Trumpizm jako polityczna doktryna dostał od amerykańskich wyborców – by użyć piłkarskiej terminologii – żółtą kartkę. Nie jest to jeszcze czerwona kartka, ponieważ w USA szefem rządu jest prezydent i pomimo licznych kompetencji obu izb Kongresu, to on podejmuje strategiczne dla kraju decyzje.
Gdy do Polski napłynęły informacje, że `w tzw. midterms’ach, czyli wyborach cząstkowych Republikanie zostali zmiażdżeni przez Demokratów w Izbie Reprezentantów (ponad 250 deputowanych) i Senacie (54 przedstawicieli) od razu pojawiły się pytania czy „szorstka” przyjaźń pomiędzy Waszyngtonem, a Kijowem wróci do współpracy z czasów Joe Bidena, a Pentagon przyjmie ostrzejszy kurs wobec Federacji Rosyjskiej.
Rzecz w tym, że amerykańska lewica, nie po to wyautowała Joe Bidena podmieniając go na Kamalę Harris w wyborach prezydenckich 2024 r. by kontynuować jego politykę. Po obu stronach sceny politycznej w USA dominują nastroje antywojenne. Najwięcej kontrowersji budzi operacja „Epicka Furia” i brak komunikacji strategicznej Donalda Trumpa, który nie potrafił przekonać opinii publicznej, że atak na Iran ma sens.
Tyle, że zaangażowanie USA we wspieraniu Ukrainy było analogiczną wojną, która spowodowała przegraną Demokratów sprzed laty. Zarówno Biden, jak i Trump, wytracali poparcie dla swoich politycznych partii zaangażowaniem w wojny. Ukraina oraz Iran to wiodące tematy, które w połączeniu z kryzysem wewnętrznym USA dotyczącym kwestii społecznych i ekonomicznych, powodowały spadek popularności rządzących.
Pętla decyzyjna Waszyngtonu
A utratę pracy i wysokie ceny elektorat łączył z finansowaniem przez Pentagon zamorskich operacji militarnych. Jest to wręcz w DNA amerykańskiej demokracji, że kandydat zdobywa urząd obiecując zakończenie zamorskich wojen, po czym je wywołuje i przegrywa. A w cieniu już czeka pretendent głoszący antywojenne hasła.
Wynika to z faktu, że USA to militarne mocarstwo nr. 1 na świecie odpowiadające za światową architekturę bezpieczeństwa. W czasie rywalizacji mocarstw bierność oznaczałoby klęskę i utratę statusu, więc wybitne prezydentury to te, które potrafiły łączyć geopolityczne ambicje Waszyngtonu z demokratycznym umiarem. Takimi prezydentami byli np. gen. Dwight Eisenhower czy Ronald Reagan.
Ponadto, wbrew wielu opiniom pojawiającym się w polskich mediach, Demokraci nie są ugrupowaniem rusorealistycznym, nie są opozycją wobec Donalda Trumpa w tym względzie, jak kreuje to polska prasa. To administracja Baracka Obamy odpowiadała za tzw. reset relacji z Federacją Rosyjską w latach 2009-2010, który skończył się większą ekspansją militarną Rosji poza granice.
Prezydentura Joe Bidena była odwrotem od tej polityki, ale na finiszu zwalczanym przez najbliższych współpracowników samego amerykańskiego prezydenta. Trumpiści zwalczali wsparcie dla Ukrainy, Demokraci atak na Iran. Oba stronnictwa wygrały wybory bazując na tych hasłach. Podsumowując, nie oznacza to drastycznej zmiany kursu w polityce zagranicznej. W grę może wchodzić pewna korekta polityki, ale na koniec dnia to Donald Trump i to nawet zagrożony kolejnymi próbomami impeachmentu, podejmuje strategiczne decyzja w imieniu Stanów Zjednoczonych. Pomimo braku większości w obu izbach, Trump rządzi.
Obie izby amerykańskiego parlamentu decydują o ustawach, finansach publicznych i kontroli wobec działań prezydenta i służb wywiadowczych. Prezydent może wetować ustawy uchwalone przez Kongres, a Kongres może odrzucić weto większością dwóch trzecich głosów. Prezydent powołuje członków gabinetu i ambasadorów oraz sędziów federalnych kandydatami zaakceptowanymi przez Senat.
Bezsprzecznie, jego rządy będą utrudnione, choć nie całkowicie zablokowane. USA ma ustrój prezydencki, a amerykański prezydent jest odpowiednikiem prezesa rady ministrów z mandatem społecznym głowy państwa.
Brak większości parlamentarnej nie musi oznaczać zmiany polityki zagranicznej USA. Demokraci w opozycji wobec Trumpa mogą co prawda głosić hasła pro-ukraińskie, ale należy to traktować jako kontrę wobec władzy, standard w demokracji.
W istocie, gdyby kolejne prezydenckie wybory wygrał kandydat Demokratów to jego polityka wobec Ukrainy nie zmieniłaby się drastycznie w porównaniu do tego co robi Trump. Mało tego, wcale nie ma pewności co do zmiany polityki wobec regionu Bliskiego Wschodu. Bo jest to nieustanny balans, na ile amerykański prezydent może zaangażować Pentagon w zagraniczne operacje i gdzie jest granica działania po której amerykański wyborca uzna, że to nie jest w jego interesie.


