Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej” napisał 31 października wieczorem, że Donald Tusk sonduje możliwość przeprowadzenia referendum w sprawie kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego. Rząd miałby też rozważać inne propozycje załagodzenia kryzysu ustrojowego. Informacja pojawiła się tego samego dnia, w którym premier wygłosił orędzie. Przemówienie to było jednak zapowiedzią eskalacji, a nie nawoływaniem do kompromisu. Już 2 listopada rewelacje Nizinkiewicza, dziennikarza nieprzyzwoicie zbliżonego do obozu władzy, okazały się nieaktualne.
Tusk, zamiast się wycofać, jeździ prętem po prawicowej kracie. Doniesienia autora „Rzeczpospolitej” nie były niczym więcej niż dziennikarską kaczką, która miała choć trochę złagodzić wizerunek rządu uśmiechniętych liberałów.
O co chodzi w wojnie o Trybunał Konstytucyjny? Wyjaśniamy krok po kroku
Premier stwierdził na portalu X, że do opanowania kryzysu nie jest potrzebna zmiana Konstytucji, lecz po prostu przyjęcie przez Karola Nawrockiego ślubowania od sędziów niedawno wybranych przez Sejm. Tych samych, którzy z piątku na sobotę, przy wsparciu oddziału policji, przejęli Trybunał Konstytucyjny. Karol Nawrocki miałby więc mianować na obrońców Konstytucji tych, którzy tę Konstytucję w bezceremonialny sposób podeptali.
Przyjęcie ślubowania w tych okolicznościach oznaczałoby zatem nie tylko porażkę polityczną Nawrockiego i utratę przez niego znaczenia. Oznaczałoby również, że prezydent jako strażnik Konstytucji sam jej nie szanuje, skoro jednego dnia wdziera się do siedziby TK, by następnego pokornie legalizować tę uzurpację i przytulać tych, którzy siłowo nie pozwalali mu wejść do budynku sądu konstytucyjnego.
Tak umarł Trybunał Konstytucyjny. Ruszyła gra o władzę bez ograniczeń
Najbliżsi współpracownicy Donalda Tuska stoją murem za swoim szefem, posługując się analogiczną retoryką. Radosław Sikorski napisał na portalu X, że poparcie, jakie płynie do prezydenta Nawrockiego i polskiej prawicy ze strony innych prawicowych liderów na Zachodzie, a także ze strony Rosji, jest dowodem na to, kto ma w tym konflikcie rację. Roman Giertych przywołuje zaś opinię Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, w której czytamy, że protesty wokół TK mogą być elementem wrogiej operacji.
Wszystko to zmierza w jednym kierunku: eskalacji i prowokowania przemocy. Obóz rządzący czuje się bardzo pewnie. Spodziewa się, że masowe protesty wybuchną dopiero 11 listopada i że bardzo łatwo będzie wówczas pokazać, iż Karol Nawrocki, razem z Grzegorzem Braunem, Robertem Bąkiewiczem i innymi skrajnymi siłami w Polsce, protestuje przeciwko przywracaniu praworządności i to na polecenie Rosji. Chodzi o wywołanie wrażenia, że każdy, kto nie zgadza się z działaniami Donalda Tuska, jest faszystą, agentem lub pożytecznym idiotą Kremla.
Obóz rządzący będzie robił wszystko, aby normalsi nie ruszyli pod TK, lecz z wygodnej perspektywy obserwowali, jak Warszawa płonie z okazji Dnia Niepodległości. Wówczas widzowie TVN-u, symetryści i inni letni obywatele po prostu odpuszczą, stwierdzając z perspektywy wygodnej kanapy, że ich to nie dotyczy, bo przecież bije się skrajna prawica z być może używającym przemocy, ale jednak naszym rządem.
Dlatego w interesie sił prawicowych jest mobilizowanie swoich wyborców do wychodzenia na ulice i jednoczesne przestrzeganie ich przed używaniem przemocy. Protesty z okazji Święta Niepodległości będą jednak jeszcze bardziej masowe niż zazwyczaj, a wściekłego tłumu nie da się ujarzmić. Wejdą policja i służby porządkowe. Zapowiada się najgorętszy Marsz Niepodległości, który może stać się jednym wielkim aktem protestu przeciwko zamordystycznej władzy.
Przyciągnie jednak przede wszystkim tych, którzy w drugiej turze zagłosowali na Karola Nawrockiego, a nie normalsów, których od zawsze odrzuca widok rac i ryzyko konfrontacji z policją. Zakładam, że konfrontacja będzie prowokowana nie tylko na poziomie języka. Przemoc rodzi w polityce przemoc. Problem polega na tym, że jej okiełznanie może pochłonąć ogromne koszty, a jeżdżenie prętem po kracie może skończyć się utratą ręki. Trzeba robić wszystko, żeby taki scenariusz nie ziścił się w najbliższych dniach. A do tego prowadzą niestety obecne działania rządu.
„Morale szoruje po dnie”. Ujawniamy, co dzieje się w policji po akcji pod TK
Już po kilku dniach od przejęcia TK widać, kto wygrał pierwszą rundę tego kryzysu. Karol Nawrocki, opuszczając w sobotę nad ranem siedzibę Trybunału Konstytucyjnego, a później zwołując rozmowy ze środowiskami, którym zależy na deeskalacji, zszedł z linii strzału. Sądził, że istnieje jeszcze legalna ścieżka opanowania kryzysu. Prowadzi ona jednak wyłącznie przez bunt wewnątrz obecnego systemu władzy. Pałac Prezydencki będzie zapewne zgłaszał własne propozycje resetu, które jednak zostaną odrzucone nie tylko przez rząd, ale zapewne także przez Władysława Kosiniaka-Kamysza.
Lider ludowców nie może zgodzić się na propozycję Pałacu Prezydenckiego, ponieważ sam uważa, że Nawrocki bezprawnie odmówił przyjęcia ślubowania od sędziów wybranych przez Sejm. Choć deklaratywnie jest zwolennikiem resetu konstytucyjnego, to ten musiałby wychodzić nie tyle od prawicy, ile albo od samego PSL-u, albo od jakiejś grupy niezależnych posłów.
Czarzasty zwraca się do prezydenta. „Ręce precz od Trybunału”
Wyjście przed szereg i okazanie Tuskowi jawnej nielojalności jest dla Kosiniaka trudne nie tylko z powodów czysto psychologicznych. Oznaczałoby przyjęcie wariantu Jarosława Gowina, a więc skazanie samego siebie na polityczną emeryturę. Jak bowiem wytłumaczyć wyborcom niedawnej Trzeciej Drogi, że ich lider wspólnie z prawicą działa przeciwko rządowi, którego jest częścią? Dlatego Kosiniak-Kamysz wybierze ciche poparcie dla działań Tuska zamiast otwartego buntu. Będzie przy tym zapewniał o swojej trosce o pokój społeczny. Nawet jeśli w obecnych okolicznościach taka postawa okaże się aktem nieprzyzwoitości państwowej, lider ludowców prawdopodobnie nie zdecyduje się na polityczne wyjście przed szereg.
Tym samym jednak, razem z Szymonem Hołownią, ostatecznie zaprzeczy ideałom Trzeciej Drogi i stanie się politycznie zbędny. No chyba że Opatrzność okaże się łaskawa i do takiego buntu jednak dojdzie. Wówczas czeka nas dekompozycja obozu władzy i przyspieszone wybory.
To jednak mniej prawdopodobny scenariusz od dalszej eskalacji. „Nadchodzi zima” – jak mawiają ludzie Północy.


