Reklama
Kraj

Rosyjska ruletka przy Alei Szucha. Stawką jest bezpieczeństwo Polski

Co wspólnego mają przepychanki pod Trybunałem Konstytucyjnym z bezpieczeństwem Polski? Więcej niż mogłoby się wydawać. Osłabiając własne instytucje i podważając znaczenie prawa, polscy politycy dostarczają argumentów tym, którzy w razie kryzysu będą pytać, dlaczego Ameryka miałaby ryzykować dla Polski własnych żołnierzy.

Sławomir Dębski
Opinia autorstwa: Sławomir Dębski
Dzisiaj 13:28
20 min
Spór o Trybunał Konstytucyjny nie kończy się na polskich granicach – osłabianie własnych instytucji może kosztować Polskę wiarygodność w oczach sojuszników (fot. Kanał Zero)

Czy konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego ma jakiś związek z bezpieczeństwem Polski? Od kilkunastu lat politycy obu stron precyzyjnie liczą sędziów sądu konstytucyjnego, których uważają za sobie przychylnych. Nie mam pewności, czy ktoś zadał sobie porównywalny trud policzenia głosów, ile ta osobliwa rachunkowość może nas kiedyś kosztować w amerykańskim Senacie.

Na co dzień senatorowi z Ohio czy Arizony jest zapewne wszystko jedno, kto w Warszawie ma klucze do budynku Trybunału Konstytucyjnego przy Alei Szucha. Gdyby jednak przyszło mu przekonywać wyborców, że w razie rosyjskiej agresji warto wysłać „amerykańskich chłopców” na pomoc Polsce, musiałby umieć powiedzieć parę słów o kraju, którego mieliby bronić. Ciekaw jestem, co po ostatnim weekendzie miałby do powiedzenia swoim wyborcom. Że Polska to nie Rosja? Że bronimy Polski, bo jest demokracją o diametralnie odmiennych od rosyjskich standardach? Czy amerykański polityk brzmiałby dziś przekonująco? A może powinniśmy mieć wątpliwości?

Jeszcze dwie dekady temu próba obsadzenia Trybunału na zapas, odmowa publikowania jego wyroków, a zwłaszcza siłowe przejmowanie kontroli nad jego siedzibą przez ludzi działających w interesie i z upoważnienia rządu, część z nich świeżo przebranych w sędziowskie togi, zapewne sprowadziłyby do gabinetu polskiego premiera amerykańskiego ambasadora z paroma pytaniami od sekretarza stanu. Amerykańscy dyplomaci potrafią nadać takim pytaniom stosowny ciężar. W sprawie ostatnich wydarzeń pod i wewnątrz Trybunału Konstytucyjnego głos również zabrał ambasador USA w Warszawie. Ale jego dyplomatyczny wpis na X bardziej przypominał o dawnej tradycji, niż cokolwiek wnosił do dynamiki politycznej w Polsce. Dziś głos Ameryki w sprawie standardów demokratycznych znaczy po prostu dużo mniej niż w przeszłości. Niestety.

Chaos wokół TK. Premier Tusk sugeruje „proste rozwiązanie konfliktu”

REKLAMA
Reklama

Spór o Trybunał nie kończy się na polskich granicach

Skąd w ogóle pomysł, że Amerykanie mieliby się interesować polskim Trybunałem?

Powód łatwiej zrozumieć, jeśli przypomnimy sobie, że lwowska rada obwodowa postanowiła uhonorować Romana Szuchewycza, dowódcę UPA odpowiedzialnego za zbrodnie na polskiej ludności cywilnej, ustanawiając go patronem roku 2027 w obwodzie lwowskim. Choć uchwałę podjął organ samorządowy, polski rząd natychmiast interweniował w Kijowie.

Na spotkanie z wyborcami w Rzeszowie lub Przemyślu pojedzie przecież polski poseł, a nie radny ze Lwowa. To polski poseł będzie musiał odpowiedzieć polskiemu obywatelowi, który popiera Ukrainę w jej wojnie obronnej, płaci na to podatki, ale chciałby wiedzieć, dlaczego instytucje państwa korzystającego z polskiej pomocy oddają honory zbrodniarzom odpowiedzialnym za śmierć jego bliskich. Można mieć wszelkie racje strategiczne za dalszym wspieraniem Ukrainy i po takiej uchwale mieć o kilka głosów mniej, by politykę wspierającą Ukrainę prowadzić.

„Zamach stanu”. Człowiek prezydenta komentuje chaos w TK

Podobną przysługę polscy politycy oddają dziś tym swoim kolegom w parlamentach państw sojuszniczych, którzy uważają, że w przypadku rosyjskiego ataku na Polskę ich kraj powinien nam przyjść z pomocą. Dowódca strategiczny NATO nie wykreśli jeszcze sojuszniczej eskadry czy batalionu z planów ewentualnościowych na wypadek rosyjskiej agresji na Polskę za nieopublikowanie przez polski rząd wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Kiedy jednak w Waszyngtonie przyjdzie do sporu o to, jak bardzo Ameryka powinna się angażować w obronę wschodniej flanki, przeciwnik tego zaangażowania będzie miał do dyspozycji także argumenty dostarczone mu nie przez Rosję, ale przez polskie elity polityczne. W tym sensie po kolejnej odsłonie konfliktu o Trybunał jesteśmy mniej bezpieczni. Mimo że Traktat Waszyngtoński wciąż obowiązuje.

REKLAMA
Reklama

Jedną z przyczyn, dla których polscy politycy pozwalają sobie w walce o sądownictwo na coraz więcej, jest stopniowe wycofywanie się Ameryki z roli przywódcy wolnego świata. Donald Trump chętniej rozmawia z sojusznikami o tym, ile wydają na obronę i co zamierzają kupić w Stanach Zjednoczonych, niż o ich przywiązaniu do niezależności sądów. Sam zresztą zapewne chętnie widziałby w amerykańskich sądach jak najwięcej ludzi podzielających poglądy jego ruchu Make America Great Again. Jego polityczne ambicje nie różnią się bardzo od tych żywionych przez polskich polityków. Ale polski polityk, który upatruje w tym pomyślnej dla siebie okoliczności, powinien jednak rozważyć pewną niedogodność. Wyrozumiałość okazywana przez prezydenta Stanów Zjednoczonych zaprzyjaźnionemu rządowi ma termin ważności. Ambasador wyjedzie, prezydent ukończy kadencję, a z tym, co za ich czasów zrobiliśmy z własnym państwem, zostaniemy sami. Na długo.

Gdy Waszyngton przestał patrzeć Polsce na ręce

Przypomnijmy sobie jesień 2015 r. Odchodząca większość sejmowa wybrała pięciu sędziów Trybunału, w tym dwóch na miejsca, które miały się zwolnić już podczas kadencji następnego Sejmu. W grudniu Trybunał orzekł, że podstawa prawna wyboru tej dwójki była niekonstytucyjna. Potwierdził zarazem prawidłowość podstawy wyboru pozostałych trzech. Było zatem dość łatwo ustalić, co należało naprawić. Nowa większość doszła jednak do wniosku, że skoro poprzednicy sięgnęli po dwa miejsca, do których nie mieli prawa, jej wolno zakwestionować wszystkie pięć.

REKLAMA
Reklama

Gdy koalicja PO–PSL wybierała nadliczbowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, Ameryką rządził Barack Obama. Polityczni kuzyni amerykańskich demokratów w Warszawie mieli powody spodziewać się po jego administracji wyrozumiałości. Wszak bronili polskiej demokracji przed „skrajną prawicą” – barbarzyńcami, którzy już stali u jej bram. Wszystkie chwyty były wobec tego słuszne i postępowe. Ale przegrali wybory. Dopiero w lipcu 2016 r., podczas szczytu NATO w Warszawie, Obama publicznie wyraził wobec prezydenta Andrzeja Dudy zaniepokojenie sytuacją wokół Trybunału. Rok wcześniej postępowo milczał.

Kryzys wokół Trybunału. Sąd Najwyższy ma zająć „jednoznaczne stanowisko”

Pół roku później do Białego Domu wprowadził się Donald Trump i tym razem to polski obóz rządzący mógł liczyć na życzliwość swoich politycznych kuzynów za oceanem. Waszyngton znowu milczał. Ale cztery lata później, po zwycięstwie Joego Bidena, przedstawiciele ówczesnej polskiej opozycji zabiegali u jego administracji o nałożenie politycznych sankcji na Polskę, rządzoną przez Prawo i Sprawiedliwość. Walka z „trumpistami” toczyła się przecież także nad Wisłą. Dziś minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zabiega w Waszyngtonie, aby Amerykanie, czyli ponownie administracja Trumpa, nie mieszali się do naszych spraw wewnętrznych i nie interweniowali w obronie praworządności naruszanej tym razem przez rząd Donalda Tuska. Z ministerialnego gabinetu najwyraźniej lepiej widać zalety suwerenności niż z ław opozycji.

REKLAMA
Reklama

Załóżmy jednak, że polski minister odniesie pełny sukces. Waszyngton istotnie przestanie się interesować tym, co dzieje się z polskim sądem konstytucyjnym. Czy będziemy mieli powód do zadowolenia? Przez większą część naszej najnowszej historii całe pokolenia polskich polityków i dyplomatów pracowały nad przezwyciężeniem właśnie amerykańskiej obojętności na to, kto rządzi w Warszawie, na jakiej podstawie i za czyim przyzwoleniem. Ostatni raz musieliśmy się z tą obojętnością mierzyć stosunkowo niedawno, gdy zabiegaliśmy o przyjęcie do NATO. Warto przypomnieć, co wówczas mówili o nas ludzie, których w Waszyngtonie słuchano.

W połowie lat dziewięćdziesiątych, ledwie kilka lat po triumfie wolnego świata nad imperium zła, przywiązanie do zasad państwa prawa uchodziło za warunek sine qua non przyjęcia do klubu zwycięzców. W studium o rozszerzeniu NATO z 1995 r. sojusznicy przypomnieli, że wspólne dziedzictwo ich narodów opiera się na „zasadach demokracji, wolności jednostki i rządów prawa”. Tego samego zamierzali wymagać od kandydatów. W kraju Solidarności byliśmy skłonni uważać, że w tej akurat sprawie udzieliliśmy już wystarczająco przekonującej odpowiedzi w czerwcu 1989 r. W Ameryce chciano jeszcze wiedzieć, czy przywiązanie Polaków do demokracji jest na tyle trwałe, by wziąć na siebie zobowiązanie do jej obrony.

I było jeszcze drugie, dla nas znacznie mniej wygodne pytanie. Jeżeli demokracja w Rosji zapuściła korzenie przynajmniej równie głęboko jak w Polsce, Czechach i na Węgrzech, to czy, udzielając tym trzem państwom gwarancji bezpieczeństwa, Ameryka nie zaszkodzi rosyjskim demokratom, od których powodzenia zależy przyszłość pokoju w Europie?

REKLAMA
Reklama

Taką wątpliwość podnosił między innymi George F. Kennan, jeden z najwybitniejszych amerykańskich strategów zimnej wojny. To on w lutym 1946 r. wysłał z Moskwy „długi telegram”, który położył podwaliny pod amerykańską strategię powstrzymywania Sowietów. Gdy 30 kwietnia 1998 r. Senat USA stosunkiem głosów 80 do 19 zgodził się na ratyfikację protokołów o przyjęciu Polski, Czech i Węgier do NATO, Thomas Friedman, komentator „The New York Times” zajmujący się sprawami zagranicznymi, zadzwonił do wówczas już 94-letniego Kennana z prośbą o strategiczny komentarz do tej decyzji. Dwa dni później jego wypowiedź ukazała się na łamach „The New York Times”.

„W zimnej wojnie przedmiotem naszego sporu był sowiecki reżim komunistyczny. A teraz odwracamy się plecami do tych samych ludzi, którzy dokonali największej bezkrwawej rewolucji w historii, by obalić ten sowiecki reżim. Demokracja w Rosji jest co najmniej równie zaawansowana jak w każdym z krajów, których właśnie zobowiązaliśmy się bronić przed Rosją, a może nawet bardziej. Świadczy to o tym, jak niewiele rozumiemy z historii Rosji i historii sowieckiej. Oczywiście Rosja zareaguje negatywnie, a wtedy [zwolennicy rozszerzenia NATO] powiedzą, że przecież zawsze nam mówili, jacy są Rosjanie. Ale to po prostu błąd”.

REKLAMA
Reklama

Korwin-Piotrowska o działaniach w TK. „Te przepisy są po prostu ułomne”

Proszę zwrócić uwagę, co właściwie powiedział Kennan. Przewidywał, że Rosja zareaguje na rozszerzenie NATO wrogo, a wówczas zwolennicy przyjęcia Polski uznają reakcję wywołaną własną polityką za dowód, że od początku słusznie się Rosji obawiali. Był to poważny argument. Miał tylko jedną wadę, z polskiej perspektywy dość istotną. Amerykanie mogli poczekać, aż się wyjaśni, czy Kennan trafnie ocenił perspektywy rosyjskiej demokracji. My musieliśmy brać pod uwagę, że jeżeli się pomylił, to w chwili, gdy także w Waszyngtonie stanie się to oczywiste, dla Polski może już być za późno.

Dwie miary dla Polski i Rosji

Dzisiaj, po Buczy i Mariupolu, opinia o przewadze rosyjskiej demokracji nad polską brzmi absurdalnie. Zresztą i w maju 1998 r. wolno było zapytać Kennana, jaką wagę przywiązuje do faktu, że Polacy właśnie po raz kolejny zmienili rząd za pomocą kartki wyborczej, a jaką do tego, że pięć lat wcześniej Borys Jelcyn kazał czołgom ostrzelać własny parlament? Kennan należał do pokolenia Amerykanów, dla którego Rosja nie tylko była rywalem podczas zimnej wojny, ale także stolicą wielkiego sojusznika w wojnie z Hitlerem. Ofiary poniesione przez narody Związku Sowieckiego i udział Armii Czerwonej w rozgromieniu III Rzeszy zapisały się w amerykańskiej pamięci jako część historii wspólnego zwycięstwa. Po rozpadzie ZSRR znaczną część wdzięczności za to zwycięstwo odziedziczyła Rosja.

REKLAMA
Reklama

Byli sędziowie TK protestują po wydarzeniach w Trybunale. „Naruszono trójpodział władzy”

Jeszcze żywsza była pamięć o końcu zimnej wojny. Amerykańscy dyplomaci negocjowali z Gorbaczowem redukcje zbrojeń i zjednoczenie Niemiec. Wiedzieli, jak wiele zależało od jego decyzji, by sowieckie wojska pozostały w koszarach, gdy narody Europy Środkowej zaczęły odzyskiwać wolność. Pamiętali także Rosjan, którzy w sierpniu 1991 r. wyszli na ulice Moskwy przeciwko puczystom. Kiedy więc Kennan mówił Friedmanowi o ludziach, którzy dokonali największej bezkrwawej rewolucji w historii, miał przed oczami przede wszystkim ich. Polakowi wolno było upomnieć się o miejsce w tej opowieści dla gdańskich stoczniowców, a Czechowi dla ludzi, którzy podpisywali Kartę 77, gdy za podpis pod nią można było jeszcze trafić do więzienia.

Na ocenę Europy Środkowej wpływało również wspomnienie dwudziestolecia międzywojennego. Polska demokracja parlamentarna nie przetrwała zamachu majowego. Węgry admirała Horthyego trudno było przedstawiać jako wzór liberalnego konstytucjonalizmu. Wyjątkiem pozostawała Czechosłowacja Masaryka, której demokracja przetrwała aż do kryzysu monachijskiego. Kłopot z tym historycznym rachunkiem polegał na doborze materiału porównawczego. Polskę oceniano z tego, co Polacy zrobili ze swoją demokracją przed wojną, Rosję według nadziei, jakie Amerykanie wiązali z jej przyszłością. Nam pamiętano Piłsudskiego na moście Poniatowskiego w 1926 r., Rosjanom Jelcyna na czołgu w 1991 r., powstrzymującego pucz Janajewa.

Nie trzeba było podzielać opinii Kennana o rosyjskiej demokracji, aby w sprawie członkostwa Polski w NATO lobbować przeciwko. 26 czerwca 1997 r. 50 amerykańskich ekspertów, polityków i byłych wysokich urzędników zaapelowało do prezydenta Billa Clintona o powstrzymanie rozszerzenia NATO. Pod listem podpisali się między innymi Richard Pipes, historyk Rosji z Harvardu i były doradca Ronalda Reagana, Paul Nitze, jeden z architektów amerykańskiej strategii zimnowojennej i negocjator układów zbrojeniowych z Moskwą, oraz Robert McNamara, sekretarz obrony w administracjach Johna F. Kennedy’ego i Lyndona B. Johnsona. Wśród sygnatariuszy znaleźli się także Sam Nunn, były przewodniczący senackiej Komisji Sił Zbrojnych, i Edward Luttwak, strateg i historyk wojskowości.

REKLAMA
Reklama

W swoim liście ostrzegali, że przyjęcie nowych członków „wzmocni niedemokratyczną opozycję” w Rosji i „osłabi zwolenników reform i współpracy z Zachodem”. John Lewis Gaddis, czołowy amerykański historyk zimnej wojny i myśli strategicznej, także sprzeciwiający się rozszerzeniu NATO o Polskę, pisał w prestiżowym „Survival”: „Nie przypominam sobie innego okresu w mojej karierze historyka, w którym poparcie środowiska historyków dla ogłoszonej polityki (amerykańskiego rządu) byłoby mniejsze”. Eksperci do spraw bezpieczeństwa i historycy zajmujący się Rosją i Europą zgłaszali także zastrzeżenia wobec udzielania amerykańskich gwarancji państwom o „nierównomiernie rozwiniętych systemach rządów demokratycznych”. W jednym z późniejszych swoich tekstów Richard Pipes ujął rzecz jeszcze dobitniej. Przywracając Europie Polskę, Węgry i Czechy, zachodni przywódcy „w istocie wykluczą Rosję z Europy”.

Osobliwie rozkładała się w tym rozumowaniu odpowiedzialność. Polacy mieli dowieść, że dojrzeli do demokracji, a następnie odłożyć starania o członkostwo w NATO, aby także Rosjanie mogli do niej dojrzeć. Ciekaw jestem, dlaczego od rosyjskich demokratów nie wymagano wówczas bodaj uznania prawa sąsiadów do samodzielnego wyboru sojuszy. I jak długo Polska miałaby czekać, gdyby w Moskwie nigdy nie wybrano rządu gotowego uszanować tę decyzję polskich wyborców?

REKLAMA
Reklama

Leśkiewicz zapowiada zawiadomienia do prokuratury. Chodzi o wydarzenia w TK

Praworządność zaczyna się od własnych polityków

Najbardziej wnikliwą próbę zakwestionowania naszych demokratycznych kwalifikacji podjął w marcu 1998 r. Thomas M. Magstadt, amerykański politolog związany z University of Missouri w Kansas City. W analizie opublikowanej przez waszyngtoński konserwatywny think tank Cato Institute zastanawiał się, czy poza umiejętnością organizowania wolnych wyborów kandydaci do NATO wykształcili także „przywiązanie administracji publicznej do demokracji, a ogółu obywateli do rządów prawa”.

W Polsce dostrzegał polityczną zależność mediów publicznych i obyczaj obsadzania państwowych przedsiębiorstw ludźmi partii rządzącej. Osobliwie natomiast odczytywał wyniki wyborów. Zwrócił uwagę, że najpierw Polacy powierzyli władzę postkomunistom, potem na prezydenta wybrali Aleksandra Kwaśniewskiego zamiast Lecha Wałęsy, wreszcie w 1997 r. znów oddali rząd ludziom wywodzącym się z Solidarności. Magstadt dopatrywał się w tych zwrotach politycznej dezorientacji. Karkołomna logika. Dla mnie był to jeden z najmocniejszych argumentów na obronę tezy o przywiązaniu Polaków do demokratycznych standardów. Wyborcy potrafili odprawić z kwitkiem i bohatera Solidarności, i jego oponentów. Wszyscy zainteresowani uznali, że mają obowiązek uszanować ich decyzję. W kraju, w którym jeszcze kilka lat wcześniej do zmiany rządu potrzebna była zgoda Moskwy, było to osiągnięcie niemałe.

REKLAMA
Reklama

Trybunał Konstytucyjny bez pieniędzy? Sędziowie PiS mogą zbojkotować posiedzenie

Magstadt postawił nam jednak pytanie, które zasługuje na odpowiedź także dzisiaj. Co właściwie oznacza przywiązanie obywatela do rządów prawa? Od sędziego oczekuję, że wyda wyrok niekorzystny dla rządu, jeśli tak nakazuje prawo. Od rządu, że go opublikuje i wykona. A czego powinienem wymagać od siebie, jeśli to ja na ten rząd głosowałem? Kiedy rząd tłumaczy mi, że odsunięcie prezesa i wiceprezesa Trybunału od wykonywania obowiązków było podyktowane „stanem wyższej konstytucyjnej konieczności”, powinienem go zapytać, kto miał prawo taki stan ustanowić i na jakiej podstawie? Dokładnie o to zapytałbym przecież swoich politycznych przeciwników, gdyby to oni przejmowali kontrolę nad Trybunałem w asyście policji.

Jeżeli od przeciwników domagam się wskazania przepisu, a od swoich przyjmuję zapewnienie, że działali w słusznej sprawie, to i ja dokładam rękę do przenoszenia na polski grunt rosyjskiego obyczaju, zgodnie z którym władza sama rozstrzyga, kiedy wiąże ją prawo. Dopiero gdy upominam się o jego przestrzeganie także kosztem politycznej porażki ludzi, na których głosowałem, mogę się czegoś dowiedzieć o własnym przywiązaniu do praworządności.

Madeleine Albright miała dla przeciwników polskiego członkostwa odpowiedź prostszą. Przyszłość Rosji jako kraju wolnego i dostatniego, mówiła w Kongresie, zależy przede wszystkim od zdolności samych Rosjan do zbudowania otwartego społeczeństwa i uporania się z korupcją. Trudno zaś po zakończeniu zimnej wojny wyjaśnić Amerykanom, dlaczego „ze starymi demokracjami Europy musimy być sprzymierzeni na zawsze, a z nowymi nigdy”. Zdejmowała w ten sposób z Polaków odpowiedzialność za to, jaki ustrój wybiorą sobie Rosjanie. Za własny mieliśmy odpowiadać sami.

REKLAMA
Reklama

Warto pamiętać, jak wiele wysiłku kosztowało Polskę skuteczne przeciwdziałanie antypolskiej kampanii przeciwko przyjmowaniu jej do NATO, rozpętanej przez amerykańskie środowiska strategiczne, aby uświadomić sobie, jak łatwo byłoby ją ponownie uruchomić, gdyby Rosja miała w tym strategiczny interes.

Blisko 30 lat później argument przeciwników naszej akcesji może powrócić w postaci, której zapewne sam Kennan by nie przewidział. Wtedy zastanawiano się w Waszyngtonie, czy warto udzielać gwarancji niedojrzałej polskiej demokracji za cenę osłabienia demokracji rosyjskiej. Dziś o przyszłość rosyjskiej demokracji mało kto się już łudzi. Pozostało jednak pytanie, jakiej Polski Amerykanie mieliby bronić? Jeśli za miarę przydatności sędziego przyjmiemy jego lojalność wobec obozu władzy, jeśli o publikacji wyroku sądu konstytucyjnego ma przesądzać to, czy rządowi podoba się jego treść, jeśli każda kolejna większość będzie mogła używać aparatu państwa do porachunków z poprzednikami, znajdzie się w Waszyngtonie ktoś, kto zrobi z tych obserwacji użytek. Skoro w Warszawie i tak już rządzą się po rosyjsku, powie, to po co amerykańscy żołnierze mają nadstawiać karku w obronie tej ich „polskiej demokracji”?

REKLAMA
Reklama

Marine Le Pen zabrała głos ws. TK. „Siłowe przejęcie kontroli”

Byłby to sąd krzywdzący dla milionów Polaków. Ale nie musiałby to być sąd sprawiedliwy, żeby okazał się politycznie skuteczny. Wystarczy, że posłuży człowiekowi, który z innych powodów chciałby porozumieć się z Moskwą i szuka jeszcze sposobu, by przekonać do tego własnych wyborców. Wyobraźmy sobie, że Warszawa zabiega o wzmocnienie amerykańskiej obecności wojskowej na swoim terytorium. Rosja się sprzeciwia. W poufnej rozmowie Amerykanie dają jej do zrozumienia, że sprawa może poczekać, bo akurat zależy im na rosyjskiej przychylności w sprawie Iranu. Warszawa otrzymuje tymczasem kolejne zapewnienie o trwałości amerykańskich gwarancji. Wszystko pozornie pozostaje bez zmian. Relacje wciąż są kordialne, a zapewnienia o tradycyjnej przyjaźni i sojuszniczych relacjach wciąż często powtarzane. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, że decyzja, którą dotąd uzgadniało się z sojusznikami, wymaga także milczącej zgody naszego przeciwnika.

Tak może wyglądać rosyjska strefa wpływów, zanim stanie się widoczna na mapie. Ktoś w Waszyngtonie po cichu uzna, że Moskwie przysługuje szczególny głos w polskich sprawach, a w Warszawie jeszcze przez pewien czas będziemy przekonani, że nic się właściwie nie zmieniło. W latach dziewięćdziesiątych polska dyplomacja wykonała ogromną pracę, aby Amerykanie odrzucili taką rosyjską wersję „kompromisu” w sprawie Polski. Dziś polityk, który dla obsadzenia jeszcze jednego miejsca w Trybunale lub w celu wymiany jego przewodniczącego gotów jest sięgnąć po rosyjskie metody, powinien przynajmniej wiedzieć, że gra w rosyjską ruletkę pożyczonym od Rosjan rewolwerem i przystawia go do skroni nie tylko sobie, ale także Polsce.

Źródło: Zero.pl
Sławomir Dębski
Sławomir DębskiProfesor strategii i stosunków międzynarodowych w Kolegium Europejskim w Natolinie. Współautor programu Ground Zero
REKLAMA
Reklama