Reklama
Kraj

Reset albo rozbiórka. Dla Trybunału nie ma innej drogi

Trybunału Konstytucyjnego nie da się już naprawić wymianą kilku śrubek. Skala politycznego i prawnego chaosu jest dziś tak duża, że jedyną drogą staje się rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Na czym miałby polegać taki reset?

Paweł Musiałek
Opinia autorstwa: Paweł Musiałek
Dzisiaj 11:47
9 min
Reset Trybunału Konstytucyjnego oznaczałby wybór całego składu od nowa większością kwalifikowaną i zmianę konstytucji, która utrwaliłaby polityczne porozumienie (fot. PAP/Getty Images)

A więc stało się. Zgromadzenie Ogólne TK (ZO) zwołane przez sędzię Annę Korwin-Piotrowską przejdzie do historii jako symboliczny koniec marzeń o naprawie TK i zarazem przypieczętowanie kontroli nad tą instytucją przez obóz rządowy. Sposób wyznaczenia kworum, pozwalający na przejęcie pierwszych decyzji, wpisuje się w całą serię grubych prawnych nadużyć. To rozwiewa wątpliwości co do tego, jakiego TK należy się spodziewać w najbliższym czasie. Symboliczne dla ducha zmian było podjęcie decyzji o wyznaczeniu sędziów do postępowań dyscyplinarnych wobec prezesa TK Bogdana Święczkowskiego oraz wiceprezesa Bartłomieja Sochańskiego już na pierwszym ZO.

Choć wielu, szczególnie prawicowych wyborców, wierzyło, że śmiała interwencja prezydenta w piątkowy wieczór zatrzyma przejęcie Trybunału, nic takiego się nie wydarzyło. Zgromadzenie jest dowodem na to, że operacja się udała, a rząd jest na prostej drodze do wykorzystania tej instytucji, aby załatwić sprawy, na których mu zależy. Wejście Nawrockiego z futryną do TK jedynie podniosło polityczny koszt operacji, ale jej nie przerwało.

W Kanale Zero krytykował przełożonych. Poważne konsekwencje dla policjanta

Jest sprawą oczywistą dla wszystkich, że podjęte przez rząd działania długo nie przetrwają. Skala prawnych fauli, jakie zostały popełnione, powoduje, że TK w obecnym kształcie jest rozwiązaniem tymczasowym, służącym rządowi do przepchania spraw przed wyborami, na których mu zależy. Gdy nastąpi zmiana władzy, jest naturalne, że TK zostanie odebrany zapewne w nie mniej spektakularny sposób.

REKLAMA
Reklama

Sposób dokonania operacji na TK dla niemal wszystkich oznacza ostateczne pożegnanie z wizją naprawy tej instytucji poprzez mozolne dokręcanie śrubek śrubokrętem. Marcin Matczak słusznie przypomniał ostatnio, że różne prawnicze środowiska rekomendowały, aby po zmianie władzy zmienić jedynie „dublerów” i ich następców, aby usunąć główną wadę prawną. Wskazywano, aby Sejm stopniowo wybierał, zgodnie z wygasaniem kadencji, kolejnych sędziów, wprowadzając w ten sposób polityczną równowagę, a zatem polityczną legitymizację.

Obóz władzy z tej opcji nie skorzystał. Choć i przed piątkową nocą ta strategia była już mocno wątpliwa, to po niej stała się niemożliwa. Skala gwałtu na TK stała się na tyle daleko idąca, że dla każdego, kto chce ratować Trybunał, jest jasne, że jedynym rozwiązaniem jest opcja „resetowa”.

Dwie Polski przed Trybunałem. Różaniec, „Oda do radości” i granica, której nikt nie chce przekroczyć

W Klubie Jagiellońskim o tej opcji mówiliśmy od dawna, bo było dla nas oczywiste, że TK może funkcjonować tylko wtedy, jeśli cieszy się szeroką legitymizacją, a tę stracił już dawno temu. Dziś do tego pomysłu wzywają kluczowe instytucje prawnicze w Polsce – Fundacja Batorego i Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Coraz głośniej zaczynają o tym mówić politycy z różnych partii.

REKLAMA
Reklama

Czym jest reset?

No dobrze, ale co się kryje pod tym terminem? Przede wszystkim założenie, że skład TK należy wybrać od nowa, bo skala zagmatwania prawnego dotyczącego tego, kto powinien być sędzią TK, a kto nie, jest tak duża, że nie da się tego problemu rozwiązać na drodze prawnych korekt. Wybór nowego składu oznacza automatycznie, że wszyscy obecni sędziowie wybrani przez Sejm po 2015 r. powinni odejść w stan spoczynku, niezależnie od sporu na temat ich statusu. Naturalnie takie rozwiązanie jest sensowne nie na mocy ustawy, ale dużego politycznego porozumienia przypieczętowanego zmianą konstytucji, aby porozumienie było trwałe.

Aby TK odzyskał swoją legitymizację, należy wybrać sędziów większością kwalifikowaną, najlepiej minimum trzech piątych głosów. Wybór większością kwalifikowaną powinien być zresztą standardem przy wyborze innych konstytucyjnych organów. Dlaczego? Bo kwalifikowana większość wymusza włączenie choćby części opozycji i w ten sposób wymusza porozumienie. Wybrani kandydaci muszą być więc akceptowalni dla różnych stron sporu, bo zwiększa to nie tylko pluralizm, ale i daje szansę na instytucjonalną ciągłość danej instytucji. Taki sposób naturalnie premiuje kandydatów umiarkowanych, a nie „hardcorowców”, szczególnie politycznie dyspozycyjnych, co oddala także problem politycznej kontroli nad instytucją.

Dodatkowym zabezpieczeniem uniezależnienia TK od bieżącej większości politycznej powinna być także czasowa desynchronizacja kadencji poszczególnych sędziów, aby ich kadencje upływały w różnych terminach. Długość kadencji sędziów z nowego rozdania można losować. Kolejni wchodzący za odchodzących będą mieć już równą długość kadencji.

REKLAMA
Reklama

Oczywiście, aby zachować te korzyści, nie można wstawiać rozwiązań, które mają imitować to rozwiązanie, a mają zgoła inną logikę. Przykładem był rządowy projekt zmian w TK, który przewidywał większość kwalifikowaną (co często przypominają prorządowi komentatorzy), ale w razie nieuzyskania zgody większość „spadała” do zwykłej większości. Była to więc propozycja, która nie wymuszała na obozie rządzącym realnych ustępstw, bo zawsze awaryjnym rozwiązaniem był samodzielny wybór sędziów przez obecną większość parlamentarną. Trudno się dziwić, że opozycja oraz prezydent nie traktowali tej propozycji poważnie.

Prezes SN o sytuacji w TK. „Może się to skończyć wojną domową”

Aby dodatkowo zwiększyć legitymizację TK, należałoby wprowadzić także kwalifikowaną większość jako wymaganą w kluczowych sprawach, w tym przy orzekaniu o niezgodności ustaw z konstytucją. Tak wybrany TK mógłby samodzielnie zdecydować o statusie prawnym wyroków od 2016 r., w tym tych niedrukowanych. Mógłby także rozstrzygnąć kwestie statusu tzw. neosędziów, a więc wyprostować sytuację zarówno w Sądzie Najwyższym, jak i Krajowej Radzie Sądownictwa. Rozwiązanie kwestii TK rozwiązuje więc problemy na innych polach, bo to ta instytucja może być właściwa do kluczowych rozstrzygnięć sporów między różnymi instytucjami państwa.

REKLAMA
Reklama

Jakie są szanse na reset?

Skoro reset to takie dobre rozwiązanie, to pytanie brzmi: dlaczego jeszcze go nie wprowadzono w życie? Odpowiedź jest banalnie prosta – brakowało wymaganej większości. Ostatnie wydarzenia wprowadzają jednak pewną zmianę politycznej dynamiki. Reset werbalnie popierają już Konfederacja, PSL, Polska 2050, Razem, a także Rozwój Plus. Wszystkie te partie mają interes w tym, aby wyróżniać się na tle czy to KO, czy PiS. Wskazane formacje to znacznie więcej niż jeszcze jakiś czas temu, choć wciąż niewystarczająco dużo, żeby zmienić konstytucję. Wciąż oporne są KO i PiS, które mają bliźniaczą strategię – walkę o przejęcie kontroli nad TK.

Korwin-Piotrowska napisała do policji. Wniosek bez odpowiedzi

Brak woli największych oznacza koniec tematu? Niezupełnie. Gdyby wszystkie formacje werbalnie popierające reset zaczęły współpracować, a nie tylko deklarować poparcie, pojawiłaby się nowa polityczna dynamika, która zmieniłaby kalkulacje głównych aktorów. Taka współpraca „małych i średnich” nie była jeszcze w polskiej polityce testowana i napotyka liczne przeszkody, ale nie jest niemożliwa. Szczególnie że sondaże jasno wskazują, iż poparcie społeczne dla resetu jest wysokie. Na pytanie Wirtualnej Polski, kto ma rację w sporze o TK, najwięcej – 38,6 proc. Polaków – odpowiedziało, że ani strona rządowa, ani prezydent.

REKLAMA
Reklama

Kluczowe jest więc spotkanie i złożenie konkretnego projektu nowelizacji konstytucji. Jeśli uzyskałby on zgodę, wówczas w Sejmie zaistniałaby mało komfortowa sytuacja, w której KO i PiS głosowałyby przeciw resetowi. Taka sytuacja stanowiłaby dużą presję na to, aby któraś z formacji „odpuściła” i zgodziła się na reset.

W przypadku PiS taka presja mogłaby zostać wzmocniona, jeśli do pozycji „resetowych” dołączyłby prezydent Nawrocki. Są jednak także argumenty po stronie KO, aby wejść w reset. Jeśli rząd szybko, metodą faktów dokonanych, przepchnąłby przez TK tematy, na których najbardziej mu zależy, pokazując sprawczość, wówczas tuż przed wyborami opcja resetowa mogłaby się jawić jako atrakcyjny sygnał deeskalacyjny dla umiarkowanych. Oczywiście w interesie Polski jest to, aby do resetu doszło jak najszybciej, ale lepiej późno niż wcale.

Jak będzie?

Powyższe scenariusze nie są ustawieniem bazowym, ale nie są także całkowicie abstrakcyjne. Szanse ich powodzenia należy ocenić jako niskie, ale jeśli władza będzie popełniać błędy i eskalować konflikt, nie jest wykluczone, że dojdzie do przesilenia. Reset jest więc obecnie mało prawdopodobny nie dlatego, że przemawia za tym żelazna logika, ale raczej ze względu na pewne przyzwyczajenie do gry wedle utartych schematów. Obecna dynamika polityczna pokazuje jednak niewielkie światełko w tunelu. Trzymajmy kciuki, żeby było ono jak największe, bo alternatywą jest tylko pogłębiająca się ciemność.

Źródło: Zero.pl
Paweł Musiałek
Paweł MusiałekPrezes Klubu Jagiellońskiego. Absolwent politologii i stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie ukończył także Interdyscyplinarne Studia Doktoranckie „Społeczeństwo-Technologie-Środowisko”. W 2025 r. obronił rozprawę doktorską na temat sporu o polską politykę zagraniczną po 2004 r., pod kierunkiem prof. Antoniego Dudka. Autor publikacji naukowych i analitycznych z zakresu przede wszystkim polityki energetycznej i zagranicznej - autor zewnętrzny
REKLAMA
Reklama