Reklama
Kraj

Paragrafy w służbie plemion. Tak zniszczono zaufanie do prawa

Kiedyś autorytet prawnika budził szacunek. Dziś wielu obywateli patrzy na prawne spory i zastanawia się, czy przepisy jeszcze ograniczają władzę, czy tylko dostarczają argumentów dla wcześniej podjętych decyzji. Tak rodzi się kryzys zaufania do państwa.

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 17:21
7 min
Zgromadzenie przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego 3 listopada 2026 r., w dniu Zgromadzenia Ogólnego Sędziów TK zwołanego przez sędzię Annę Korwin-Piotrowską. Spór o Trybunał coraz bardziej podważa zaufanie obywateli do prawa (fot. East News)

Najpierw jedni wybrali sędziów na miejsca, które miały się zwolnić dopiero za następnej kadencji Sejmu. Potem inni uchwałami ogłosili, że tamten wybór nie ma mocy prawnej, i obsadzili wolne oraz zajęte miejsca „swoimi”. Dalej było niepublikowanie wyroków. Po kolejnych wyborach zaczęło się likwidowanie telewizji, która mimo likwidacji nadal nadaje i której, moim zdaniem, ani wtedy, ani teraz nie warto oglądać. Później było „uzgadnianie” ze stroną kościelną kwestii religii w szkole, przypominające raczej ministerialny monolog. Prezydent nie przyjmuje ślubowania. Sędziowie ślubują więc „wobec prezydenta”, pod jego nieobecność. A obok pojawia się argument, że ślubowanie wcale nie przesądza o tym, czy są sędziami. Obecnie na topie jest kreatywna księgowość przy liczeniu kworum. A ponieważ to doprawdy odkrywcze novum, rzecz odbywa się z transmisją na żywo.

Prawo po stronie swoich

Kiedy byłem dzieckiem, rodzice i dziadkowie stawiali lekarzy i prawników na szczycie zawodowego prestiżu. Patrząc na trwające od kilku lat występy części prawniczych autorytetów, mam wrażenie, że ciężko pracują, żeby to zmienić. I trzeba przyznać: robią to bardzo skutecznie.

W Kanale Zero krytykował przełożonych. Poważne konsekwencje dla policjanta

Owszem, różny był ciężar przytoczonych przeze mnie na początku spraw i różna pewność ich prawnej oceny. Nie zamierzam zrównywać ich ani sporządzać pełnego bilansu win poszczególnych obozów politycznych. Zastanawiam się jednak, czy procedura wciąż ogranicza władzę, czy już tylko dostarcza jej słów do uzasadnienia wcześniej podjętej decyzji. Że wielu polityków nie jest najostrzejszymi kredkami w intelektualnym piórniku, wiemy chyba wszyscy. Problem mam jednak zupełnie inny.

REKLAMA
Reklama

Otóż gdy w walce o pokazanie, że „moja racja jest racją najmojszą”, kolejne ekipy zapuszczały się coraz dalej na prawne bezdroża, do uwiarygodniania tych wypraw zapraszano przeróżne prawnicze autorytety. To one dostarczały interpretacji, po których nawet przepis napisany prostym językiem przestawał znaczyć to, co zdawał się znaczyć. To dzięki nim biała tkanina mogła mieć w sobie choć promil czerni, wystarczający, żeby ze względu na nadzwyczajne okoliczności uznać ją za czarną. Opinie profesorów, doktorów habilitowanych, doktorów, znawców i ekspertów można dziś kolekcjonować i układać w przeciwstawne pary.

Dwie Polski przed Trybunałem. Różaniec, „Oda do radości” i granica, której nikt nie chce przekroczyć

Żeby było jasne: nie oczekuję, że wszyscy prawnicy będą mówić jednym głosem. Prawo nie jest przecież matematyką, a interpretacja przepisów nie zawsze prowadzi do jednego, bezdyskusyjnego wyniku. Oczekuję jednak, że każdy będzie stosował te same zasady również wtedy, gdy zmieni się władza. Że argument, którym bronił swoich, uzna także wtedy, gdy posłużą się nim przeciwnicy. I że potrafi wskazać, co mogłoby go przekonać do zmiany zdania. Bo jeśli odpowiedź brzmi „nic”, chciałbym przynajmniej wiedzieć, czy czytam jeszcze analizę, czy już deklarację lojalności.

REKLAMA
Reklama

Gdy patrzę na to wszystko z boku, jako naukowiec, chemik, inżynier, a przede wszystkim szeregowy obywatel, zastanawiam się, czy prawo w polskim wydaniu jest jeszcze dyscypliną naukową, czy już kuglarstwem korzystającym jedynie z wygód uniwersyteckich pomieszczeń. Nie dlatego, że badacze się spierają. Spór jest przecież istotą nauki. Dlatego, że chciałbym zobaczyć metodę, która ogranicza swobodę wnioskowania również wtedy, gdy wynik okazuje się politycznie niewygodny. Czy po zamianie nazwisk i partyjnych szyldów ten sam ekspert, stosując te same zasady, doszedłby do tego samego wniosku? Jakie kryteria o tym przesądzają? Bo samo „tak uważam” to zdecydowanie za mało jak na naukowca.

Autorytet to nie argument

Niepokoi mnie również łatwość, z jaką słowo „autorytet” zastępuje argument. W nauce autorytet nie jest dowodem. Tytuł profesora nie zwalnia z uzasadnienia własnych twierdzeń, a habilitacja nie nadaje osobistym przekonaniom rangi obiektywnej prawdy. Chciałbym, żebyśmy opinie ekspertów czytali z taką samą uwagą po usunięciu wszystkich tytułów sprzed ich nazwisk. Niech broni się teza, a nie rzekoma wspaniałość autora.

Wspomniani posiadacze stopni i tytułów naukowych bywają jednocześnie praktykującymi prawnikami, nierzadko sędziami. I znów pojawia się pytanie: czy o wyniku mojej sprawy przesądzą przepisy i dowody, czy również poglądy człowieka noszącego togę i łańcuch? Chciałbym przed podjęciem decyzji móc ustalić, co jest dozwolone, zamiast dopiero po fakcie dowiadywać się, która z przeciwstawnych interpretacji przypadła mi w udziale.

REKLAMA
Reklama

Prezes SN o sytuacji w TK. „Może się to skończyć wojną domową”

Ta kwestia ma jeszcze jeden wymiar. Kto współtworzył ustawę, ma szczególną wiedzę o okolicznościach jej powstawania, ale ma też własny dorobek do obrony. Kiedy następnie publikuje naukowy komentarz do uchwalonego dokumentu, chciałbym wiedzieć, gdzie kończy się analiza, a zaczyna uzasadnianie własnych decyzji. Czy potrafi wskazać błędy rozwiązania, pod którym sam się podpisał? Czy dopuszcza wniosek, że od początku nie należało go uchwalać? Sam tytuł naukowy nie daje mi takiej gwarancji. Połączenie ról autora, komentatora i późniejszego interpretatora własnych rozwiązań powinno przynajmniej skłaniać do szczególnie uważnego sprawdzania argumentacji. Imponujący życiorys nie zwalnia przecież z takiego sprawdzianu.

Sam czasem tworzę regulaminy, analizuję przepisy, szczególnie te dotyczące edukacji. Z podziwem obserwuję, jak dobrze przygotowane modele sztucznej inteligencji potrafią wychwytywać sprzeczności, wskazywać furtki do nadużyć i proponować sposoby ich zamknięcia. Nierzadko okazują się w tym lepsze od rozwiązań, jakie dostawałem z tego czy innego „biura prawnego”. Oczywiście także potrafią się mylić i produkować przekonująco brzmiące bzdury. Wymagają więc sprawdzania. Nie widzę jednak powodu, by nie wykorzystywać ich również do sprawdzania naszych ekspertów: zestawiać ich opinie, porównywać argumenty i zobaczyć, czy wraz ze zmianą władzy zmieniło się dla nich znaczenie przepisu. AI nie zastąpi odpowiedzialnego prawnika, ale może pomóc obywatelowi sprawdzić, czy prawnik rzeczywiście pozostaje wierny własnym zasadom. Stopień naukowy nie powinien chronić przed takim sprawdzianem.

Skoro już pozwalam sobie na tę bezczelność i narażam się tak zacnej grupie zawodowej, stanowiącej ponoć filar społeczeństwa, to na koniec dorzucę do pieca: wiążę bardzo duże nadzieje z AI. Oby już za kilka lat twarda elektronika pomagała nam wyegzekwować od posiadaczy miękkich sumień większą konsekwencję. Dowiemy się wtedy, czy „wobec prezydenta” znaczy dla nich to samo również wtedy, gdy ten jest z ich obozu. Szczęśliwie wiele publicznych wypowiedzi pozostaje w internetowych archiwach. Będzie do czego wracać i co porównywać.

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny
REKLAMA
Reklama