Reklama
Wojsko

Polska nie jest gotowa na rój Shahedów. Wojna w Ukrainie pokazuje dlaczego

Trwająca już piąty rok wojna w Ukrainie zapisze się w historii wojskowości jako potwierdzenie kierunku, w jakim powinny rozwijać się siły zbrojne. Nie chodzi wyłącznie o pojawienie się nowych środków walki, takich jak systemy bezzałogowe, oraz o wykorzystanie narzędzi sztucznej inteligencji. Posiadanie tych rozwiązań w arsenale jest oczywiście ważne, ale nie najważniejsze.

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 18:40
15 min
Przed rojem Shahedów nie obronią całego kraju wyłącznie wyspecjalizowane jednostki – potrzebna jest decentralizacja obrony przeciwlotniczej (fot. Getty Images / Shutterstock)
TYLKO NA

Wojen nie wygrywa sprzęt wojskowy ani maszyna, która autonomicznie podejmuje decyzję o ataku na czołg czy pojedynczego żołnierza. Wojny wygrywają ludzie. Sprzęt wojskowy służy jedynie i aż do osiągania celów, jednak to sposób myślenia człowieka decyduje o jego wykorzystaniu.

Amerykański strateg John Boyd zwykł powtarzać: „Ludzie, pomysł, sprzęt. W tej kolejności, nigdy odwrotnie”. W tych kilku słowach zawiera się fundamentalna zasada budowania sił zbrojnych. Punktem wyjścia musi być człowiek, jego indywidualne miejsce w świecie i sposób myślenia. Następnie przychodzi czas na koncepcję działania, czyli odpowiedź na pytanie: jak zorganizować ludzi, przydzielić im zadania i wykorzystać dostępne zasoby, aby osiągnąć zamierzony cel. Dopiero na końcu pojawia się sprzęt wojskowy.

W takim ujęciu posiadany karabin, czołg, armatohaubica, myśliwiec, śmigłowiec, okręt czy dron nie są celem samym w sobie. Są jedynie narzędziami, które mają umożliwić realizację wcześniej przyjętej koncepcji ich efektywnego użycia.

Szef MON zapowiada utworzenie Legionu Dronowego. „Proszę, zgłaszajcie się”

Reklama
Reklama

Można to porównać do prostej czynności, jaką jest wbicie gwoździa w drewnianą deskę. Teoretycznie, jeśli się uprzemy, możemy użyć do tego kombinerek, a nawet klucza francuskiego. Jednak jeśli zależy nam na skuteczności i efektywności, sięgniemy po młotek.

Czy można jednak wykonać tę czynność jeszcze sprawniej? Oczywiście. Wyobraźmy sobie, że mamy przy sobie pas z podstawowymi narzędziami albo skrzynkę z narzędziami ustawioną tuż obok miejsca pracy. Nie musimy za każdym razem przerywać wykonywanego zadania, szukać odpowiedniego narzędzia ani tracić czasu na jego przyniesienie. Wszystko, czego potrzebujemy, znajduje się pod ręką.

I właśnie tutaj dochodzimy do sedna. Nie wystarczy dysponować właściwym narzędziem. Trzeba jeszcze odpowiednio zorganizować pracę, aby móc wykorzystać je we właściwym miejscu, we właściwym czasie i w najskuteczniejszy sposób.

Na tej samej zasadzie należy budować poszczególne segmenty sił zbrojnych. Muszą być one dostosowane organizacyjnie do rzeczywistej architektury zagrożeń, a jednocześnie rozwijane zgodnie z trendami.

Decentralizacja

Wojna w Ukrainie oraz III wojna w Zatoce Perskiej nie tyle wyznaczyły nowy kierunek rozwoju sił zbrojnych, ile przyspieszyły dotychczasowe trendy. Z licznych doświadczeń i wniosków płynących z obu konfliktów wyłania się jedna fundamentalna zasada. Niczym system korzeniowy drzewa przenika ona kolejne obszary funkcjonowania sił zbrojnych, sięgając aż do sposobu organizacji i działania całego państwa. Tym kierunkiem jest decentralizacja.

Reklama
Reklama

W ujęciu organizacyjnym oznacza to rozproszenie zdolności, zasobów i odpowiedzialności wśród większej liczby współdziałających ze sobą podmiotów przy jednoczesnym zachowaniu spójności całego systemu. Funkcjonowanie tak zorganizowanej siły można porównać do mozaiki. Pojedynczy, niewielki kafelek jest nic nieznaczącym fragmentem. Połączony fugą z tysiącami innych, o odmiennych barwach i kształtach, współtworzy spójny wzór. W przypadku organizacji sił zbrojnych wzór ten musi być dostosowany do konkretnego wyzwania.

Spójrzmy więc na jeden z obszarów, w których ten kierunek ujawnia się szczególnie wyraźnie: obronę powietrzną.

Nalot u żołnierza WOT na żywo na TikToku. Wiemy, co z zatrzymanym

Polski model obrony powietrznej

Obecny polski system obrony powietrznej ma charakter scentralizowany. Za realizację zadań związanych z obroną powietrzną odpowiadają w nim ściśle wyspecjalizowane jednostki Wojska Polskiego. Budowana obecnie architektura tego systemu opiera się na czterech warstwach tworzących swoistą „bańkę”:

  1. Wisła – przeznaczona jest do zwalczania szczególnie wymagających celów powietrznych (pocisków balistycznych, zaawansowanych pocisków manewrujących oraz samolotów) na dystansach ponad 100 km.
  2. Narew – odpowiada za warstwę krótkiego zasięgu, zwalczanie samolotów, śmigłowców, pocisków manewrujących i większych bezzałogowców. Docelowo na dystansie przekraczającym 40 km.
  3. Pilica+ – bardzo krótkiego zasięgu, przeznaczona do punktowej ochrony obiektów oraz zwalczania celów niskolecących.
  4. SAN – przeznaczony do zwalczania masowych ataków tanich bezzałogowców typu Shahed.
Reklama
Reklama

Choć pierwsze trzy warstwy zaplanowano jeszcze w Planie Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych RP na lata 2013–2022, osiągnięcie pełnej sprawności przez cały system ma nastąpić dopiero w połowie przyszłej dekady. Pozostawmy na boku kwestię liczby zakupionych baterii oraz zapasów amunicji dla poszczególnych warstw obrony powietrznej. Skala i rodzaj tych zakupów w odniesieniu do potrzeb zasługują na osobną, szczególnie krytyczną analizę. Skupmy się na kwestii kluczowej, czyli sposobie organizacji.

Nieoficjalnie: Trump chce zrzucić „matkę wszystkich bomb” na Iran

W przypadku pierwszych trzech warstw skupienie najbardziej zaawansowanych zdolności w wyspecjalizowanych jednostkach wojskowych ma swoje pełne uzasadnienie. Zwalczanie samolotów czy pocisków rakietowych wymaga bowiem zaawansowanych systemów scentralizowanego wykrywania i ścisłej koordynacji działań w ramach systemu obrony.

Zupełnie inaczej powinna wyglądać sytuacja w przypadku czwartej warstwy, której zasadniczym zadaniem jest zwalczanie masowych ataków tanich bezzałogowców. Charakter tego zagrożenia wymaga odmiennego podejścia nie tylko do doboru uzbrojenia, lecz przede wszystkim do organizacji, rozmieszczenia i sposobu działania sił. Tak być powinno.

Reklama
Reklama

Tymczasem obecna koncepcja czwartej, „antydronowej” warstwy, opracowanej przez polski MON, przewiduje wykorzystanie 18 zakontraktowanych baterii przez wojska operacyjne. Koncepcja zakłada więc, że centralnie zarządzane jednostki będą w stanie zapewnić skuteczną obronę przed atakiem setek takich dronów. Celami ataków nie będą wyłącznie pojedyncze obiekty wojskowe, lotniska czy elektrownie. Ataki obejmą sieci i rozdzielnie energetyczne, kolej, centra logistyczne oraz całe miasta. W skrócie: całe terytorium Polski stanie się poligonem dla rosyjskich Shahedów.

Polskie baterie Patriot z problemami. „Dostawy na pewno opóźnione”

Ukraińskie doświadczenia

Tymczasem doświadczenia wyniesione z wojny w Ukrainie pokazują, że ataki saturacyjne, polegające na jednoczesnym wykorzystaniu dużej liczby różnorodnych środków napadu powietrznego, mają na celu przeciążenie tradycyjnego systemu obrony przeciwlotniczej. Przeciążenie dotyczy zarówno możliwości sprzętowych, jak i organizacyjnych. Podczas takiego ataku nasz centralnie zarządzany system musiałby jednocześnie reagować na wiele zagrożeń. W takiej sytuacji: 1) doprowadziłoby to do wyczerpania naszych zapasów amunicji już po jednej salwie przeciwnika; 2) centralnie dowodzone wojska operacyjne nie byłyby w stanie jednocześnie zapewnić ochrony wszystkim lotniskom, elektrowniom, zaporom wodnym, węzłom kolejowym i mostom itd.

Reklama
Reklama

Spójrzmy na liczby. Ukraińskie Ministerstwo Obrony w ubiegłym miesiącu poinformowało, że w samym wrześniu rosyjskie drony stanowiły aż 97 proc. wszystkich przechwyconych środków dalekiego zasięgu. Było to 4657 dronów i 150 pocisków rakietowych. Według ukraińskiego „Snake Island Institute” od lutego 2022 r. do początku 2026 r. Rosja użyła przeciwko Ukrainie ponad 8180 pocisków rakietowych oraz 73 870 dronów typu Shahed. Oznacza to, że drony stanowiły 90 proc. wszystkich użytych środków napadu powietrznego.

Skuteczność zestrzeliwania dronów nie jest przecież stuprocentowa. Nie zależy też wyłącznie od rozwoju technologii przeciwdronowych, lecz przede wszystkim od sposobu organizacji sił odpowiedzialnych za ich zwalczanie.

Jak zorganizować obronę przed taką skalą zagrożeń? Odpowiedzi nie należy szukać w katalogach producentów uzbrojenia, lecz w doświadczeniach państw, które już dziś mierzą się z konsekwencjami masowych ataków dalekiego zasięgu.

Mimo że Ukraina i Rosja stoją po przeciwnych stronach barykady, dochodzą w tej kwestii do podobnych wniosków. Oba państwa uznały, że ochrona rozległego terytorium, infrastruktury krytycznej oraz zaplecza gospodarczego nie może spoczywać wyłącznie na wyspecjalizowanych jednostkach wojsk operacyjnych. Ten wniosek nie wynika z abdykacji państwa, ale z odpowiedzialności za ochronę własnego terytorium.

Reklama
Reklama

Ukraina zaczęła reagować na ten problem już w 2022 r. W odpowiedzi na pierwsze masowe ataki dronów rozpoczęto tworzenie mobilnych grup ogniowych. Były to kilkuosobowe zespoły dysponujące m.in. pickupami, na których montowano karabiny maszynowe. Samochody zapewniały mobilność, a zamontowane na nich uzbrojenie umożliwiało zestrzeliwanie Shahedów. Co istotne, grupy powstawały w strukturach lokalnych jednostek obrony terytorialnej. Prowadzi to do wniosku, że ich zasadnicza przewaga nie wynikała z technologicznie zaawansowanego uzbrojenia, lecz ze sposobu zorganizowania.

Dron na plaży w Karwi. Wiadomo już, że nie jest rosyjski

W takiej organizacji żołnierze i przeszkoleni ochotnicy nie muszą być za każdym razem przerzucani z odległych jednostek, aby chronić elektrownie, mosty, magazyny czy węzły komunikacyjne. Znajdują się w pobliżu obiektów, za których ochronę odpowiadają. Tworząc takie oddziały na terenie całego kraju, Ukraina zwiększyła gęstość obrony przeciwlotniczej.

Według danych „Snake Island Institute” w pierwszej połowie 2024 r. mobilne grupy ogniowe odpowiadały za ponad 80 proc. zestrzeleń dronów typu Shahed. Pomimo ograniczeń tych statystyk pokazują one, jak duże znaczenie miało rozwiązanie, którego fundamentem nie był drogi i zaawansowany system uzbrojenia, lecz stworzenie odpowiedniej organizacji sił.

Reklama
Reklama

Z czasem ukraiński model obrony uzupełniono o sieć rozproszonych sensorów, które pozwalały śledzić i analizować tory lotu rosyjskich dronów. Powstała również aplikacja „ePPo”, dzięki której ludność cywilna może przekazywać informacje o zaobserwowanych zagrożeniach powietrznych.

Koniec „dronozy” i niezniszczalne czołgi? Lepsza ochrona nie przekreśla dronów

Najciekawszy etap zmian w ukraińskim systemie obrony przeciwlotniczej nastąpił jednak w ubiegłym roku. Wówczas ukraiński rząd uruchomił eksperymentalne rozwiązanie umożliwiające prywatnym firmom tworzenie własnych pododdziałów obrony przeciwlotniczej. W takim modelu przedsiębiorstwo finansuje funkcjonowanie swojego pododdziału, zapewnia personel i organizuje część niezbędnego zaplecza. Państwo natomiast określa zasady jego działania, weryfikuje personel i nadzoruje jego szkolenie. Mamy więc do czynienia z decentralizacją wykonywania zadań, a nie ze zrzeczeniem się odpowiedzialności państwa za obronę własnego terytorium. Firma może utrzymywać własną zdolność do ochrony obiektu, jednak jej wykorzystanie pozostaje częścią większego systemu. Odbywa się zgodnie z ustalonymi procedurami, z wykorzystaniem wspólnego obrazu sytuacji powietrznej oraz na podstawie decyzji właściwego dowództwa.

Reklama
Reklama

Co szczególnie interesujące, w podobny sposób zareagowała Rosja, której infrastruktura energetyczna i przemysłowa stała się celem ukraińskich ataków dalekiego zasięgu. W sierpniu prezydent Rosji Władimir Putin podpisał dekret zobowiązujący przedsiębiorstwa zarządzające infrastrukturą krytyczną do stworzenia własnych systemów ochrony. W odróżnieniu od podejścia ukraińskiego Kreml zastosował przymus pod groźbą kary. Jeśli rosyjskie przedsiębiorstwo nie zastosuje się do tego nakazu lub nie naprawi dostatecznie szybko szkód powstałych w wyniku ukraińskiego ataku, może zostać objęte tymczasowym zarządem państwowym.

Planowane ataki nożowników? Szef MON: Leży to w strategii Federacji Rosyjskiej

Nasze przygotowanie

Mimo że wojna w Ukrainie trwa już piąty rok, nadal nie odrobiliśmy lekcji płynących z tego konfliktu. Co najgorsze, informacje dotyczące organizacyjnego dostosowania się do tego zagrożenia nie są tajne. Są ogólnodostępne, stale omawiane i analizowane na całym świecie, ale nie przez nas.

Od lutego 2022 r. jedyną systemową odpowiedzią Warszawy na zagrożenie masowymi atakami bezzałogowców pozostaje program SAN. Jednocześnie nadal podrywamy myśliwce do każdego zagrożenia.

Według danych MON godzina lotu jednego F-16 kosztuje średnio 76 859 zł, a MiG-29 aż 101 264 zł. Oznacza to, że godzinna misja pary F-16 pochłania 153 718 zł, bez uwzględnienia ewentualnego użycia uzbrojenia. Z informacji podawanych przez MON wynika, że tylko we wrześniu doszło do co najmniej piętnastu sytuacji wymagających poderwania myśliwców. Resort nie podaje jednak, ile myśliwców uczestniczyło w poszczególnych interwencjach ani jak długo pozostawały one w powietrzu. Aby oszacować koszty tych działań, przyjmijmy wariant minimalny: załóżmy, że podczas każdej interwencji poderwano tylko dwa F-16, których lot trwał tylko godzinę. Przy takich założeniach łączny koszt piętnastu interwencji wyniósłby 2 305 770 zł.

Pozostawmy jednak na boku kwestię tego, jakie systemy odpowiadają za neutralizację tych zagrożeń. Stanowią one bowiem jedynie końcowy etap działań. Większość wysiłku koncentruje się na rozpoznaniu zagrożenia.

Reklama
Reklama

Organizacja rozpoznania zagrożeń powietrznych w Wojsku Polskim opiera się na centralnym gromadzeniu danych pozyskiwanych przez radary naziemne oraz samoloty wczesnego ostrzegania typu AWACS. Dodatkowym, zewnętrznym źródłem informacji jest Ukraina. Na mocy zawartego z nią porozumienia strona ukraińska dobrowolnie przekazuje nam dane dotyczące identyfikacji radarowej oraz parametrów lotu obiektów mogących zmierzać w naszym kierunku.

Tyle udało nam się osiągnąć przez cztery i pół roku pełnoskalowej wojny za naszą wschodnią granicą.

Trump daje Polsce szansę. Tusk i Nawrocki muszą na chwilę zakopać topór wojenny

Co powinniśmy zrobić?

Właśnie dlatego polski system obrony przed masowymi atakami dronów musi opierać się na zdecentralizowanym rozpoznaniu. To podstawowy warunek przygotowania, ponieważ zagrożenie może nadlecieć nie tylko od strony wschodniej granicy. Konieczne jest więc stworzenie rozproszonej sieci monitorowania przestrzeni powietrznej nad całym krajem.

Dlaczego więc nie wykorzystać potencjału polskich przedsiębiorstw i istniejącej infrastruktury? Punktem wyjścia mogłaby być sieć ponad 30 tys. wież telekomunikacyjnych, na których należałoby zamontować odpowiednie sensory. Luki w tak utworzonej sieci rozpoznania można byłoby następnie uzupełnić, instalując dodatkowe sensory na budynkach miejskich i słupach elektroenergetycznych, a także tworząc polski odpowiednik ukraińskiej aplikacji „ePPo”.

Reklama
Reklama

Równolegle należy zmienić podział odpowiedzialności w siłach zbrojnych. Wojska Obrony Terytorialnej (WOT) powinny przejąć większą część zadań związanych z ochroną zaplecza. Mobilne zespoły obrony przeciwlotniczej WOT, działające w pobliżu chronionych obiektów, mogłyby szybciej reagować na takie zagrożenia. Oznaczałoby to odejście od postawy pasywnej na rzecz aktywnego udziału WOT w obronie powietrznej. Pozwoliłoby to odciążyć wojska operacyjne, które mogłyby skoncentrować się na zwalczaniu „łucznika”, czyli niszczeniu źródła ataku, zamiast przeciążać ich skupienie na przechwytywaniu nadlatujących „strzał”.

Wielka armia bez etatów. Kulisy budowy wojska w czasach populizmu

Do tego systemu należy również włączyć podmioty cywilne. Sejm powinien stworzyć ramy prawne pozwalające firmom organizować własne pododdziały obrony przeciwlotniczej, wzorem rozwiązań stosowanych w Ukrainie. Nowe uprawnienia mogłyby dotyczyć np. firm ochrony. Skoro mogą one świadczyć usługi z użyciem broni palnej, dlaczego nie miałyby uzyskać zezwoleń na stosowanie systemów przeciwdronowych? Całość musiałaby jednak podlegać nadzorowi i kontroli MON. Ministerstwo musi odpowiadać za organizację szkoleń oraz wydawanie odpowiednich zezwoleń.

Reklama
Reklama

Przykładem powinien być Orlen, którego infrastruktura ma strategiczne znaczenie dla ciągłości funkcjonowania państwa i bezpieczeństwa ludności. Skoro koncern dysponuje własnymi strukturami ochrony, powinien zostać zmuszony do rozwijania struktur przeciwdronowych. Podobnie należy spojrzeć na kwestię bezpieczeństwa lotnisk. Zwróćmy uwagę na położenie portów lotniczych, np. Kraków-Balice czy Katowice-Pyrzowice.

W ich sąsiedztwie przebiegają autostrady, którymi każdego dnia przejeżdżają tysiące pojazdów, w tym ciężarówek przewożących kontenery. Zawartości tych kontenerów może nie znać nawet sam kierowca. Podobne zagrożenia należy uwzględnić również w przypadku elektrowni w Bełchatowie, gazoportu w Świnoujściu, rafinerii w Gdańsku, elektrociepłowni na warszawskim Żeraniu czy zapór wodnych. Aby uświadomić sobie skalę potencjalnego zagrożenia, warto przypomnieć sobie ukraińską operację „Pajęcza sieć”.

Jednak nawet najefektywniejszy system obrony nie zapewni absolutnej szczelności. Wystarczy, że przedostanie się przez niego zaledwie 0,5 proc. środków napadu powietrznego, aby doszło do poważnych strat. Dlatego równie istotne jest przygotowanie do ograniczania skutków takich uderzeń.

W tym przypadku konieczne jest pójście o krok dalej. Musimy stworzyć systemowy obowiązek budowy nowo powstającej infrastruktury magazynowej i produkcyjnej pod ziemią. To kosztowne przedsięwzięcie, dlatego powinny mu towarzyszyć zachęty finansowe dla prywatnych inwestorów.

Reklama
Reklama

Równie ważne jest wykorzystanie naszych uwarunkowań geograficznych do ochrony zakładów zbrojeniowych, które przecież podtrzymują wysiłek wojenny. Nowe linie produkcyjne musimy lokalizować przede wszystkim na południu Polski, gdzie ukształtowanie terenu zapewnia dodatkową ochronę.

To zaledwie część niezbędnych postulatów. Ich wprowadzenie wymaga odważnych decyzji politycznych oraz polityków gotowych je podejmować. Tych ostatnich, delikatnie mówiąc, mamy jednak w wyraźnym deficycie. Nie zmienia to faktu, że jeśli chcemy przetrwać, musimy się dostosować.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama