Gdy w ubiegłym tygodniu Alexander Zverev pokonał Tallona Griekspoora 6:4, 7:6 w 1/8 finału turnieju w Wiedniu, było już pewne, że będzie mógł się cieszyć z pierwszego miejsca w rankingu ATP. W poniedziałek (2 listopada) zakończył tym samym 95-tygodniowe panowanie Jannika Sinnera, który z racji kontuzji nie gra na tourze od połowy lipca. Co więcej, Zverev już do końca tego roku nie zmieni swojej pozycji. Ta sztuka nie udała się nawet Borisowi Beckerowi, najlepszemu niemieckiemu tenisiście w historii.
Nic dziwnego, że Zverev mówił w ubiegłym tygodniu o „znalezieniu się na szczycie świata”. W końcu to był jego rok. W wieku 29 lat przełamał złą passę w wielkoszlemowych turniejach. Wygrał dwa z nich – Roland Garros oraz US Open. Co ciekawe, jak na razie nie udało mu się odnieść triumfu nigdzie indziej w tym roku. Potwierdza to zresztą jego bilans, bo może i zgromadził 62 zwycięstwa, ale został pokonany 17 razy.
Za jakieś 10 lat nikt zapewne nie będzie o tym pamiętał, że Zverev swoje dwa pierwsze szlemy zdobył w specyficzny sposób. Na Roland Garros miał prawdziwy spacerek. Najwyżej rozstawionym przeciwnikiem okazał Flavio Cobolli z numerem 14. Panowie spotkali się w finale. Mimo tego Zverev mocno się męczył z niedoświadczonym rywalem.
Na US Open można było zaobserwować niemal identyczną historię. Do finału Niemiec nie miał nikogo z top 10 po swojej stronie drabinki. Dopiero w ostatnim meczu zagrał z Benem Sheltonem (numer 9), ale tu wygrał już pewnie.

Alexander Zverev z pucharem na Roland Garros (fot. Victor Velter / Shutterstock)
Dużo szczęścia
Z mojego punktu widzenia Zverev miał w tym roku masę szczęścia. Po pierwsze, nieczęsto zdarza się, by ktoś wygrał swojego pierwszego szlema bez rozegrania ani jednego meczu z rywalem z pierwszej dziesiątki rankingu. Jasne, takie sytuacje zdarzają się w tenisie co jakiś – Rafael Nadal czy Novak Djokovic wygrywali w ten sposób, ale dopiero w późniejszych latach kariery.
Gdy Hiszpan wygrywał swój pierwszy szlem, Roland Garros 2005, musiał w półfinale ograć będącego numerem jeden Rogera Federera. Serb z kolei na Australian Open 2008 w ćwierćfinale miał Davida Ferrera (5), a w półfinale Federera (1). Przed Zverevem w erze Open tylko trzech zawodników wygrywało jeden z czterech majorsów bez zmierzenia się z kimś z Top 10 – Brian Teacher (1980), Johan Kriek (1981) i Thomas Johansson (2002).
Czytaj także: Sinner kończy sezon i rozpala spekulacje. Djokovic reaguje, wraca sprawa dopingu
Po drugie, Zverev na Roland Garros i US Open nie musiał się martwić o to, czy będzie musiał w pewnym momencie zmierzyć się z dwoma najlepszymi zawodnikami ostatnich lat – Sinnerem oraz Carlosem Alcarazem. Od Włocha dostawał w tym roku regularnie baty. Przegrał z nim m.in. w finale Wimbledonu. Z kolei z Alcarazem poległ w półfinale Australian Open, ale już po bardzo zaciętym boju.
Los tak chciał, że obu zawodników wykończyły w tym roku kontuzje. Alcaraz nie grał na Roland Garros i Wimbledonie. Na US Open doszedł do ćwierćfinału, ale po kilkumiesięcznej przerwie ciężko jest wracać i nagle wygrywać bardzo wymagającego fizycznie szlema. Z kolei Sinner tuż przed Roland Garros tak zajechał ciało, zdobywając pięć kolejnych turniejów Masters, że potem odpadł w drugiej rundzie po totalnej zapaści fizycznej z bardzo średnim Juanem Manuelem Cerundolo.
Była czwarta rakieta świata, Greg Rusedski, bronił osiągnięć Niemca, podkreślając, że czasem potrzeba trochę szczęścia w życiu. I owszem, Zverev ograł każdego, kto pojawił się po drugiej stronie siatki. Tego nikt nie jest w stanie mu odebrać. Okazał się nadzwyczaj solidny fizycznie i mentalnie. To nie jego wina, że rywale mają problemy i nie mogą grać.
Jednak problem w tym, że Niemiec nie został szczególnie przetestowany, więc jego zwycięstwa mają mniejszą wagę. Bolączką tego tenisisty zawsze było to, że w najważniejszych meczach nie wyrabiał mentalnie. Powinien wygrać już na US Open 2020, ale w finale z Dominikiem Thiemem nie wykorzystał nawet przewagi swojego serwisu. Potem były jeszcze inne mecze z Alcarazem czy Sinnerem, które obnażały jego słabości.

Alexander Zverev na korcie ziemnym (fot. OSCAR GONZALEZ FUENTES / Shutterstock)
Poziom tenisa dziś
Po trzecie, i tu dochodzimy do niemniej istotnego punktu, wygrane w szlemie i zdobycie „jedynki” w rankingu stało się dla Zvereva możliwe z dość prostego powodu – obecny poziom męskiego tenisa, nie oszukujmy się, nie jest zbyt wysoki. Zawodnicy, którzy są w pierwszej dziesiątce są potwornie nierówni. Jeden dobry turniej przeplata się z serią gorszych.
Na ich tle Sinner i Alcaraz wyglądają jak zawodnicy z innej planety. Taki tenisista jak Alex de Minaur to by szorował raczej w okolicach top 50 jeszcze 10 lat temu. I nawet mając tak korzystne warunki, zaprawiony walkami z poprzednią generacją Zverev ma... ujemny bilans z zawodnikami z top 10. W tym roku wygrał zaledwie trzy mecze z 12 rozegranych! Ostatniej porażki doznał właśnie... z de Minuarem w Wiedniu. Jestem bardzo ciekaw, co by się stało, gdyby na takim Roland Garros spotkał kogoś wyżej rozstawionego w ćwierćfinale lub półfinale.
Czytaj także: Hurkacz przełamał klątwę. Polak pokonał Djokovicia w Szanghaju
Patrząc na statystyki z ostatnich sześciu lat, tylko dwukrotnie (2024 r. i 2021 r.) Niemiec miał dodatni bilans z zawodnikami z top 10. To oznacza jedno – im wyższe rozstawienie gracza, tym gorsza gra Zvereva.
Najnudniejszy tenis pod słońcem
Szczęście szczęściem, ale mój główny problem ze Zverevem na pozycji numer jeden ATP jest związany z aspektem sportowym. Chodzi przede wszystkim o jego grę. Niemiec ma 198 cm i jak na tak wysokiego tenisistę porusza się po korcie znakomicie. Jest klasycznym przykładem tzw. gracza kontrującego, który efektywnie broni się z głębi kortu. Zverev potrafi być taką ścianą w tym zakresie, że gdyby nie bardzo pechowa i paskudna kontuzja w półfinale Roland Garros 2022, to kto wie, czy nie zamęczyłby samego Nadala. To zresztą był jeden z nielicznych meczów, gdzie dało się na niego patrzeć.
Taki, a nie inny styl gry przekłada się jednak na to, że tenis Niemca jest skrajnie nieefektowny i męczący do oglądania. W przeszłości m.in. Lleyton Hewitt też opierał się na podobnym przebijaniu, ale w przeciwieństwie do Niemca potrafił wywołać większe emocje. Zverev ma zarówno mocne uderzenie z backhandu, jak i forehandu, ale rzadko kiedy wykorzystuje swoje atuty – jego modus operandi do bycie pasywnym do bólu. Raczej nie lata do siatki, jeśli nie ma prostej wystawki na wolej. Podstawą jest trzymanie się swojego backhandu, by wymusić na rywalu błędy.
Stąd Zverev jawi mi się jako najnudniejszy i zarazem najgorszy zawodnik na pozycji numer jeden od czasu Daniiła Miedwiediewa (był na szczycie w 2022 r.), który jest w sumie jego lustrzanym odbiciem. Niemiec pod kątem technicznym jest "czystszym" zawodnikiem, ale taktycznie na korcie widzimy to samo. Zverev ma zresztą ujemny bilans spotkań z Rosjaninem, co pokazuje, że gdy trafi swój na swego, to solidność Niemca szybciutko się rozpada i nie przynosi mu wymiernych korzyści.

Sinner i Zverev (fot. Victor Velter / Shutterstock)
Bardzo problematyczne oskarżenia
Jest jeszcze jeden element związany ze Zverevem, który trzeba uznać za problematyczny. Choć Zverev ma swoich zwolenników (na Instagramie obserwuje go 2,8 mln osób), to jednak jest jednym z tych tenisistów, którzy nie cieszą się sympatią trybun, gdy wychodzi na mecz. Cień na jego karierę rzucają oskarżenia o przemoc, które kierowały pod jego adresem dwie byłe partnerki – Olga Sharypova i Brenda Patea.
Jako pierwsza zrobiła to w 2020 r. Szarypowa. Tenisista miał ją m.in. uderzyć w twarz podczas kłótni w hotelu. Szarypowa nie zdecydowała się skierować sprawy do sądu. Jej celem było nagłośnić sprawę, aby inne kobiety mierzące się podobnymi problemami nie czuły się osamotnione.
Niemiec odrzucił te zarzuty, nazywając je „bezpodstawnymi”. Przeprowadzone przez ATP 15-miesięczne dochodzenie wykazało, że „brak jest wystarczających dowodów” na potwierdzenie twierdzeń Szarypowej, w związku z czym organizacja ogłosiła, że nie wyciągnie wobec zawodnika żadnych konsekwencji.
W październiku 2023 r. wobec Zvereva wydano nakaz karny i nałożono na niego grzywnę w wysokości prawie 450 tys. euro za spowodowanie uszczerbku na zdrowiu byłej partnerce i matce jego córki, Patei. Kobieta oskarżyła go o to, że próbował ją udusić. Zgodnie z niemieckim prawem, nakaz karny jest wydawany przez prokuraturę w sytuacjach, gdy przeprowadzenie rozprawy sądowej uznaje się za zbędne – na przykład wtedy, gdy istnieją jednoznaczne dowody potwierdzające stanowisko jednej ze stron.
To cię może także zainteresować:
W czerwcu 2024 r., na kilka dni przed finałem French Open przeciwko Alcarazowi, Zverev zawarł z Pateą ugodę pozasądową. W rezultacie postępowanie sądowe zostało umorzone – bez orzeczenia o winie czy przyznania się do niej. Zverev, który określił te oskarżenia mianem „bzdur”, konsekwentnie i stanowczo im zaprzecza.
Fani tenisa nie pozwalają mu jednak o tym zapomnieć. W 2025 r. podczas turnieju w Monachium jeden z kibiców zwrócił się do Zvereva słowami "no dalej, ty pie*****y oprawco". Na ubiegłorocznym Australian Open po finale jedna z kobiet krzyczała "Australia wierzy Oldze i Brendzie". Przestała dopiero, gdy ochrona wyprowadziła ją z budynku.
Władze ATP bez wątpienia od lat mają problem wizerunkowy z Niemcem, ale wolały zamiatać jego sprawę pod dywan. I raczej nic w tym temacie się nie zmieni teraz.
Mnie jednak najbardziej ciekawi, jak Zverev będzie sobie radził w przyszłym roku, gdy przyjdzie mu, mam nadzieję, ponownie rywalizować z Sinnerem i Alcarazem. Być może pokaże coś, co zmieni moje zdanie o nim. Ale coś nie jestem przekonany.
