. Polityczna kultura rekietu charakteryzuje Rosję Putina od zawsze. Na niej Putin oparł cały rosyjski ustrój, system Putina. Trump nie chce tracić czasu na jego studiowanie. Ma 80 lat. Chce zakończyć wojnę tu i teraz, choćby ukraińskim kosztem. Pozostawiam na boku także to, że Trump nie ma zielonego pojęcia o prawie międzynarodowym i nie uważa, aby mogło ono ograniczać go w myśleniu i działaniu. Ale Trump to nie Ameryka, a państwo amerykańskie zinternalizowało wiele norm prawa międzynarodowego, a ich naruszenie jest przestępstwem federalnym.

Czy w tej sytuacji wciąż możemy mówić o sojuszu Ameryki i Ukrainy? Owszem, dopóki utrzymują współpracę zwiększającą ich możliwości działania przeciw wspólnemu zagrożeniu dla pokoju i bezpieczeństwa w Europie. Sojusze są w stanie przetrwać dramatyczną różnicę interesów, a nawet wrogość przywódców. W końcu polityka polega również na budowaniu wspólnej przewagi z ludźmi, z którymi prywatnie nie chcielibyśmy mieć nic wspólnego.

Reklama
Reklama

Szukanie równowagi

Wspomniałem już, że każdy sojusz nie tylko zwiększa potencjał sojuszników, ale też ogranicza. Jego podtrzymywanie wymaga szukania równowagi między uwikłaniem a porzuceniem. Stany Zjednoczone, Polska czy Niemcy obawiają się uwikłania przez Ukrainę w bezpośrednią wojnę z Rosją. Ukraina obawia się porzucenia, izolacji, „zdrady sojuszników”, sprzedania za trzydzieści srebrników. Obie obawy są naturalne. Waszyngton, Berlin i Warszawa, chcąc wpływać na sposób prowadzenia wojny i warunki jej zakończenia, muszą jednak brać pod uwagę, że rezygnacja ze wsparcia odbiera im także instrument wpływu. Ukraina, chcąc to wsparcie utrzymać, musi w jakiejś części uwzględniać ich ograniczenia.

Mieszkańcy Lubelszczyzny słyszeli „głośny motor”. Poszukiwania zakończone

Czy zatem sojusznik może nam „wyłączyć” wrażliwe systemy obronne, ograniczając narzędzia siły potrzebne do realizacji celu, którego nie podziela? Może. Choć w ten sposób on także traci wpływ na bieg wydarzeń. Do wywierania wpływu służy kontrola nad zasobem, bez którego nie jest możliwe kontynuowanie wojny w sposób optymalny, czyli za rozsądną cenę. Stąd tak krytyczne znaczenie mają zasoby (i produkcja) amunicji, części zamienne, serwis, zdolności rozpoznania, łączności albo finansowania.

Reklama
Reklama

5 czerwca 1964 r. prezydent Lyndon B. Johnson napisał do premiera Turcji İsmeta İnönü list, który powstrzymał przygotowywaną turecką interwencję na Cyprze. Ostrzegając przed wojną z Grecją i interwencją sowiecką, pisał:

Z najwyższym zaniepokojeniem przyjąłem przekazaną mi przez ambasadora Hare’a informację od Pana i Pańskiego ministra spraw zagranicznych, że rząd turecki rozważa podjęcie decyzji o interwencji zbrojnej w celu zajęcia części Cypru. Pragnę podkreślić, z całą przyjaźnią i szczerością, że nie uważam, aby takie działanie Turcji, brzemienne w tak daleko idące konsekwencje, było zgodne ze zobowiązaniem Pańskiego rządu do uprzednich, wyczerpujących konsultacji z nami. Ambasador Hare poinformował mnie, że odroczył Pan decyzję o kilka godzin, aby poznać moje stanowisko. Zwracam się do Pana osobiście z pytaniem, czy rzeczywiście uważa Pan za właściwe, aby Pański rząd w istocie stawiał ultimatum sojusznikowi, który przez lata udzielał Turcji tak niezachwianego wsparcia jak Stany Zjednoczone. (...)

Muszę również zwrócić Pańską uwagę, Panie Premierze, na zobowiązania wynikające z członkostwa w NATO. Nie może Pan mieć wątpliwości, że turecka interwencja na Cyprze doprowadziłaby do starcia zbrojnego między siłami tureckimi i greckimi. Sekretarz stanu Rusk oświadczył na niedawnym posiedzeniu Rady Ministerialnej NATO w Hadze, że wojnę między Turcją a Grecją należy uznać za „dosłownie nie do pomyślenia”. Członkostwo w NATO ze swej istoty oznacza, że państwa Sojuszu nie będą prowadzić ze sobą wojny. Niemcy i Francja, stając się sojusznikami w NATO, pogrzebały wielowiekowe animozje i wrogość; od Grecji i Turcji nie można oczekiwać niczego mniej. Co więcej, turecka interwencja zbrojna na Cyprze mogłaby doprowadzić do bezpośredniego zaangażowania Związku Sowieckiego. Mam nadzieję, że zrozumie Pan, iż Pańscy sojusznicy z NATO nie mieli dotąd sposobności rozważyć, czy spoczywa na nich obowiązek obrony Turcji przed Związkiem Sowieckim, jeżeli Turcja podejmie krok prowadzący do sowieckiej interwencji bez pełnej zgody i porozumienia ze swoimi sojusznikami z NATO.

Reklama
Reklama

Ponadto, Panie Premierze, niepokoi mnie kwestia zobowiązań Turcji jako członka Organizacji Narodów Zjednoczonych. (...)

Pragnę również, Panie Premierze, zwrócić Pańską uwagę na dwustronne porozumienie między Stanami Zjednoczonymi a Turcją w sprawie pomocy wojskowej. Zgodnie z artykułem IV porozumienia z Turcją z lipca 1947 roku Pański rząd jest zobowiązany uzyskać zgodę Stanów Zjednoczonych na wykorzystanie pomocy wojskowej do celów innych niż te, na które została udzielona. Pański rząd kilkakrotnie potwierdzał wobec Stanów Zjednoczonych, że w pełni rozumie ten warunek. Muszę powiedzieć Panu z całą szczerością, że w obecnych okolicznościach Stany Zjednoczone nie mogą wyrazić zgody na wykorzystanie jakiegokolwiek sprzętu wojskowego dostarczonego przez Stany Zjednoczone do tureckiej interwencji na Cyprze. (...)

Może Pan uznać moje słowa za nazbyt surowe i dojść do wniosku, że lekceważymy tureckie interesy w sprawie Cypru. Pragnę Pana zapewnić, że tak nie jest. Zarówno publicznie, jak i w poufnych rozmowach dokładaliśmy starań, aby zapewnić bezpieczeństwo Turkom cypryjskim, i nalegaliśmy, by ostateczne rozwiązanie problemu cypryjskiego opierało się na zgodzie stron najbardziej bezpośrednio zainteresowanych. Być może w Ankarze odczuwają Państwo, że Stany Zjednoczone nie działały wystarczająco aktywnie na Państwa rzecz. Z pewnością jednak wie Pan, że nasza polityka wywołała najżywsze oburzenie w Atenach (...)

Reklama
Reklama

Na koniec, Panie Premierze, muszę Panu powiedzieć, że postawił Pan kwestie wojny i pokoju o najwyższej wadze. Wykraczają one daleko poza dwustronne stosunki między Turcją a Stanami Zjednoczonymi. Z pewnością doprowadzą do wojny między Turcją a Grecją, a mogą również wywołać szerszy konflikt zbrojny ze względu na nieprzewidywalne konsekwencje jednostronnej interwencji na Cyprze. Na Panu spoczywają określone obowiązki jako szefie rządu Turcji; na mnie również spoczywają obowiązki jako prezydencie Stanów Zjednoczonych. Dlatego muszę poinformować Pana, w duchu najgłębszej przyjaźni, że jeżeli nie otrzymam od Pana zapewnienia, iż nie podejmie Pan takiego działania bez dalszych, najpełniejszych konsultacji, nie będę mógł zastosować się do Pańskiego żądania zachowania tajemnicy, przekazanego ambasadorowi Hare’owi, i będę musiał natychmiast wystąpić o zwołanie nadzwyczajnych posiedzeń Rady NATO oraz Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Źródło: Office of the Historian, Departament Stanu USA

Żaden turecki samolot nie został dezaktywowany za pomocą jakiegoś wyłącznika. Johnson połączył zakaz wykorzystania dostarczonego uzbrojenia z perspektywą politycznego osamotnienia. İnönü zgodził się odroczyć działanie. Waszyngton obawiał się uwikłania, Ankara zaś porzucenia. Cała teoria sojuszy w jednym liście.

Reklama
Reklama

Dowódca szwedzkiej armii ostrzega. Bałtyk wciąż kluczowy dla Rosji

Johnson nie wypowiedział Turcji sojuszu. Zapewniał o przyjaźni i wspólnych interesach, jednocześnie wskazując granicę poparcia. Można pozostawać sojusznikiem państwa i uniemożliwiać mu realizację konkretnego celu politycznego.

Osiem lat wcześniej podobną lekcję odebrali Brytyjczycy. W 1956 r. Wielka Brytania i Francja, współdziałając z Izraelem, zaatakowały Egipt. Administracja Dwighta Eisenhowera sprzeciwiła się operacji i zastosowała nacisk dyplomatyczny oraz finansowy. Londyn doświadczał odpływu rezerw i presji na funta. Według relacji ówczesnego kanclerza skarbu Harolda Macmillana Waszyngton uzależnił zgodę na uruchomienie pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego od przyjęcia zawieszenia broni. Presja amerykańska pomogła zatrzymać interwencję. Brytyjskie okręty mogły nadal dumnie prezentować banderę. Rząd tracił jednak możliwość finansowania polityki, której były narzędziem.

Polska teoria zwycięstwa

Dla Polski ze wszystkich tych lekcji, współczesnych i historycznych, w tym także z listu Johnsona, wynika konieczność rozróżnienia dwóch spraw: wspólny cel polityczny nie oznacza jeszcze zgody na dowolny sposób prowadzenia wojny, nawet obronnej. Sojusznicy mogą podzielać pogląd o konieczności obrony Polski, mogą uznać, że artykuł V Traktatu Waszyngtońskiego zobowiązuje ich do udzielenia Polsce pomocy, ale jednocześnie mogą różnić się w ocenie, jakie polskie i natowskie działania są do tego konieczne.

Czy wolno uderzać w cele na terytorium agresora? Kiedy? Gdzie? W jakiej sekwencji? W którym momencie? Co jeden uczestnik uzna za konieczną samoobronę, drugi może ocenić jako niebezpieczną eskalację. Tego sporu nie rozstrzygnie samo powtarzanie, że „jesteśmy silni w NATO”.

Reklama
Reklama

Dlatego własną teorię zwycięstwa trzeba komunikować i dyskutować z sojusznikami przed wojną. Powinni wiedzieć, jak zamierzamy się bronić, jakie zdolności defensywne i ofensywne będziemy w tym celu rozwijać oraz jak zamierzamy osiągnąć wspólny cel – powstrzymać rosyjską agresję i sprawić, aby się nie powtórzyła. Polska musi zabiegać o to, aby jak najwięcej tych rozstrzygnięć znalazło odzwierciedlenie we wspólnych strategiach, doktrynach, planach, ćwiczeniach i przygotowaniach. Jeżeli podstawowe różnice ujawnią się dopiero po rosyjskim ataku, czas potrzebny na ich usunięcie będziemy opłacać własnymi stratami.

Eksplozja na Litwie. „Skontaktowałem się z polskim ministrem obrony”

List Johnsona uczy również, że samo posiadanie sprzętu zakupionego od sojusznika nie oznacza pełnej swobody jego wykorzystania. Kupując zagraniczne uzbrojenie, trzeba wiedzieć, które nasze zdolności mogą zostać ograniczone cudzą decyzją, jak szybko nastąpią skutki takiego ograniczenia i czym będziemy mogli je zastąpić. Rząd powinien znać odpowiedź, zanim ogłosi kolejny zakup historycznym sukcesem.

Nie koncentrujmy się na poszukiwaniach fizycznych przełączników. Dużo większe znaczenie ma polityka. Polska teoria zwycięstwa musi zatem jednocześnie dostarczać narzędzi wiązania sojuszników z naszą obroną i przeciwdziałać porzuceniu nas. Pierwszemu służą wspólne plany obronne, obecność wojsk, infrastruktura, ćwiczenia oraz powiązania przemysłowe. Zwiększają one polityczny i strategiczny koszt bierności. Naszym zadaniem jest przekonać partnerów, że rosyjskie zwycięstwo nad Polską oznaczałoby również ich klęskę: utratę wiarygodności, pogorszenie położenia wojskowego i konieczność obrony w znacznie trudniejszych warunkach.

Reklama
Reklama

„Dwa miesiące nam zostały”. Siewiera ostrzega przed konfrontacją z Rosją

Własna siła daje sojusznikom czas na decyzję i argument za zaangażowaniem. Państwo zdolne przetrwać pierwsze uderzenie i zadawać agresorowi straty zwiększa szansę, że pomoc przyniesie zwycięstwo, zamiast jedynie opóźnić klęskę.

Artykuł 5 Konstytucji nakazuje Rzeczypospolitej strzec niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium. Wykonanie tego obowiązku wymaga polityki, w której udział sojuszników będzie dla nich racjonalny, a ich wahanie nie uniemożliwi nam obrony. Władze nie mogą zakładać, że zgodność interesów będzie niezmienna, a cudza decyzja zawsze zapadnie na czas. O tym, czy Polska będzie się bronić, musi rozstrzygać Warszawa. I musi mieć czym tę decyzję wykonać.

Źródło: Zero.pl
Sławomir Dębski
Sławomir DębskiProfesor strategii i stosunków międzynarodowych w Kolegium Europejskim w Natolinie. Współautor programu Ground Zero
Reklama
Reklama